Legion samobójców

15-suicide-squad

Suicide Squad

reż. David Ayer

Występują: Margot Robbie, Will Smith, Cara Delevingne, Ben Affleck, Jared Leto, Scott Eastwood, Jai Courtney, Joel Kinnaman, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Viola Davis

Premiera Wielka Brytania: 5/08/2016

Premiera Polska: 5/08/2016

Ocena: 4/10

Lion. Droga do domu

lion-dev-patel

Lion

reż. Garth Davis

Zagubiony chłopiec, tęsknota za domem, poszukiwanie kulturowej tożsamości – tematy, których dotyka debiutancki film w reżyserii Gartha Davisa, przypadną do gustu wrażliwej na wzruszające historie widowni. Oraz miłośnikom aplikacji Google Earth, która okaże się czymś więcej niż tylko wirtualnym oknem na świat.

Oglądanie Lion. Droga do domu sprawia największą przyjemność, jeżeli wie się o tej opartej na faktach historii jak najmniej. Inaczej niecierpliwie czeka się na spodziewane zakończenie. Więc jeżeli nie wiecie nic o pięcioletnim hindusie, który tak bardzo się zgubił, że trafił aż na inny kontynent, możecie przeskoczyć najbliższe trzy akapity.

Fabuła rozpada się na trzy dość nierówne części. Świetne wprowadzenie pokazuje nam dwóch braci, pięciolatka Saroo oraz starszego od niego Guddu, którzy starają się pomóc przetrwać żyjącej w skrajnym ubóstwie matce (Priyanka Bose). Chłopcy mieszkają w małej miejscowości w Indiach, a przebiegające przez nią tory kolejowe są z jednej strony oknem na świat i źródłem utrzymania, z drugiej okażą się źródłem wielkiego dramatu. Saroo jest zapatrzony ślepo w starszego brata i prawie nie odpuszcza go na krok. Guddu zabiera chłopca ze sobą wieczorem w poszukiwaniu pracy. Kiedy chłopcy się rozdzielą, Saroo zaśnie w jednym z wagonów na stacji i obudzi się w pociągu wywożącym go daleko od domu. Chłopiec nie zna nazwiska matki, nie pamięta nazwy swojej miejscowości i w dodatku mówi dialekcie Bengali, a wszyscy wokół porozumiewają się Hindi.

Saroo trafia ponad dwa tysiące kilometrów od domu do Kalkuty, otoczony podobnymi jemu sierotami, żebrzącymi o jedzenie, mieszkającymi na ulicach tej metropolii. Bohater ma tyle szczęścia, że wymyka się żerującym na dzieciach szajkom pedofilów i trafia do sierocińca. Tam zostaje wypatrzony przez miłą australijską rodzinę (Nicole Kidman i David Wenham) i szybko przez nich adoptowany. Sue i John Brierley zabierają go Melbourne, gdzie chłopak styka się z zupełnie innym światem. Wejście do domu nowej rodziny, pełnego sprzętów AGD rodem z połowy lat 80., jest dla wychowanego w skrajnym ubóstwie chłopca niczym podróż na inną planetę. Do trójki niedługo potem dołącza Mantosh, drugie adoptowane dziecko również pochodzące z Indii.

Akcja skacze o dwadzieścia lat, gdzie dorosły już Saroo (Dev Patel), duma Brierley’ów, studiuje hotelarstwo i randkuje z piękną Amerykanką Lucy (Rooney Mara), podczas gdy drugi z synów nie może poradzić sobie z traumatyczną przeszłością, ma problemy z psychiką, nadużywa alkoholu. Ten dość nijaki i niewiele wnoszący do całości epizod tylko każe nam oczekiwać na finał, czyli obudzone wspomnieniami poszukiwanie prawdziwego domu. Patel z ułożonego mężczyzny przeistacza się niemalże w opętanego maniaka, godziny spędzając przed komputerem, próbując odtworzyć swoją podróż jako dziecko, wieszając na ścianie mapy, stając się niemalże ekspertem od indyjskich kolei. Aktor pokazuje kunszt swojego fachu i chyba pierwszy raz od Slumdog: Milioner z ulicy zagrał rolę wartą dłuższej wzmianki.

lion-movie-poster-dev-patel

Nie chcę nikogo oszukiwać i powiem wprost: czeka nas łzawy, ściskający za gardło finał. Nie jest na szczęście krańcowo kiczowaty, głównie dzięki dobremu aktorstwu i silnej empatii do postaci, którą udaje się stworzyć autorom filmu. Grający młodego Saroo Sunny Pawar ma w sobie niezwykły magnetyzm i radość – wróżę mu świetlaną przyszłość. Od strony realizacyjnej też nie ma się do czego przyczepić – Garth Davis zaczynał swoją karierę w świecie reklamy, więc z każdego ujęcia potrafi wycisnąć naprawdę dużo. Ujęcia lotnicze Indii i Australii oddają świetnie różnice pomiędzy tymi krajami. Twórcy uchwycili też słodko-gorzki, idealistyczny obraz rodzinnych stron Saroo, zderzony z uporządkowanymi, ale stonowanymi kolorystyczne kadrami z Melbourne.

Choć Lion chce być epicką opowieścią, momentami brakuje mu na to pomysłu. Brnie w ślepą uliczkę w środkowej części filmu, sztucznie wydłużając oczekiwanie na finał. Jest to też opowieść bardzo jednostronna, opowiedziana tylko z perspektywy głównego bohatera. Aż prosi się o dodanie wątku rodziny, która również musiała chłopca szukać. Jeżeli nie, to choćby drugi plan (w tym role Kidman i Mara) mogłyby być trochę bardziej interesujący. Jest też w końcu owo użycie nowej technologii, które zasadniczo zmienia losy bohatera. Z programem filmy Google jest trochę jak z FedExem w Cast Away. Niby to nieodłączna część fabuły, ale tak naprawdę, czuje się, że oglądamy przydługą reklamę. Podtytuł filmu powinien brzmieć raczej: Z Google Earth do domu. Przynajmniej nikt nie miałby wątpliwości.

Ocena: 6/10

#Cannes2016 – Lament

thewailing

Gok-seong / The Wailing

reż. Na Hong-jin

Niezbyt często trafiam na film, który kompletnie zaskakuje, prześcigając jakiekolwiek o nim wyobrażenia. Lament okazał się kompletną jazdą bez trzymanki, gatunkowym misz-maszem z kulturowymi i społecznymi odniesieniami, który jakimś cudem w całej swej złożoności działa na całej płaszczyźnie. Gdyby jeszcze nie był taki długi…

Ocena: 8/10

Premiera światowa Cannes: 12/05/2016

Premiara Wielka Brytania: 25/11/2016

Premiera Polska: 2/12/2016

Nowy początek

nowypoczatek_lead

Arrival

reż. Denis Villeneuve

Inteligentne kino science fiction przeżywa prawdziwy renesans. Po latach oglądania produkcji, w których punktem kulminacyjnym były eksplozje, wybuchy i efekty specjalne, od których dostajemy oczopląsów i epilepsji, twórcy wreszcie zaczęli dbać o nasze mózgi. Nowy początek Denisa Villeneuva śmiało może konkurować o miano najmądrzejszego filmu roku.

Najnowsza produkcja twórcy Sicario i Labiryntu to naturalna kontynuacja takich tytułów jak Grawitacja Alfonso Cuaróna, Interstellar Christophera Nolana czy Marsjanin Ridley’a Scotta. Choć w porównaniu do nich trudniej będzie o jednoznaczny sukces komercyjny, film ten bez wątpienia zasługuje na uwagę widzów. Jest wystarczająco spektakularny, by zarobić przyzwoite pieniądze w box officie, a przy tym piekielnie intrygujący.

nowypoczatek_03

W centrum opowieści jest dr Louise Banks (Amy Adams), językoznawczyni i lingwistka, wykładająca na uniwersytecie. Nowy początek rozpoczyna się od jej tragedii – w krótkich ujęciach widzimy jej córeczkę, dorastającą, a potem zapadającą na jakąś chorobę jako nastolatka i umierającą. Ten wątek, nie pokazany przez przypadek, powróci w kluczowym momencie filmu. Kolejne sceny ukazują przybycie obcych do dwunastu różnych miejsc na Ziemi. Villeneuve całkiem zręcznie prezentuje ten fakt – najpierw słyszymy tylko komentarze z telewizji, potem gdzieniegdzie skrawki tego, co wygląda na statek kosmiczny, tylko na ekranach telewizorów i komputerów. W całej okazałości, przypominający wydłużone, przepołowione jajo statek ujrzymy razem z Louise, kiedy helikopterem zmierza na miejsce lądowania w Montanie – to jedno z tych ujęć, które wciska w fotel. Pułkownik Weber (Forest Whitaker) rekrutuje ją jako osobę, która ma pomóc w rozszyfrowaniu języka obcych. Razem z profesorem fizyki Ianem Donnellym (Jeremy Renner) będą przewodzić grupie żołnierzy, która stara się zrozumieć, dlaczego kosmici wylądowali na Ziemi i jakie są ich zamiary.

Zobacz również: Midnight Special – recenzja filmu sci-fi

W kilku spektakularnych, klaustrofobicznych jak na Denisa przystało ujęciach, odwiedzamy po raz pierwszy statek przybyszów. Czarne ściany, granitowa faktura, zaburzona grawitacja i światło na końcu tunelu. Uczucie dezorientacji i przerażenia udziela się też widzom – w czym zasługa fantastycznych zdjęć Bradforda Younga. Płynnie prowadzona kamera, brak dramatycznych cięć w montażu i stonowana paleta kolorów wspaniale współgra z poważną tematyką filmu, tworząc jednocześnie jego niezwykłą atmosferę. Ale tak naprawdę prawdziwym magnesem w tym obrazie jest Amy Adams – to jej twarz, charyzma, inteligencja przykuwają uwagę publiczności. To kolejny mocny kobiecy charakter, który radzi sobie wyśmienicie w świecie zdominowanym przez facetów. W Sicario Emily Blunt nie bała się wybrać do śmiertelnie niebezpiecznego Meksyku z grupą uzbrojonych po zęby osiłków. Tutaj Adams wie, że musi się podjąć ryzykowne decyzje (jak choćby zdjęcie skafandra na statku kosmicznym), a czasem skłamać, lub wręcz sprzeciwić się przełożonym, by osiągnąć cel. Kierujący jej poczynaniami instynkt i poczucie słuszności sprawy nie zawiodą jej.

nowypoczatek_01

Szkoda tylko, że jej drugoplanowi koledzy nie mają tak ważnej roli i sprowadzeni są raczej do jednowymiarowych typów. Jestem w stanie wybaczyć dość kwadratową postać Webera, w którym Villeneuve po cichu wyśmiewa podobne postacie z blockbusterów, ale już zupełnie miałkiego Iana, który jest koniec końców dość istotny w całej intrydze, już nie. Naukowiec wydaje się trochę piątym kołem u wozu i równie dobrze Lousie mogłaby próbować rozszyfrowywać język obcych ze „statystą numer 21”. Reżyser też w pewnym momencie dokonuje pewnych hollywoodzkich skrótów, które pasują do tego inteligentnego filmu jak rzep do psiego ogona. Jak na przykład sianie paniki przez wojskowych, próba zamachu na obcych czy ukazywanie światowej sytuacji za pomocą mediów. Te chwyty pozwalają podnieść trochę dramaturgię i przyspieszyć tempo, ale ich jakość i oryginalność jest wątpliwa.

W czym zatem tkwi siła Nowego początku? Dobre sci-fi mówi zazwyczaj więcej o nas, ludziach, niż o obcych. Jakkolwiek fascynujące są tu tajemnicze giganty z mackami ośmiornic, to tak naprawdę gatunkowi ludzkiemu dostaje się prawdziwa analiza. Czy potrafimy współpracować ponad podziałami, kiedy idzie o naszą przyszłość, jak reagujemy na obcych, którzy przybyli na naszą planetę, czy strach nie przesłania nam większego obrazu całej sprawy. Dwanaście narodów próbuje porozumieć się w sprawie tego, co dalej zrobić ze statkami kosmicznymi, ale każdy coś ukrywa, licząc na potencjalne zyski i przewagę nad innymi. W podobnej sytuacji będzie też Lousie. I nie zdradzając tutaj zbyt wiele, ona również w pewnym momencie swego życia dokonać będzie musiała wyboru, znając jego konsekwencje. We wzruszającym epilogu opowieści wszystko stanie się jasne. Na bycie człowiekiem składa się w końcu wiele doświadczeń, od szczęścia po śmiertelną rozpacz.

Ocena: 9/10

Zwierzęta nocy

nocturnal_animals_police_rgb

Nocturnal Animals

reż. Tom Ford

Tom Ford w swoim drugim po Samotnym mężczyźnie tytule udowadnia, że stworzenie intrygującego wizualnie filmu jest dla niego równie naturalne, co zaprojektowanie zabójczej serii ubrań. Jednak emocjonalnie Zwierzęta nocy są tylko połowicznym sukcesem.

Na przekór kojarzeniu świata mody ze szczupłymi i pięknymi ciałami, reżyser rozpoczyna swoją najnowszą produkcję od ciał prawie zupełnie nagich, grubych kobiet, tańczących w zwolnionym tempie niczym do hip-hopowego teledysku. Wałki tłuszczu podskakują, wielkie brzuchy wypełniają ekran. Jest to, jak się chwilę później okazuje, fragment nowej instalacji/wystawy w galerii, której kuratorką jest Susan (perfekcyjna Amy Adams). Co Ford chce powiedzieć przez tą sekwencję, do końca nie jest jasne, choć na długo zostaje w głowie, a ton makabreski ustawia nastrój obrazu. Bohaterka wkrótce nazwie wydarzenie i sztukę tam zaprezentowaną „nieistotną”, a swoją pracę opisze jako mało interesującą. Mieszkająca w ogromnym, przeszklonym, designerskim domu na wzgórzach Los Angeles kobieta otoczona jest z każdej strony dziełami sztuki. W ogrodzie stoi rzeźba Jeffa Koonsa, na głową unosi się powietrzna instalacja Aleksandra Caldera, a na ścianie za biurkiem wisi obraz Johna Currina. Susan, kobieta o smutnych oczach, wyraźnie nie jest szczęśliwa. Melancholijny nastrój wzmagany jest bezsennością i ciągłą nieobecnością męża (Armie Hammer), którego kłopoty finansowe i praca (oraz romans na boku) zmuszają do ciągłych wyjazdów. Przerywnikiem w tym marazmie będzie książka przysłana przez byłego męża – Edwarda, dedykowana jego ex-partnerce.

nocturnal_animals_drinking_rgb

Podróż w świat książki – zatytułowanej Zwierzęta nocy – to wejście w kolejną warstwę narracyjną. Ramy „opowieści w opowieści” oczywiście wzbudzają pytanie – jaki związek ma treść dzieła literackiego z historią Susan i Eda. Związek jest, ale nie tak oczywisty, jak by się mogło najpierw wydawać. Bohaterem jest Tony (również Jake Gyllenhaal), który wraz z żoną i nastoletnią córką (bliźniaczo podobne do Adams Isla Fisher i Ellie Bamber) udają się na wycieczkę do Zachodniego Teksasu. Nocny przejazd przez pustynię kończy się konfrontacją z lokalnymi wieśniakami (pod przywództwem Aarona Tylora-Johnsona), którzy najpierw spychają samochód rodziny z drogi, potem pomagają go naprawić, by w końcu uprowadzić obie kobiety ku rozpaczy bezradnego mężczyzny.

„Książkowa” część filmu jest niezwykle fascynująca i wciskająca w fotel. Oglądamy w niej zupełnie przeciętnego faceta, przed oczyma którego odbywa się prawdziwy koszmar. Mężczyzna w niczym nie przypomina hollywoodzkich herosów, którzy biorą sprawy w swoje ręce. Czytająca powieść Susan jest równie przerażona. Ona dostrzega paralelę chyba od razu. W serii retrospekcji cofamy się w prywatne życie pary, które pozwolą nam zrozumieć przesłanie książki Edwarda. Kobieta również zaczyna nagle zauważać dzieła sztuki, których tematyką jest przemoc i zemsta – obrazy i rzeźby nabierają w świetle książki nowego znaczenia. Ford w inteligentny sposób porusza się między różnymi czasoprzestrzeniami, płynnie przechodząc np. ze sceny kąpieli Toma w obskurnej wannie w motelu, do kąpieli Susan w jej pięknym mieszkaniu.

null

Zimny, precyzyjny wizualny styl filmu, który oddaje samotność i pustkę bohaterów, stwarza swoistą barierę dla widza, by móc obdarzyć postaci prawdziwą, głęboką empatią. Wyśmienita muzyka ilustracyjna Abla Korzeniowskiego zdaje się robić co może, by wpuścić w ten świat emocje. Melancholijna, smutna, momentami melodramatyczna, dodaje Zwierzętom nocy jakże potrzebnej głębi. Na szczęście aktorzy wykonują fantastyczną robotę – Adams chowająca rany przeszłości za błękitnymi oczami; Gyllenhaal w roli słabego, skrzywdzonego mężczyzny; nawet epizodyczne role Martina Sheena (brat gej) i Laury Linney zostawiają więcej niż pozytywne wrażenie. Osobnym fenomenem jest detektyw Bobby Andes grany przez Michaela Shannona. Jeżeli na coś wyraźnie cierpi film, to na zbyt małą ilość tej postaci w filmie. Szorstki, doświadczony glina, z wyraźnym kodeksem moralnym, nie tylko kradnie każdą scenę, ale dodaje tytułowi niezbędnego ciepła. Chorujący na raka policjant to najbardziej ludzki z bohaterów.

Ford jest wyraźnie zainspirowany thrillerami Hitchcocka, gdzieniegdzie czuć też niepokój rodem z dzieł Davida Lyncha. Jednak produkcji brakuje konsekwencji w budowaniu napięcia mistrza suspensu, oraz onirycznego szaleństwa tego drugiego. Reżyser stworzył swój unikalny, wizualny styl – dopracowany do perfekcji, przemyślany i bezwarunkowo piękny. Jego filmy łączy też samotność głównych bohaterów, otoczonych eleganckimi rzeczami, ale okaleczonych emocjonalnie. Zwierzęta nocy osłabia brak równowagi pomiędzy realną i książkową częścią. W tej pierwszej zbyt wiele wysmakowanego artyzmu, momentami ocierającego się o autoparodię, który staje na drodze dobrze opowiedzianej historii.

Ocena: 8/10

Trolle

 

trolls-05

Trolle

reż. Mike Mitchell, Walt Dohrn

Mają wspaniałe, kolorowe czupryny, uwielbiają śpiewać, tańczyć i przytulać się co godzina. Z ich ust tryska brokat, a z tyłków wylatują im ciasteczka. Dysponują taką dawką pozytywnej energii i radości, że potrafią rozweselić największego gbura. Tylko że w nadmiarze, jak każde słodycze, Trolle mogą przyprawić o mdłości.

Malutkie stworzonka są przez swoją unikalność ofiarą Bergenów – olbrzymów, które żyją w nigdy nie zaznając szczęścia. Kiedy potwory odkryły, że spożycie trolla pozwala im doświadczać uczuć, o których nie miały wcześniej pojęcia, zamieniły ich jedzenie w doroczne święto. W początkowej sekwencji oglądamy przygotowanie do tego festiwalu w królestwie Bergenów, a zaraz potem brawurową ucieczkę skrzatów pod przywództwem króla Peppiego (Jeffrey Tambor). Dwadzieścia lat później trolle żyją w spokoju i z dala od niebezpieczeństwa. Ale kiedy księżniczka Poppy (Anna Kendrick) zorganizuje największą imprezę na rocznicę wyzwolenie, głośnia zabawa i feeria kolorów zwabi naczelną kucharkę Bergenów, która wygnana została z królestwa potworów i od lat szukała poprawiających nastrój skrzatów (głosy Gwen Stefani, James’a Cordena, Russella Branda). Kilkoro przyjaciół księżniczki zostanie porwanych i zaradna dziewczyna organizuje akcję ratunkową złożoną z niej samej oraz Brancha (Justin Timberlake) – jedynego trolla, który nie śpiewa, nie tańczy i nie lubi się przytulać. Smerf Troll maruda jako jedyny przewidział dramatyczne wydarzenie i nieszczęście, które przyniesie impreza wszechczasów.

trolls01

Zawiązanie akcji i jej rozwój jest prostolinijne i nawet płynące z przesłania filmu wnioski wyłożone są kawa na ławę. W porównaniu do tej produkcji W głowie się nie mieści jest niczym Obywatel Kane przy Rambo III. Kolejne piosenki, zarówno te oryginalne, stworzone specjalnie na potrzeby produkcji kompozycje, czy przeróbki znanych hitów pop (m.in. Earth Wind and Fire „September”, Gorillaz „Clint Eastwood”, Lionel Richie „Hello”) są ładnymi wypełniaczami, ale w ogóle nie posuwają akcji do przodu. Ot, takie miałkie, łatwe do zapomnienia nagrania, idealnie wpasowujące się w banalną fabułę. Drugoplanowe postaci są dość jednowymiarowe – ale czego oczekiwać po produkcji, w której nawet dwójka głównych bohaterów nie grzeszy oryginalnością. To prawda, że Branch ze swoim mrocznym podejściem do wszystkiego zyskuje naszą sympatię, ale on też zostanie w końcu przekabacony. Taki marny los negatywnych postaci w kreskówkach.

trolls-03

Głosowe poczynania całej ekipy nie pozostawiają wiele do życzenia – zarówno Kendrick i Timberlake mają świetne, młodzieńczy tembr, pasujący jak ulał do swoich ról. Anna udowodniła już w The Last 5 Years że może zaśpiewać wszystko. Szkoda, że zamiast repertuaru rodem z La La Land, musi produkować „smerfne hity”. Walory wizualne – animacja, kolory, faktura postaci – są najwyższej jakości. Tego raczej od DreamWorks należało się spodziewać.

Film Trolle przeznaczony jest raczej dla najmłodszej, niewymagającej widowni. Producenci pod tą lukrowaną przykrywką przemycają dobrze zaplanowaną akcję marketingową wymierzoną w kieszenie rodziców swojej publiki. Tytuł i postaci zainspirowane są laleczkami, które podbiły rynek zabawkowy w latach 60. Zaprojektowane przez duńskiego artystę Thomasa Dama skrzaty miały przynosić szczęście i radość domownikom. Myślę, że po projekcji wiele dzieci z błagalnym spojrzeniem będzie pytało mamę i tatę o taką laleczkę, która ma długie, różowe włosy i pewnie śpiewa jakieś wspaniałe piosenki. Rodzice, bądźcie czujni. Trolle nie śpią i aktywują się w trakcie okolic świąt Bożego Narodzenia.

Ocena: 5/10

Free Fire

null

Free Fire

reż. Ben Wheatley

Jeżeli zamykać festiwal, to z dużym hukiem. Wystrzałem – a właściwie całą kanonadą – wypełniony jest najnowszy film Ben Wheatley’a Free Fire. W karierze tego brytyjskiego reżysera to tytuł najbardziej komercyjny, ale co za tym idzie – najmniej ambitny.

Boston, końcówka lat 70. W opuszczonym magazynie fabryki parasolek dochodzi do szemranej transakcji pomiędzy bojownikami Irlandzkiej Armii Republikańskiej (Cillian Murphy, Sam Riley, Michael Smiley), a pochodzącym z RPA sprzedawcą broni (Sharlto Copley). „Gospodarzem” wymiany jest Amerykanin (Armie Hammer), a do spotkania obydwu stron doprowadziła jedyna kobieta w grupie – Justine (Brie Larson). Nie trudno przewidzieć co wydarzy się, kiedy napięcie i testosteron we krwi osiągną punkt krytyczny. Punktem zapalnym okaże się nie sam nielegalny interes, a zdarzenie z dnia poprzedniego, w którym żołnierze z przeciwnych obozów starli się o honor pewnej dziewczyny.

Konsekwentnie sfotografowany w ciepłych odcieniach pomarańczu film znów przenosi nas do przeszłości – podobnie jak w High Rise reżyser czuje klimat lat 70. Bohaterowie noszą długie włosy, pięknie przycięte wąsy, kolorowe marynarki i wzorzyste koszule. Muzycznie wrzuca nas pomiędzy elektryzujący przebój Creedence Clearwater Revival, a liryczne piosenki Johna Denvera. Ale to strzały z pistoletów będą prawdziwym soundtrackiem tego obrazu.

Zobacz również: High Rise – recenzja filmu

Rozgrywający się właściwie w jednej przestrzeni film, w momencie, kiedy rozpoczyna się wymiana ognia, przestaje być interesujący. Kolejne postacie zostają ranne, zabłąkane kule świstają ponad głowami, bohaterowie przerzucają się nie zawsze zabawnymi dialogami. Choć niektóre wymiany zdań są naprawdę udane (Copley ze swoim akcentem i groteskową postacią wybija się ponad przeciętność), to po pół godzinie czekamy raczej, aż to się skończy i wszyscy zginą, niż na kolejny niespodziewany zwrot (który nigdy nie następuje). Montaż i prowadzenie kamery przyprawia momentami i zawrót głowy – nie wiadomo kto gdzie jest ani kto do kogo strzela. Ma to pewnie oddać zamieszanie, które panuje w takiej sytuacji, ale koniec końców najbardziej zdezorientowany jest widz.

free-fire-2016-002-brie-larson

Porównując Free Fire to poprzednich tytułów Wheatley’a (Lista płatnych zleceńA Field in EnglandTuryści), jego pierwszy amerykański (nakręcony… w Brighton w Wielkiej Brytanii) film jest krokiem wstecz. Brak w nim unikalnego stylu reżysera, a nawet ukrytej pod pretensją fabuły inteligentnego przesłania. W najlepszych momentach przypomina dzieła Quentina Tarantino, w najgorszych – słabe, brytyjskie kino gangsterskie. Trudniej patrzeć na tą produkcję jako na współczesną wersję Wściekłych psów. Tyle że po co komu kopia, jak można obejrzeć ciągle broniący się po latach oryginał.

Ocena: 5/10

Manchester by the Sea

Casey Affleck w Manchester by the Sea reż. Kennetha Lonergan

Manchester by the Sea

reż. Kenneth Lonergan

O traumatycznej przeszłości, która nie pozwala normalnie funkcjonować opowiada najnowszy film Kennetha Lonergana. Ze świetną obsadą i wysokiej klasy wykonaniem, produkcja przypaść powinna do gustu miłośnikom ambitnych dramatów psychologicznych.

Głównym bohaterem opowieści jest Lee (Casey Affleck), szorstki samotnik pracujący jako dozorca/złota rączka w Bostonie. Lee mówi mało, a jak się odezwie, to albo obraża klientów, albo szuka zaczepki. Z jego codziennego rytmu życia, podzielonego między pracę, wypadu do baru i ciasną suterenę, w której mieszka, wybija go śmierć brata. Mężczyzna wraca do rodzinnego Manchester-by-the-Sea (stan Massachusetts), by dopilnować uroczystości pogrzebowych. Ku swojemu zaskoczeniu będzie musiał także zająć się szesnastoletnim siostrzeńcem Patrickiem (Lucas Hedges). Zmarły na chorobę serca Joe (Kyle Chandler) w testamencie nominował wuja jako prawowitego opiekuna.

Z pojawiających się stopniowo retrospekcji zaczyna układać nam się obraz rodziny oraz prawdziwe przyczyny, dlaczego Lee zachowuje się tak, jakby ktoś rzucił na niego urok, a powrót do domu sprawia, że jest jeszcze bardziej nerwowy. Lonergan kolejny raz pokazuje nam rozbitych, samotnych ludzi, którzy przez wydarzenia z przeszłości nie są w stanie funkcjonować normalnie. Niczym echa pierwszej rozmowy Patricka i Lee na długo sprzed fatalnego wypadku – jeżeli nie masz mapy, jak masz zamiar nawigować, pyta wujek swojego młodego siostrzeńca. Wydaje się, że mapa Lee do nawigacji po życiu spłonęła, a mężczyzna wybrał dryfowanie, zamiast spróbować stworzyć nową. Część bohaterów próbuje ułożyć sobie życie od początku. Była żona Lee, Randi (Michelle Williams), wyszła za mąż i spodziewa się dziecka. Jego szwagierka, też rozwiedziona, Elise (Gretchen Mol) – po problemach z alkoholem na długo zniknęła z radaru rodziny, by wypłynąć jako zakochana w Jezusie abstynentka. Starania te są tylko połowiczne – każda z kobiet na swój sposób ciągle nie może normalnie funkcjonować, bez rozrachunku z przeszłością.

Kyle Chandler i Casey Affleck w Machester by the Sea

Grany przez Afflecka bohater to człowiek enigma. Oszczędny w słowach, ze zmęczonym wyrazem twarzy, który jest trochę jak chodzący dynamit. Bez większego powodu wybucha, szuka wymówki. Jak podczas wieczornego wyjścia do baru. Kilka drinków za dużo i pieści pójdą w ruch. Niepewność jedno zachowania i nieprzewidywalność budują wewnętrzne napięcie w filmie. Ale to tylko jedna strona jego postaci. Drugą poznajemy w retrospekcjach. Dusza towarzystwa, kochający mąż i ojciec, pijacy może trochę za dużo. Casey Affleck nadaje się do takich ról znakomicie. Tutaj udało mu się oddać dwie twarze jednego człowieka – tego przed i po traumie. Bez wątpienia w Manchester By The Sea gra jedną ze swoich najlepszych ról w karierze. Michelle Williams, choć pojawia się raptem na kilkanaście minut, kolejny raz udawania, że jest jedną z najlepszych aktorek swojego pokolenia. Jej obecność jest magnetyzująca, oddaje emocje swoich postaci niemal naturalnie. Pomyśleć, że jeszcze kilkanaście lat temu była tylko gwiazdeczką z serialu Jezioro marzeń

manchesterbythesea_03

Manchester by the Sea podejmuje dość ciężką tematykę i pewnie utonąłby w morzu pretensjonalności, gdyby nie umiejętne rozjaśnianie atmosfery przez wątek z dorastającym Patrickiem. Chłopak wydaje się być poza przeklętym kręgiem rodzinnych dramatów i mimo śmieci ojca stara się żyć swoim życiem. Chce grać w hokeja, koszykówkę, chodzić na próby ze swoim zespołem rockowym i próbować rząglować pomiędzy dwiema dziewczynami. Między nim a wujkiem Lee dochodzi i do poważnych rozmów, ale wiele sytuacji i dyskusji doprowadza nas do szczerego śmiechu. Jak choćby kurtuazyjne spotkanie z mamą jego dziewczyny, kiedy nastolatki na górze próbują uprawiać seks. Lee nie pomaga, będąc absolutnym zaprzeczeniem rozmowności – matka dziewczyny musi przerwać „naukę” nastolatkom, bo ileż można znosić nierozmownego faceta w swojej jadalni. Patrick ma zaskakująco trzeźwe i dojrzałe podejście do swojej przyszłości, choć i on nauczyć się będzie musiał, że w życiu nie ma skrótów i łatwych odpowiedzi.

Kenneth Lonergan w tym przejmującym, wielowarstwowym filmie zdaje się pytać, czy postaciom uda mu się kiedyś zabliźnić rany. W poruszającej scenie rozmowy z byłym mężem bohaterka grana przez Michelle Williams mówi: moje serce pękło i tak zostanie na zawsze. Pewnych ran nie da się usunąć. Ale trzeba nauczyć się z nimi żyć – nawet najszczersze słowa nie przyniosą ukojenia, przyszłość ich nie zagoi. Ta gorzka konstatacja ląduje bliżej naszych doświadczeń, niż to się może wydawać.

Ocena: 9/10

La La Land

LLL d 29 _5194.NEF

La La Land

reż. Damien Chazelle

Raz na dekadę zdarza się film, który przypomina nam o tym, że kino może być zabawą, bezwstydną rozrywką, cudownym wehikułem, w którym spełniają się najskrytsze marzenia. Film, który wywołuje promienny uśmiech na twarzy, bawi, wzrusza i nie pozwala o sobie zapomnieć. Tak, sezon oscarowy należał będzie do La La Land.

Damien Chazelle ma zaledwie trzydzieści jeden lat i dwa pełne metraże na koncie, w tym genialny Whiplash. A wydaje się, że filmy robi od co najmniej pięciu dekad. Jest zakochany w historii kina. Przygotowując swój najnowszy projekt zapewne spotkał się nie raz z wieloma wątpliwościami. W końcu musical to gatunek, który swoje najlepsze lata miał w złotym okresie Hollywood, a jego próby wskrzeszania były jednorazowymi strzałami, które nigdy nie przełożyły się na pewien trend. Czy zatem musical umarł? W La La Land są dwie rozmowy pomiędzy głównymi bohaterami, które oddają punkt widzenie reżysera na powyższe sprawy.

LLL d 41-42_6689.NEF

Seb (Ryan Gosling) zabiera Mię (Emma Stone) do klubu muzycznego – chce jej pokazać, czym jest prawdziwy jazz. I z pasją tłumaczy: „Ludzie mówią, że jazz się skończył, pozwólmy mu więc umrzeć. Po moim trupie!” Widzicie analogię? A potem, kiedy Mia prezentuje pierwszą wersję swojej sztuki muzykowi, pyta z powątpiewanie „Czy ludziom się to spodoba?” „Pieprzyć ich!” – powie Seb, dodając „Oni to pokochają!” Faktycznie, nie spotkałem się z jeszcze inną opinią o tym filmie niż pozytywna lub wręcz entuzjastyczna. W czym tkwi magia?

Już pierwsza scena kradnie serca. W ulicznym korku w Los Angeles, z kakofonii różnych gatunków muzycznych wyłania się główny motyw filmu. Jedna z postaci zaczyna śpiewać, dołączają kolejne. Stojące na ulicy samochody i ich dachy stają się scenami do tańca. Kiedy otwierają się drzwi do ciężarówki, w której gra orkiestra, trudno oprzeć się pozytywnej energii płynącej z ekranu. Choreografia, zdjęcia, wspaniałe kolory – ta i kolejne taneczne sekwencje są niczym w soczewce tym, co najlepsze z historii musicali. Para bohaterów stepuje niczym Fred Astaire i Ginger Rogers, momentami niemalże naśladując styl filmów z tymi aktorami. W jednej z sekwencji sceny imprezy przeplatane są wstawkami lejącego się szampana i fajerwerkami. Ale czas dla Chazella nie zatrzymał się w latach 50. Inteligentnie unowocześnia ten gatunek muzycznie, mieszając ze sobą rożne odcienie jazzu, pop i easy listenieng. Są wielkie, epickie sceny z tańcem na ulicach, są też małe, liryczne momenty, w których zaangażowani są tylko główni aktorzy. W obydwu przypadkach wszystko gra ze sobą znakomicie. A kiedy twórcy jedną z tanecznych sekwencji przerywają idealnie wpasowaną melodią z dzwonka telefonu komórkowego, nie sposób nie wykrzyknąć „geniusz”! Ciekawe jest również to, że mimo wielu odwołań do klasyki, La La Land nigdy nie uderza w samokrytyczne tony. Nie jest dekonstrukcyjna w stosunku do gatunku (jak Cały ten zgiełk czy Tańcząc w ciemnościach), nie jest też złośliwym naśladownictwem (Wszyscy mówią: kocham cię). Ma delikatny dystans, ale balansuje go bezgraniczną miłością do tego, co najlepsze w musicalach.

Opowiadana historia jest mieszanką romansu i komedii. Seb i Mia, których znajomość rozpisana jest na cztery pory roku, na początku niezdarnie na siebie wpadają, potem ich znajomość przeradza się w romans i usłany nie tylko płatkami róż związek. Ona marzy o karierze aktorki w Hollywood, biega na kolejne przesłuchania, pracując jako barista w kawiarni na terenie wytwórni Warner Bros. On gra do kotleta, zaciskając zęby i marząc o swoim klubie jazzowym. Może to za dużo powiedziane, że gra, bo trudno mu podporządkować się wymagającemu szefowi restauracji (J.K. Simmons w świetnym epizodzie) i kiedy go poznajemy, traci pracę. Para zaczyna się nawzajem motywować, opowiadając o swoich marzeniach i frustracjach. W pewnym momencie pojawia się zazdrość. To kolejne unowocześnienie fabularne – ich związek jest jak najbardziej wiarygodny, ma swoje wzloty i upadki. Oboje aktorzy są wprost wspaniali, znakomicie tańczą i śpiewają! Gosling pokazał niedawno komiczną stronę w Nice guys. Równych gościach, tu też świetnie balansuje pomiędzy przystojnym cynikiem a romantycznym kochankiem. O Emmie Stone przy okazji Łatwej dziewczyny napisałem, że podbije jeszcze Hollywood. To jej najlepsza, najważniejsza w karierze rola.

Sceny, które zostaną ze mną na długo, mogę wymieniać bez końca, przytaczając chyba cały film. Każde odwołanie do klasyki kina – jak bohaterowie wybierający się na Buntownika bez powodu, albo olbrzymi plakat Ingrid Bergman na ścianie w pokoju Mii. Magiczna sekwencja tańca na Drodze Mlecznej w planetarium. Moment, kiedy po kiepskim przesłuchaniu kobieta przejeżdża obok miejsca, które przypomina jej o Sebastianie i momentalnie poprawia jej humor. Albo gdy spotykają się trzeci raz, przypadkiem, a on gra w cover-bandzie wykonującym przeboje z lat 80. I oczywiście cudowna, ale gorzka i smutna sekwencja finałowa (gdzieś pobrzmiewają echa podobnego chwytu z Mummy Xaviera Dolana i 25 godziny Spike’a Lee). Myślę, że La La Land znajdzie drogę do serca każdego widza. Każda będzie zupełnie inna.

Jeżeli zapomnieliście o tym, jak to jest iść na film i zostawić przed salą cały świat, to wybierzcie się kina, kiedy produkcja Chazella trafi do kin. Gwarantuję, że uśmiech nie zejdzie z waszych twarzy przez ponad dwie godziny. La La Land to nie tylko musical – to piękny hołd dla kina i ponadczasowy klasyk. Czegóż chcieć więcej? Niech gra muzyka!

Ocena: 10/10

Siedem minut po północy

09395-joseharo.NEF

A Monster Calls

reż.  J. A. Baoyona

Czego boi się dwunastoletni Conor? Potwora, który odwiedza go punktualnie siedem po dwunastej w nocy? Kolegów ze szkoły, którzy znęcają się nad nim przy każdej okazji? Czy babci, który patrzy na niego karcącym spojrzeniem i grozi, że będzie musiał z nią zamieszkać. Nie, tak naprawdę chłopaka prześladuje zupełnie inny koszmar, z którym przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz.

Oparty na bestsellerowej powieści Siedem minut po północy Patricka Nessa (według pomysłu zmarłej na raka pisarki Siobhan Dowd) film miał spore oczekiwania. Książka, wydana ledwie pięć lat temu, zaskarbiła sobie uznanie czytelników na całym świecie, a kolorytu dodały jej ilustracje autorstwa Jima Kay’a. Ekranizacja bezwzględnie czerpie z papierowego pierwowzoru, a zmiany, które wprowadzili twórcy, są naprawdę niewielkie. Jeżeli w powieści wciągnęła was gotycka atmosfera, a zakończenie sprawiło, że płakaliście jak bobry, to filmowa wersja w ogóle nie rozczaruje.

Conor (Lewis MacDougall) budzi się zlany zimnym potem. Właśnie miał kolejny zły sen, w którym stoi na cmentarzu starego kościoła. Ściany budynku zaczynają pękać, ziemia zapada się, wciągając kolejne grobowce. Chłopak rzuca się, by złapać rękę osoby wpadającej w otchłań. Nie udaje się. Wtedy koszmar się urywa. Conor jest w swoim pokoju, wygląda przez okno i widzi ten wyjęty z koszmaru pejzaż. Kilkusetletni cis obok ruin kościoła, na wzgórzu niedaleko jego domu. Zdaje się też słyszeć chropowaty głos wołający jego imię…

null

Pierwsze minuty filmu J. A. Baoyona (SierociniecNiemożliwe) idealnie wprowadzają widza w tajemniczą historię. Budują napięcie, nadają rytm opowieści i jej nastrój. Milczący nastolatek wychodzi z domu. Sam robi sobie śniadanie – nieobecność matki i ujęcia leków z jej imieniem, sugerują, że jest ciężko chora. Syn przygląda się, jak Lizzy (Felicity Jones) śpi w swoim pokoju. Wyprawa do szkoły to nie tylko słuchanie kolejnego nudnego nauczyciela, ale oczekiwanie na „spotkanie” z prześladowcami. Jak zwykle trzech wyrostków zabawi się jego kosztem. A potem powrót do domu, gdzie matka walczy ze śmiertelną chorobą.

Jest godzina 0:07 – minęła północ, a Conor czuje, że coś się zbliża. Wygląda przez okno i widzi, jak cis z cmentarza ożywa, powstając z ziemi. Wysoki na kilka metrów stwór (głos Liama Neesona) rusza w stronę domu bohatera. Przyszedł, by opowiedzieć mu trzy historie. Po nich chłopiec opowiedzieć mu będzie musiał swoją. Ala jaka to historia, skoro on nie zna żadnej. Będzie miał kilka dni, by się nad tym zastanowić.

Siedem minut po północy jest tym wyjątkowym przypadkiem, kiedy poszczególne części składowe tworzą spójną, emocjonalnie angażującą całość. Od aktorów począwszy, po efekty specjalne i realizację. Lewis MacDougall miał chrzest bojowy w filmie Piotruś. Wyprawa do Nibylandii. Tutaj rozwija swój talent, umiejętnie oddając stan jego bohatera, który jest zbyt dojrzały, by być dzieckiem, a za młody, by być mężczyzną. Jego smutne spojrzenie, kłębiący się wewnątrz gniew oraz artystyczna wrażliwość znajdują idealne ucieleśnienie w grze aktora. Na nim spoczywa cały film, ale nie obeszło się bez silnych postaci na drugim planie. Sigourney Weaver jest fenomenalna jako babcia – starsza pani zajmująca się nieruchomościami, mieszkająca w swoim dopracowanym mieszkaniu, otoczona pamiątkami z przeszłości. Zimna, wymagająca, nie znosząca sprzeciwu, wyjątkowo silna. Matka Conora w wykonaniu Felicy Jones ma w sobie mnóstwo ciepła i delikatności. Jej oczy mówią naprawdę wiele – bije z nich smutek, ale i miłość do syna. W końcu głos potwora, którego gra Liam Neeson – szorstki, głęboki, kryje w sobie moc i mądrość.

https://www.youtube.com/watch?v=Zflg1U59mE

Realizatorom udało się też zbudować niesamowitą atmosferę filmu. Sekwencje z potworem mają coś z klasycznych filmów grozy (choćby ukłony w stronę horroru Kult, ale też są fragmenty czarno-białego King Konga), będąc przy tym spektakularnie dopracowane technicznie. Gałęzie – ciało potwora, które w pewnych chwilach oplata cały pokój chłopca, wyglądają niezwykle realistycznie. Potwór, przemawiający głosem Neesona, wywołuje nieraz dreszcz grozy. Ale oprócz tych głośnych momentów, reżyser umiejętnie operuje też ciszą, która lepiej puentuje wiele scen, niż liryczna, ckliwa muzyka. Także sceny rodzinne, chwile z mamą i ojcem (Toby Kebbell), który przyjechał na moment z USA, mają w sobie mnóstwo ciepła. A na koniec nie sposób nie wspomnieć o wizualnej ilustracji historii, które opowiada potwór. Zrealizowane jako animacje, wyglądają niczym akwarelowy obrazy, które ożywają na oczach widzów. Podobnej techniki malarskiej używa Conor, tworząc swoje szkice.

Nie sposób mówić o Siedmiu minutach po północy pomijając główny temat filmu. W niebanalny sposób, podążając tropem pierwowzoru, dotyka bardzo dorosłych spraw: prawdy, śmieci, skomplikowanych ludzkich relacji. Oddając sens opowieści przytaczanych przez potwora, mówi, że świat nie jest czarno-biały, a ludzi nie można kategoryzować z góry na dobrych i złych. Ta tematyka jest jedynym słabszym punktem produkcji – może się okazać zbyt poważna dla młodszego odbiorcy. Ale poza tym czeka nas prawdziwa filmowa uczta, która bez używania taniego sentymentalizmu i kiczu, wyciśnie szczery łzy wzruszenia z niejednego widza.

Ocena: 9/10

Dziewczyna z pociągu

emily-blunt-girl-on-the-train

The Girl On The Train

reż. Tate Taylor

Występują: Emily Blunt, Justin Theroux, Luke Evans, Haley Bennett, Rebecca Ferguson

Marna i sztampowa ekranizacja bestsellerowej książki.

Ocena: 4/10

Premiera Wielka Brytania: 5/10/2016

Premiera Polska: 7/10/2016

A United Kingdom

Rosamund Pike i David Oyelowo w filmie A united kingdom

A United Kingdom

reż. Amma Asante

Z opartymi na faktach historiach jest zazwyczaj taki problem, że reżyserzy boją się udziwniać. Najłatwiej trzymać się prawdy, unikać kontrowersji. A jeszcze bardziej pętla się zacieśnia, kiedy trzeba opowiedzieć o kimś szlachetnym. Powstają zatem pomniki i laurki, godne szkolnego wypracowania. Tak też rzecz ma się z filmem A United Kingdom, który otworzył 60. Londyński Festiwal Filmowy.

Historia księcia Beczuany, który pobierał edukację w Anglii, przygotowując się do przejęcia tronu w swoim kraju, a przy okazji zakochał się w białej kobiecie, opowiedziana została po bożemu. Seretse Khama (David Oyelowo, zagrał Martina Luthera Kinga w Selmie) poznaje Ruth Williams (Rosamund Pike, Zaginiona dziewczyna) na imprezie tanecznej – oboje świetnie się dogadują, czuć między nimi chemię, więc znajomość się rozwija. Wbrew temu, że w społeczeństwie panuje tabu dla par mieszanych, wbrew zakazom rodziny i w końcu wbrew życzeniom rządu brytyjskiego, który otoczył kraj króla protektoratem – młodzi pobierają się. Biała kobieta ma zostać królową tamtejszej wioski, w której mieszkańcy żyją w glinianych chatach. Wuj Sereste (Vusi Kunene), który tymczasowo sprawuje władzę w kraju, też nie będzie zadowolony.

Rosamund Pike i David Oyelowo

A United Kingdom jest głosem w sprawie segregacji rasowej i praw człowieka wogóle. Trudno o wyraźniejszy przykład z historii współczesnej – lata 50., za bohaterami jest II wojna światowa, rząd Jej Królewskiej Mości ze względów ekonomicznych układa sobie współpracę z Republiką Południowej Afryki, w której właśnie rodzi się apartheid. Ten haniebny epizod z historii Wielkiej Brytanii zasługiwał na przypomnienie, szczególnie w świetle najnowszych wydarzeń. Scenariusz wcale nie szczędzi szczegółów – dostaje się nawet Churchillowi, który skazał Sereste na dożywotnie wygnanie. Oglądamy Londyn, gdzie na czarnych panów z białymi partnerkami się napada na ulicy, a na klatce „życzliwy sąsiad” wiesza kartkę z szubienicą z podpisem „czarnuch”. Segregacje rasowe w Afryce są normalnością – osobne miejsca dla białych i czarnych, zakaz spożywania alkoholu przez tubylców, skazanych na role sprzątaczy i lokajów.

W centrum filmu znajduje się uczucie łączące główne postaci – jest ono czyste i niemożliwe do złamania. Groźby, korupcja, błagani i rządowe dekrety tego nie zmienią. Aktorzy robią, co mogą, żeby nadać tym pomnikom cech ludzkich. Zarówno Oyelowo jak i Pike ratują ten dość konwencjonalny film. Jest między nimi napięcie, w ich związek łatwo uwierzyć. Seretse jest idealistą, intelektualistą i z mocnym kręgosłupem moralnym. Powalony na ringu ciosem bokserskim od białego zawodnika w pierwszych scenach król Khama powie „Nie spodziewałem się tego”. I oczywiście ciosy, choć nie fizyczne, posypią się na niego później jak grad – biali będą starali się go oszukać, zastraszyć i przekupić. Jego naiwność i idealizm są momentami bardzo drażniące. Da się np. wplątać w podstępny wyjazd z kraju, do którego będzie miał biedę wrócić. Ruth to silna, inteligentna i doświadczona wojną kobieta, która wie, czego chce. Dobrze, że gdzieś w tych papierowych ramach jest miejsce na dowcip i humor, który nadaje postaciom jakże potrzebnego ciepła.

Oparty na zasadzie prostych przeciwieństw świat wpada w prostolinijne kategoryzowanie na dobrych i złych. Źli to oczywiście biali, przedstawiciele rządu i władzy. Kiedy pewne postaci pojawiają się na ekranie (Tom Felton i Jack Davenport), brakuje tylko „marszu imperatora” jako podkładu muzycznego. Czarny charakter w tym wypadku ma bardzo jasną karnację. Dobrzy są właściwie wszyscy czarni – nawet wujek księcia wróci do łask. Są w filmie momenty, że wydaje się, że twórcy zdecydują się na jakąś rewoltę, jak choćby gdy pierwszy raz Ruth z mężem przyjeżdżają do jego wioski. Czarni z morowymi minami szykują się na lincz. Ta groźna szybko znika – zostają oni zdegradowani zostają do – dosłownie – kolorowego tła. Jest też biały reporter, który zdaje się być kanalią, a okazuje się całkiem przyzwoitym dziennikarzem, jest kilku prawników – ale oni też gdzieś znikają w tle. Dość szybko powraca filozofia disnejowskiej bajeczki.

O postaci trudno się martwić i wiadomo, że włos im z głowy nie spadnie. Ta plakatowość, która wyziera szczególnie w malowniczych ujęciach Afryki (zderzonych z wiecznie zachmurzoną Anglią) i rzewnej ścieżce dźwiękowej, to chyba największy zarzut dla tego filmu. Amma Asante unika szorstkości i brutalności – zagrożenia są pozorne jak tekturowe dekoracje w teatrze. A United Kingdom nie rości sobie pretensji do czegoś innego niż byciem wzruszającym (jest kilka scen, gdzie łzy same napływają do oczu) melodramatem z historią w tle. Jest to podnosząca na duchu opowieść o pięknej i szczerej miłości, która miała siłę skruszyć skorumpowanych polityków i być zalążkiem do narodzin demokracji: Seretse Khama został pierwszym prezydentem Botswany, wybranym przez obywateli swojego kraju. Piękna historia zasłużyła jednak na bardziej ambitne opakowanie.

Ocena: 5/10

Sausage Party

yg5noc09

Sausage Party

reż. Conrad Vernon, Greg Tiernan

Występują: Seth Rogen, Kristen Wiig, Jonah Hill, Bill Hader, Michael Cera, James Franco, Craig Robinson

Premiera Wielka Brytania: 2/09/2016

Premiera Polska: 12/08/2016

Ocena: 8/10

 

Ostatnia rodzina

Ostatnia rodzina Andrzej Seweryn fot. Hubert Komerski

Ostatnia rodzina

reż. Jan P. Matuszyński

Debiutancki film kinowy Jana P. Matuszyńskiego to jeden z najbardziej oczekiwanych tytułów roku. Historia rodziny Beksińskich była tematem trudnym do podjęcia, a jednocześnie łatwym do zbanalizowania. Jak się okazało, twórcy wyszli z tego zadania zwycięsko. Dosłownie, bo Ostatnia rodzina otrzymała główną nagrodę na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Zasłużenie, bo jest to najlepsza i najważniejsza polska produkcja ostatnich kilkunastu lat.

Jak napisać o filmie, który jest niczym opowieść o twoich najbliższych? Jest osobisty niczym wspomnienie, zarazem chłodny i obiektywny niczym dokument. Pełen dobrze znanych zdarzeń, ale i szokujących faktów, które pozostawiają niesmak i niedowierzanie. Faktów, które wolelibyśmy pominąć milczeniem. Może należałoby zacząć recenzję Ostatniej rodziny osobiście.

Ostatnia rodzina Andrzej Seweryn Dawid Ogrodnik Aleksandra Konieczna fot. Hubert Komerski

Pamiętam dokładnie, jak trafiłem na audycję Tomka Beksińskiego. Późna noc w radiowej Trójce, grubo po północy. Jakiś facet czyta poezję – jak się później okazało, Edgara Alana Poego. Jest atmosfera, napięcie w jego głosie. Zaraz potem rozpoczyna się utwór, który doskonale puentuje wypowiedź prezentera. Jest groza, trochę na poważnie, trochę z przymrużeniem oka. Nie wiedziałem jeszcze, że zawitałem do radiowej „krypty” wampira, do której wracał będę do samego, niespodziewanego końca. Kolejne audycje stają się jak nabożeństwa, zarwane noce nic nie przeszkadzają. Liczy się muzyka, nastrój, odkrywanie nowych odcieni czerni. Kim jest ten Beksiński?

Wszystko powoli układa się w całość. Nazwisko najpierw kojarzę z ulubionych seriali Monty Pythona. Ten sam człowiek tłumaczył. I filmy z Jamesem Bondem, i horrory z londyńskiego studia Hammer. Nasz krąg zainteresowań się pokrywa. A jest jeszcze jeden Beksiński. Obrazy Zdzisława kojarzę najpierw z okładek płyt polskiej artrockowej grupy Collage. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Dzieła malarza, w których koszmary senne spotykają się z baśniami o dalekich krainach, futuryzm z wizjami prokapitalistycznymi, niemalże uzupełniają atmosferę audycji Tomka. Jeżeli H. R. Gieger miał kiedyś bratnią artystyczną duszę, był nim właśnie Zdzisław Beksiński.

Ostatnia rodzina Dawid Ogrodnik fot. Hubert Komerski

Film Matuszyńskiego zaczyna się od etapu warszawskiego rodziny, w latach 70. Po przeprowadzce z Sanoka malarz, wraz z żoną oraz swoją i jej matką, zamieszkują w jednym ze świeżo wybudowanych bloków. Ich syn ma osobne mieszkanie, w innym bloku, nie tak daleko. Od początkowych scen twórcy budują sieć zależności i związków pomiędzy członkami rodziny. Tomek (Dawid Ogrodnik) jest oczkiem w głowie Zdzisława (Andrzej Seweryn) i Zofii (Aleksandra Konieczna). Poprzednie próby samobójcze sprawiają, że ojciec, w obawie o kondycję syna, wyważa drzwi do mieszkania, kiedy ten nie otwiera. Młody Beksiński robi ze swoimi rodzicami co chce. Wpada do ich mieszkania, kiedy mu się podoba, zabiera obrazy ojca, które wpadną mu w oko, wychodzi bez słowa. I to w lepsze dni. Bo w gorsza potrafi zrobić karczemną awanturę i rozwalić kuchnię tylko z tego powodu, że matka posprzątała jego „kryptę”. Ogrodnik w roli młodego radiowca bywa momentami nadekspresyjny – otrzymujemy przez to obraz człowieka, który jest przerysowanym bufonem, nieprzysporzonym do życia w społeczeństwie odludkiem, ogarniętym obsesją śmierci. Wielu fanów Tomasza będzie miało pewnie problem z zaakceptowaniem tej interpretacji postaci. Ale w końcu jest to film fabularny. Po drugie – tylko najbliższe osoby z jego otoczenia mogą potwierdzić lub zaprzeczyć. Kim był ten ukrywający się pod maską radiowego prezentera i tłumacza człowiek? Odpowiedź przynoszą nagrywane przez Zdzisława taśmy, które były jedną z inspiracji dla filmu – obok książek i artykułów jedno z wielu źródeł scenariusza. Prawda czy fałsz – gra Ogrodnika wydaje się momentami nie na miejscu. Znerwicowaną, zagubioną ale i wrażliwą osobowość można było oddać w bardziej dyskretny sposób.

Ostatnia rodzina Andrzej Seweryn Aleksandra Konieczna fot. Hubert Komerski

Zupełnie inaczej wygląda przy nim Andrzej Seweryn. Jest niczym z innej epoki – dżentelmen w starym stylu, uśmiechnięty przy gościach, miły i sympatyczny starszy pan. Z jednym problemem – nie znosi dotyku ludzi, nie śpi w tym samym łóżku z żoną, a co najważniejsze – nie potrafi przytulić syna. Potrafi z nim rozmawiać o błahych sprawach, ale nie o poważnych rzeczach. Ten chłód pomiędzy nimi okaże się problemem, kiedy zabraknie najważniejszego spoiwa w rodzinie Beksińskich – Zofii. Grająca żonę artysty Aleksandra Konieczna wspaniale oddała najbardziej tajemniczą postać w tym równaniu. To ona, jak okaże się po latach, niczym wzorowa Matka Polka, oddała swoje istnienie dla mężczyzn w jej życiu. Cicho wycofała się do kuchni, oddając mężowi mieszkanie na pracownie. Zajmowała się synem z przesadnym oddaniem – może ta nadopiekuńczość sprawiła, że wyrósł na takiego neurotyka. Zarówno Zdzisław i Tomek tylko w Zofii widzą powierniczkę sekretów, ukojenie, ale też sekretarkę, sprzątaczkę, kucharkę, cel ataków i zawór bezpieczeństwa. Ostania rodzina rozpada się na dobre, kiedy Zofii nagle zabrakło.

Kamera niezwykle rzadko opuszcza mieszkanie Beksińskich seniorów lub Tomka. Winda w bloku syna, mroczne studio radiowe – to przestrzenie nadają niezwykłej, autentycznej mocy temu filmowi. Niczym na obrazach Zdzisława wkraczając do rezydencji Beksińskich wkraczamy na innej przestrzeni. Wiele zakamarków, korytarze, wnętrza zastawione pracami malarza, płyty, książki na półkach. Rodzina żyje w tym wnętrzu niemalże organicznie. Z biegiem czasu, choć mieszkania pustoszeją (kolejne babcie umierają), wnętrza zaczynają się robić coraz bardziej klaustrofobiczne, pochłaniając postacie coraz bardziej. „Mój dom to moja twierdza” to stwierdzenie, pod którym podpisać się może Zdzisław. Tu przyjmuje gości, dziennikarzy, tu pracuje, je, śpi. Tu też przyjdzie całej rodzinie dokonać żywota.

Ostatnia rodzina Andrzej Seweryn fot. Hubert Komerski

Ostatnia rodzina jest angażująca i wiarygodna niczym dokument, będąc absolutnie perfekcyjnym filmem fabularnym. Dzięki bezbłędnej realizacji i fantastycznemu aktorstwu udało się twórcom produkcji stworzyć sytuację, o której inni mogą tylko pomarzyć. Jesteśmy w samym środku opowieści, podglądając bohaterów niczym w domu Wielkiego Brata. Na dobre i na złe – przy malowaniu kolejnych dzieł, przy obiedzie jedzonym z prędkością błyskawicy, przy problemach żołądkowych malarza. Nie mamy poczucia że ktoś inscenizuje kolejne scenki z życia – choć takie wrażenie może sprawiać w miarę chronologiczna konstrukcja, z kolejnymi wydarzeniami w historii głównych bohaterów. Matuszyński robi to niezwykle dyskretnie i naturalnie – znalazł idealny, prosty sposób na pokazanie stopniowo rozpadającego się, toksycznego układu, zwanego także rodziną. Z wieloma scenami, które na długo po seansie zostają w głowie widza. Kino to wehikuł magiczny, ale opowiadane przez nie historie nierzadko przeradzają się w prawdziwy koszmar. Myślę, że Tomek doceniłby tak gorzkie i mroczne zamknięcie tej filmowej opowieści.

Ocena: 9/10

Siedmiu wspaniałych

Siedmiu wspaniałych recenzja Vincent D'Onofrio, Martin Sensmeier, Manuel Garcia-Rulfo, Ethan Hawke, Denzel Washington, Chris Pratt and Byung-hun Lee star

The Magnificent Seven

reż. Antoine Fuqua

Recenzja Siedmiu wspaniałych aż prosi się o powtarzane jakże często stwierdzenie, że współczesne kino nie sili się na oryginalność. Remake, reboot, sequel, prequel to chyba najczęściej używane słowa opisujące filmy pojawiające się w ostatnich latach. Efekty tych zabiegów bywają różnorakie, ale zazwyczaj twórcy wracają z tego pojedynku na tarczy. W przypadku produkcji w reżyserii Antoina Fuqua nie jest źle. Ale mogło być jeszcze lepiej.

Twórca znany z Dnia próby oraz Do utraty sił nie starał się wymyślić na siłę czegoś zupełnie nowego. Pierwowzór, powstały w latach 60., nie był zresztą tak bardzo autorski. Oparty na filmie Akiry Kurosawy Siedmiu samurajówopowiadał historię grupy rewolwerowców, którzy decydują się pomóc grupie zwykłych obywateli w starciu z prześladującą ich grupą przestępców. Nie pieniądze, ale pragnienie przygody poczucie sprawiedliwości są czynnikami motywującymi tytułową siódemkę. Z tej zbieraniny przypadkowych, utalentowanych, ale nie idealnych ludzi, rodzi się mit poświęcenia i walki o słuszną sprawę. Nawet, jeżeli przyjdzie za nią poświęcić życie.

Denzel Washington Chris Pratt Siedmiu wspaniałych recenzja

Antoine Fuqua odświeżył i uwspółcześnił swój film – choć akcja ciągle toczy się na Dzikim Zachodzie w drugiej połowie XIX wieku, to mamy bohaterów, którzy wyjęci są niemal z podręcznika poprawności politycznej. Chisolm (Denzel Washington) jest czarnoskórym kowbojem, łowcą nagród pracującym dla rządu. Josh Faraday (Chris Pratt) to lubujący się w kobietach, alkoholu i karcianych sztuczkach (kolejność dowolna) cwaniak, z pochodzenia Irlandczyk. Goodnight Robicheaux (Ethan Hawk) jest weteranem wojny secesyjnej, wybitnym snajperem, a obecnie zarabia pieniądze na wygrywającym pojedynki rewolwerowe Azjacie o imieniu Billy Rocks (Byung-hun Lee), który opanował do perfekcji sztukę władania bronią białą. W grupie znaleźli się też Meksykanin Vasquez (Manuel Garcia-Rulfo), rdzenny Amerykanin z plemienia Comanche, bo nie wypada powiedzieć „Indianin”, Red Harvest (Martin Sensmeier) oraz biały traper Jack Horne (Vincent D’Onofrio). Do kompletu brakuje tylko Żyda oraz Włocha i geja. Ci pewnie zostali w Nowym Jorku.

Denzel Washington Siedmiu wspaniałych recenzja

Zgodnie z powyższym standardem, ich przeciwnikiem nie może być Meksykanin, jak w pierwowzorze, czy inny przedstawiciel mniejszości etnicznej lub narodowej. W taki razie bycie bandytą przypada białemu, ale jest on twarzą większego zła. Bartholomew Bogue (Peter Sarsgaard) reprezentuje sobą kapitalistyczny wyzysk zwykłych obywateli. Otwierająca sekwencja wyjaśnia, kim są złoczyńcy, uprzykrzający życie prostego ludu. W Rose Creek znajdują się cenne pokłady złota i grupa Bogue’a chce kontrolować cały teren, by czerpać zyski z wydobycia. Bartholomew oferuje zastraszonym mieszkańcom propozycję nie do odrzucenia: 20 dolarów za działkę – mogą skorzystać ze „specjalnej oferty”, albo najpewniej stracić życie w konfrontacji z nim. Część mieszkańców ginie podczas narady w kościele – w tym mąż  Emmy Cullen (Haley Bennett). Budynek zostaje spalony, kilka kobiet zostaje wdowami, a dzieci – sierotami. Tylko socjopata nie poczuje głębokiej empatii do zastraszonych wieśniaków. Owdowiała kobieta, która chyba nosi najbardziej wyzywający dekolt na prerii, jest jedyną osobą „z jajami”, która chce walczyć. Z zebranych wśród mieszkańców pieniędzy powstaje budżet na wynajęcie jego obrońców.

Chris Pratt Siedmiu wspaniałych recenzja

Następujące po otwarciu sekwencje płynnie przechodzą jedna w drugą i są do siebie bliźniaczo podobne. Najpierw poznajemy potencjalnego „wspaniałego”, by dowiedzieć się o jego umiejętnościach i krótkiej historii. Antoine Fuqua zręcznie w tych dobrze skonstruowanych scenach używa napięcia i humoru. Są strzelaniny, pojedynki, lekki dowcip i co najważniejsze – moralne zwycięstwo jest zawsze po właściwej stronie. Kiedy grupa zawita w Rose Creek, przyjdzie czas na przepędzenie służących Bogue’owi ludzi i przygotowanie na wielki pojedynek. A ten wypełni prawie całą godzinę wieńczącą film.

Tytułowych Siedmiu wspaniałych to niemal bogowie, którzy zstąpili z niebios, by walczyć w imię zwykłych ludzi. Każdy ich strzał jest celny, a kule przeciwników prawie się ich nie imają. Sceny strzelanin, choć są wspaniałe choreograficznie i ogląda się je z wielką przyjemnością, tracą przez to wiele autentyzmu. Pewna schematyczność myślenia oraz oddanie większości czasu ekranowego dla akcji odbiło się na rysunku postaci oraz idącą za tym empatią. W scenariuszu, autorstwa Nic Pizzolatto i Richarda Wenka zabrakło miejsca dla zbudowania historii więcej niż trójki rewolwerowców. Brakuje informacji o przeszłości czarnoskórego bohatera i Azjaty. Inteligentny Jack Horne zdaje się mieć w zanadrzu niejedną historię ze swojego życia – w filmie nie usłyszymy żadnej. Red Harvest też został potraktowany po macoszemu. Niewykorzystany jest potencjał Bartholomew Bogue’a, którego postać koncentruje się na złowrogim mrużeniu oczu. Zamiast tego, Fuqua woli dorzucić jeszcze więcej wybuchów, strzałów i slow-motion.

Luke Grimes, Haley Bennett i Denzel Washington w Siedmiu wspaniałych

Niedociągnięcia te na szczęście nie psują ogólnie dobrego wrażenia całego filmu. Akcja toczy się płynnie, historia nie ma prawie wcale „spowalniaczy”, a walory produkcyjne i aktorstwo – jak na kino komercyjne – są na dobrym poziomie. Na szczególną uwagę zasługuje muzyka Jamesa Hornera i Simona Franglena. To ostatnia ścieżka dźwiękowa, nad jaką pracował zmarły niedawno kompozytor. Nie tylko odrobinę przerobiony motyw przywodni, który znamy z oryginału, zapada w pamięć. Motyw z trąbką, który przewija się co jakiś czas, przywodzi na myśl serial House of Cards, ale jest wprost elektryzujący. Zdjęcia autorstwa Mauro Fiore ukazują amerykańską przyrodę w całej wspaniałości i majestyczności.

Fuqua nie wynalazł prochu i stworzył rzetelne, świetnie zrealizowane widowisko, które odniesie z pewnością spory sukces finansowy. Siedmiu wspaniałych to udana powtórka z klasyki, ale raczej nie przejdzie do kanonu dzieł nowego westernu.

Ocena: 8/10

 

On The Milky Road

On the Milky Road Emir Kusturica Monica Bellucci

On The Milky Road

reż. Emir Kusturica

Jeden z wielkich graczy w weneckim konkursie przedstawił swój najnowszy film rzutem na taśmę – ostatniego dnia festiwalu. Emir Kusturica przez dziewięć lat zbierał siły i pomysły, żeby w końcu stworzyć On The Milky Road. I uzbierało się tego trochę za dużo.

Serbski reżyser obsadził samego siebie w głównej roli jako utalentowanego muzyka, hodowcę sokołów – Kostę. Jest rok 1993, wojna na Bałkanach trwa w najlepsze, a lokalni mieszkańcy starają się jakoś funkcjonować. Postać Kusturicy transportuje mleko z wioski do domu na odludzi, gdzie mieszka piękna Milena (Sloboda Micailovic) ze swoją matką. Kobieta w obozie dla osób zagubionych odnajduje tajemniczą Serbko-Włoszkę (Monica Bellucci), którą postanawia wydać za mąż za swojego brata, który wrócić ma z Afganistanu. Jednak pałający zemstą mąż przyszłej panny młodej ma do kobiety inne plany. Po wyjściu z więzienia w Londynie wraca do rozbitej Jugosławii ze swoimi żołnierzami i rozpętuje się prawdziwe piekło na ziemi.

on_the_milky_road_2

Pierwsza część filmu Kusturicy to kino, jakie znamy z Underground i Czarny kot, biały kot – bałkańska dusza hula w najlepsze, pije rakiję, śpiewa i tańczy mimo świszczących obok uszu kul. W tych sekwencjach nawet absolutnie przesadzone elementy daje się przełknąć, gdyż należą one do tego szaleńczego świata. Panna młoda przyszywa Kusturicy ucho, które stracił w drodze do jej domu. Albo co chwila pojawia się kura, skacząca jak szalona do lustra. W domu kobiet jest też nieokiełznany zegar, raniący każdego, kto próbuje go naprawić. Natura i kultura istnieją obok się w jakiejś dziwnej harmonii. Nawet upchnięte gdzieś symbole (wąż pijący mleko, sokół – symbol Serbów) nie kują w oczy. Jednak kiedy para głównych bohaterów zaczyna szaloną ucieczkę przed ścigającymi ich żołnierzami, robi się naprawdę nieznośnie. Kusturica nie wie, gdzie przestać. Mamy sceny pościgu godne filmów szpiegowskich, głupkowatych żołdaków rodem z francuskich komedii, realizm magiczny (para bohaterów potrafi latać!), a na koniec – wybuchające w powietrze barany. Dość szybko magia przeradza się w kicz, a efekty specjalne zaczynają śmieszyć, a symbole zamiast sugerować, tylko irytują.

Przy całym bałaganie, jakim jest On The Milky Road, Bellucci zachowała wiele godności, dając swojej postaci wystarczająco dużo tajemniczości i ciepła. Kusturica – o dziwo – nie szarżuje swoją postacią, choć nie mógł się powstrzymać przed kilkoma scenami, w których prezentuje się bez koszuli… Na osobną uwagę zasługują zdjęcia, przestawiające Bałkany jako wspaniałą, różnorodną krainę, z zielonymi łąkami, czystymi rzekami i urodziwymi łańcuchami górskimi. To, i pierwsza połowa filmu, są warte zapamiętania na dłużej.

Ocena: 4/10

Gantz:O

Gantz:O recenzja

Gantz:O

reż. Yasushi Kawamura

Światową prapremierę miał też w Wenecji Gantz:O – japoński film anime oparty na kultowej mandze oraz animowanym serialu. Pierwsza produkcja używająca w pełni technologii 3DGC (3D graphic copmression – hybrydowe połączenie syntetycznej animacji i tradycyjnych technik rejestracji obrazu) trafi do kin prawdopodobnie późną jesienią.

Głównym bohaterem filmu jest Kato, który po tym, jak ginie próbując uratować komuś życie, trafia do gry typu survival, dołączając do podobnych jemu ludzi. Uczestnicy tej śmiertelnej rozgrywki, wyposażeni w wysoko rozwiniętą broń i futurystyczną technologię, walczą z atakującymi Japonię potworami pochodzenia pozaziemskiego. Nagrodą jest przetrwanie w grze, ale także możliwość powrotu do normalnego świata. Żółtodziób Kato będzie musiał szybko się uczyć, by nie stracić życia i zakończyć swoją pierwszą misję w Osace.

Gantz:O recenzja

Fani oryginału nie będą zawiedzeni – w końcu finalny produkt zatwierdził autor Oku Hiroyi. Twórcy znani choćby z Appleseed i Asury nie boją unikać się przemocy i film zawiera wiele brutalnych i krwawych scen. Nie przykręcono też kurka z seksualnością i mizoginizmem. Kobiece bohaterki wyglądają niesamowicie seksownie w obcisłych, czarnych kombinezonach, podkreślających olbrzymie piersi (przezwisko jednej z nich to „Jugs”, czyli „Donice”), a ich zdolność do walki z przeciwnikami jest równa zero – muszą zostać oczywiście uratowane przez mężczyzn.

Najważniejsze jednak, że Gantz:O to świetnie zrealizowane kino akcji, któremu nie przeszkadzają nawet drętwe dialogi czy początkowo irytujące CGI. Nad odrobinę plastikowymi twarzami udaje się dość szybko przejść do porządku dziennego i dać się porwać biegowi zdarzeń. Każda z postaci otrzymuje pewne cechy charakteru i dość łatwo rozróżnić ich między sobą i zbudować nić sympatii. Podstawowa motywacja postępowania też jest w miarę jasna, a na pogłębienie psychologii fani będą musieli wrócić do źródła.

Ocena: 7/10

Planetarium

Natalie Portman Planetarium

Planetarium

reż. Rebecca Zlotowski

Natalie Portman wciela się w jedną z sióstr Barlow, które pracują we Francji w latach 30. w wędrownej grupie artystów – ich specjalizacja to seanse spirytystycznych. Podczas jednego z nich ich uwagę przykuwa bogaty mężczyzna – Andre Korben (Emmanuel Salinger). Zaprasza kobiety do siebie, gdzie przeprowadzają prywatny seans. Jakiś kontakt zdaniem klienta następuje, bo młodsza z sióstr – Kate (Lily-Rose Depp – córka Johnny’ego Deppa i Vanessy Paradis) ma prawdziwy dar, a starsza – Laura – choć jest jedynie szołmenką, robi to naprawdę dobrze. Mężczyzna jest pod ogromnym wrażeniem i chce utrwalić zetknięcie z siłami nadprzyrodzonymi na taśmie filmowej. Bohaterka Portman tak dobrze wypada podczas zdjęć próbnych, że reżyser powierza jej jedną z głównych ról w filmie, do którego scenariusz napisano specjalnie dla spotkania z kobietami. Tymczasem młodsza próbuje nawiązać kontakt z duchami podczas seansów z Korbenem.

planetarium_4

Główny problem filmu Zlotowski tkwi w tym, że obiecuje coś więcej, niż jest w stanie dostarczyć. Spirytystyczny wątek nie jest ani straszny, ani zbyt rozbudowany, żeby nas przejąć. Poza jedną, dość interesującą sekwencją, pozostaje nam spory niedosyt. Relacja sióstr jest w miarę płytka, sprowadza się do wiecznie strofującej młodszą siostrę Laury. Także motyw „filmu w filmie” wypada dość blado. Nie wspomnę już o tym, że planetarium w tej produkcji nie zobaczymy. Udało się za to dość pociągająco odtworzyć atmosferę dekadencji międzywojnia, ze wspaniałymi strojami oraz poczuciem końca pewnej epoki. Antyżydowskie zachowania zaczynają się w pewnym momencie spiętrzać, a słowa młodej dziewczyny „ja umrę, ponieważ umrę, nie dlatego, że jestem chora” można odebrać jako zapowiedź zbliżającego się holokaustu.

W dość nierównym i nijakim Planetarium Portman oraz Salinger swoimi magnetyzującymi osobowościami oraz świetną grą utrzymują resztki zainteresowania widza. Zdjęcia utrzymują wysoką klasę i jest kilka zabiegów formalnych, zapożyczonych z kina tamtej epoki, którzy przykuwają uwagę. Same w sobie jednak są sztuką dla sztuki. Na pocieszenie mamy jeszcze wątek patriotyczny – naukowcy badający zjawiska nadprzyrodzone w filmie są pochodzenia polskiego, a jednego z badaczy gra Jerzy Rogulski, polski aktor od kilkudziesięciu lat występujący we Francji.

Ocena: 5/10

Jackie

jackie_1

Jackie

reż. Pablo Larraín

Pablo Larraín w swoich filmach nie stroni od ważnych tematów politycznych i społecznych. W Nie oraz w Nerudzie podjął temat podziałów wewnętrznych w Chile, Klub opowiadał o tym, jak Kościół zamiatał problemy z księżmi pod dywan. Jackie, pierwszy film anglojęzyczny reżysera, to historia wdowy bo Johnie F. Kennedym, prezydencie Stanów Zjednoczonych, zamordowanym w listopadzie 1963 roku.

Jacqueline Kennedy (Natalie Portman) podejmuje w willi w Massachusetts dziennikarza (Billy Curdup), który chce przygotować reportaż o świeżo owdowiałej pierwszej damie. Rozmowa między tym dwojgiem jest pretekstem do retrospekcji kilku momentów sprzed i po zamachu. Chłodna i stanowcza kobieta, schowana za maską, nie pozostawia złudzeń, kto tu rządzi. „Dokonam pełnej autoryzacji twojego tekstu, na wypadek gdybym powiedziała coś, czego nie mam na myśli” informuje na początku gościa. Stopniowo jednak zaczyna odkrywać przed rozmówcą zupełnie inną twarz. Kiedy wchodziła w świat wielkiej polityki była naiwną i nieśmiałą osobą. Larraín używa archiwalnego programu telewizyjnego, nagranego w Białym Domu kilka lat wcześniej, by pokazać jak trudno przychodzi jej na początku udawać uśmiechniętą i ikoniczną pierwszą damę, którą znamy z historii. Tuż przed feralnym dniem w Dallas kobieta nie ma problemu z wyjściem do tłumu z uśmiechem na twarzy.

Kino do tej pory lekceważąco pokazywało rolę żony prezydenta, skupiając się oczywiście na JFK. Ta nowa perspektywa, którą proponuje chilijski reżyser, jest niesamowicie odświeżająca. W Hollywood zresztą jak na lekarstwo jest filmów o silnych kobiecych postaciach. Jackie nie jest nigdy przedstawiana jako partnerka czy osoba w cieniu męża. To jej perspektywa, myśli i uczucia są najbardziej interesujące. Scena z fatalnym postrzeleniem prezydenta pojawia się w filmie kilkukrotnie, za każdym razem w zupełnie innym kontekście. „Zapewne chcesz wiedzieć, jaki dźwięk wydała kula uderzająca o głowę prezydenta” – zwraca się wdowa po Kennedym do dziennikarza. Kiedy odpowiada szczerze na to pytanie opisze też, jak się czuła, choć nikt nigdy tego nie chciał wiedzieć. Ameryka zobaczyła na ekranach telewizorów jak ginie ich przywódca. Dla Jacqueline był to ktoś więcej – mąż, ojciec jej dzieci, partner, jej Jack, którego kochała bezgranicznie. Ten niezwykle czuły wizerunek wyłania się w filmie stopniowo, z dosłownie kilku scen, kiedy para prezydencka jest na ekranie razem. Ale to wystarczy, żeby moment z zabójstwem nabrała zupełnie innego wyrazu – nasz wzrok sfiksowany jest na dramacie Jackie, próbującej pozbierać instynktownie resztki męża z maski samochodu.

Jackie Natalie Portman recenzja

Konstrukcja filmu jest fragmentaryczna, ale ani przez chwilę nie jest niejasna lub chaotyczna. Z tego kolażu rodzi się też jednolity, wyrazisty portret tytułowej bohaterki. Larraín jest przecież mistrzem ukazywania emocji w małych, skromnych scenach. Tych perełek w filmie jest co niemiara. Jak choćby chwila po zamachu, kiedy Jackie zmywa z twarzy resztki krwi w samolocie i uczestniczy w szybkim zaprzysiężeniu Lyndona Johnsona (John Carroll Lynch) na prezydenta. Kobieta, która była jeszcze chwila temu żoną najpotężniejszego człowieka na świecie, teraz czuje się jak piąte koło u wozu stojąc u boku nowej prezydenckiej pary, a zwłoki jej męża jeszcze leżą ciepłe w trumnie obok. Lub nietuzinkowa rozmowa z księdzem (John Hurt) przed cmentarzem, w której zrozpaczona mówi, że powinna była poślubić zwykłego brutala i zostać sprzedawczynią w sklepie. „Moja jedyna wina to fakt, że zostałam panią Kennedy”. Kobieta obawia się także, że ona i mąż zostaną zapomniani. Przecież nie zostawiali po sobie niczego na miarę Abrahama Lincolna, również zastrzelonego przez zamachowca, którego spuścizną było zakończenie wojny domowej i wyzwolenie niewolników. Organizuje nawet pogrzeb, który byłby kopią uroczystości żałobnych tamtego prezydenta. Dla kogo to robi, pyta sama siebie. Dla męża, by został zapamiętany? Kiedy w końcu mówi, że chciałaby, by podczas procesji ktoś zastrzelił także ją, by mogła dołączyć do Johna, widać, jak wiele kosztuje ją sytuacja i ile znosić musi po jego śmierci. Kiedy w oknie limuzyny odwożącej ją z Białego Domu pojawiają się wystawy sklepów, na których manekiny są wierną kopią jej fryzury i ubrań, na twarzy Jacqueline pojawia się uczucie pustki – czy zostanie tylko zapamiętana jako ta stylowa i „piękna osoba” (tak mówi o sobie i mężu Bobby’emu Kennedy)?

Natalie Portman zagrała w tej roli wprost znakomicie. Jej mimika, sposób intonacji słów, manieryczność sprawiają, że aktorka jest niemal nie do poznania. Oddała swojej postaci całą swą osobowość. Za takie kreacje Akademia przyznawała już Oscary nie raz, więc Portman jest na dobrej drodze. Partnerujący jej aktorzy sprawdzają się bardzo dobrze, ale nie oszukujmy się – Jackie to spektakl jednej bohaterki.

Od strony realizacyjnej nie ma do czego się przyczepić. Fantastyczne zdjęcia i przepięknie dobrane kolory nie pozwalają od ekranu oderwać wzroku. Melodramatyczna, żałobna ścieżka dźwiękowa, dodaje filmowi niemalże operowego rozmachu. Pojawia się też motyw z musicalu Camelot, który uwielbiał JFK, i który stał się swego rodzaju gorzkim synonimem nigdy nie spełnionego snu o wspaniałym królu i jego dzielnych rycerzach.

Ocena: 9/10

Voyage of Time

Voyage of Time Terrence Malick

Voyage of Time

reż. Terrence Malick

Voyage of Time Terrence’a Malicka to dzieło, nad którego konceptem reżyser pracował od lat 70. ubiegłego wieku. Dziewięćdziesięciominutowy film jest poważną medytacją, modlitwą do Matki (Boga?), z nabożnymi pytaniami retorycznymi cytowanymi niczym poemat przez Cate Blanchett („Matko, kim jesteś?”, „Naturo, czym dla ciebie jestem?”). Większość czasu ekranowego wypełniają wspaniałe, wysokiej jakości zdjęcia: kosmos i gwiazdy widziane przez teleskop Hubble’a, generowane komputerowo symulacje z głębi wszechświata, ujęcia Ziemi z różnych miejsc (gejzery, wulkany, jaskinie, kaniony) oraz podwodne, robiące ogromne wrażenie sekwencje. Obrazy te reżyser przeplata szorstkimi, kręconymi słabej jakości kamerą ujęcia biednych ulic z różnych zakątków świata, mnichów, modlitw, tłumów. Malick pokusił się też o krótką sekwencję z pierwszymi ludźmi, nagimi, dziko wymachującymi rękami.

voyage_of_time_3

Ilość patosu płynącego z ekranu jest nie na każdy gust. Podejście spirytualistyczne zapewne pozwoli strawić film o wiele łatwiej. Jeżeli natomiast szukać w tej produkcji jakiejś informacji lub rzeczowości, czeka nas spory zawód. Dlatego dla spragnionych wiedzy polecam choćby serie BBC z profesorem Brianem Coxem lub genialny serial Cosmosprezentowany przez profesora ‎Neila deGrasse Tysona. Nie można odmówić Voyage of Time rozmachu i perfekcyjnego wykonania. Gorzej natomiast z jakimś uczuciem. Przy całym pięknie naszego wszechświata poruszenie się tematem było niemożliwe.

Ocena: 5/10

Dark Night

Dark Night Tim Sutton Venice Wenejca

Dark Night

reż. Tim Sutton

Sześć różnych osób, których życie połączy jedno, tragiczne wydarzenie. Dark Night opowiada gdzieś inspirowaną prawdziwą historią strzelaniny w USA. Żeby to tylko jednej. W rolach głównych – naturszczyki lub zupełnie nieznane twarze. Kamera towarzyszy różnym postaciom, żyjącym w tej samej okolicy. Nerwowy chłopak o szaleńczo niebieskich oczach, zakochany nieszczęśliwie w pewnej blondynce, która go nie zauważa. Nastolatka pochodząca z meksykańskiej rodziny, pracuje w Wallmarcie. Weteran wojenny, który boryka się z syndromem stresu bojowego. Nastolatek, który przed kamerą rozmawia ze swoją matką o sobie i swojej przyszłości. Dwóch deskorolkowców spędzających czas na włóczeniu się po przedmieściach i spotkaniach ze znajomymi.

Dark Night Tim Sutton Venice Wenejca

Tim Sutton prowadzi swoją narrację powoli, ale umiejętnie. Momentami stara się przestraszyć publiczność, jakby na siłę starał się budować napięcie, ale udaje mu się to tylko raz. Dużym plusem jest brak jednoznacznego, krwawego zakończenia. Te znamy aż za dobrze z mediów. Reżysera bardziej interesuje kim są ci ludzie, którzy zginęli, a także – kim był ich oprawca. Jednak brakuje głębszego spojrzenia, które miał choćby utrzymany w podobnym stylu Słoń Gusa Van Santa. Suttonowi udało się złożyć ciekawą mozaikę, którą dość trudno się przejąć.

Ocena: 5/10

White Sun

White Sun Wenecja Venice

White Sun

reż. Deepak Rauniyar

Nepal po wyniszczającej wojnie domowej pomiędzy rojalistami i komunistami. Chandra (Dayahang Rai) wraca do rodzinnej wioski wysoko w górach po dziesięciu latach nieobecności. Były bojownik zjawia się na pogrzeb ojca, sołtysa miejscowości, by dopełnić tradycyjnych obrzędów i kremacji. Bohater spotka się z byłą żoną, której córka myśli, że zjawił się jej biologiczny ojciec, oraz z bratem, z którym poróżniły go polityczne poglądy.

Ciało ojca przetransportowane musi zostać – według obyczajów – do płynącej u stóp góry rzeki, gdzie powinno zostać spalone. W czasie podróży odnawiają się stary konflikty między Chandrą i jego bratem. Mężczyzna, zostawiony tylko ze starszyzną z wioski i kilkoma dziećmi, musi szukać pomocy gdzie indziej. Najpierw rusza do posterunku policji, potem na uroczystość ślubną syna byłego kompana z wojska, na koniec kontaktuje się z mieszkającymi w górach bojownikami.

White Sun Wenecja Venice

Sprawnie opowiedziany film da się interpretować na wielu poziomach, a najważniejszy z nich – warstwa fabularna – jest wystarczająco interesujący, żeby przejąć się bohaterami i dać ponieść historii. Rauniyar porusza temat krwawego konfliktu, który rozdarł kraj na pół. To także dyskusja pomiędzy tradycją i nowoczesnością. Reżyser nie daje tutaj odpowiedzi, nie opowiada się za którąś ze stron. Bardzo humanistyczne, pozbawione ckliwości spojrzenie, powinno przypaść do gustu miłośnikom dobrego, niebanalnego kina spoza naszej strefy kulturowej.

Ocena: 7/10

Una Vie

Una Vie A Woman's Life Wenecja Venice

Una Vie (A Woman’s Life)

reż. Stéphane Brizé

Znany z Miary człowieka reżyser mierzy się z literaturą klasyczną i dramatem kostiumowym. Zmiana gatunku, ale jest coś w stylu Brizé, że zachowuje on integralność przekazu i tematykę: godność jednostki. Bohaterką opowieści opartej na książce Guya de Maupassanta jest barnonowa Jeanne du Perthuis des Vauds (Judith Chemla), która po powrocie ze szkoły z internatem do domu rodzinnego powoli wchodzi w dorosłe życie. Jej wybór na partnera Juliena de Lamare (Swann Arlaud) będzie początkiem serii rozczarowań. Zdradzana przez męża, który romansuje najpierw ze służącą, z którą ma dziecko, potem z sąsiadką, co zakończy się feralnie dla niego i dla niej; zdradzana przez syna, który dorastając opuszcza dom i rusza na podbój świata, ładując się w coraz gorsze tarapaty finansowe.

une_vie_4

Brizé nie ułatwia nam wejścia w historię. Nakręcony w klasycznych proporcjach film jest pozornie chaotycznym zlepkiem scen. Ujęcia często skupiają się na twarzach bohaterów, część akcji zostaje poza kardem. Akcja skacze z przeszłości w przyszłość, początkowe pół godziny filmu jest prawdziwym wyzwaniem dla widza. Z czasem obraz się coraz bardziej rozjaśnia, impresyjna i mozaikowa forma filmu nabiera sensu. Dostrzegamy zmiany w głównej postaci, której życie pokazano na przestrzeni ponad 20 lat. Nie tyle zmarszczki pojawiają się na jej twarzy, ale widzimy jak kolory sukni, uczesanie oraz zachowanie ukazują stopniowo gasnący promień życia i rozczarowanie ideałami młodości. Skąpane w ciepłych barwach zdjęcia z czasów narzeczeństwa kontrastują z szarymi, coraz bardziej ponurymi fotosami z późniejszych etapów w jej życiu.

Nie pozbawiony pewnego czarnego poczucia humoru film jest gorzką satyrą na romantyczne wizje XIX miłości. Ze świetną rolą Judith Chemly oraz dobrymi, konsekwentnymi walorami produkcyjnymi.

Ocena: 6/10

The Road to Mandalay

The Road to Mandalay Wenecja Venice

The Road to Mandalay

reż. Midi Z

Mieszkańcy Birmy szukają lepszego jutra nielegalnie przedostając się do Tajlandii. Historia Lianqing i Gao, których ścieżki przecinają się w nowym kraju, opowiedziana jest w dość klasyczny sposób, narracja ma swój rytm, nie przeszkadzający we wciągnięciu w tą przejmującą opowieść.

Lianqing szuka bardziej ambitnej pracy, ale bez oficjalnych papierów i pozwolenia może jednynie zmywać talerze w obskurnej knajpie. Gao jest zafascynowany kobietą od samego początku – zamienia się na miejsca podczas nielegalnej przeprawy przez granicę, oferuje jej pomoc w znalezieniu pracy i mieszkania. Dziewczyna jednak ma zupełnie inne priorytety i spojrzenie na swoją przyszłość. Chciałaby za wszelką cenę zarobić dużo pieniędzy i ruszyć dalej (do Tajwanu), żeby godnie żyć. Gao chce odłożyć pieniądze i otworzyć sklep w rodzinnej wiosce w Birmie.

The Road to Mandalay Wenecja Venice

Przejmująca opowieść ma kilka dramatycznych punktów i zaskakujący, gorzki finał. Midi Z, jeden z najbardziej utalentowanych reżyserów z Azji, doskonale skupia uwagę widza, nienachalnie operując środkami wyrazu – mimo to w tym wizualnie konserwatywnym filmie udało się zmieścić więcej niż kilka zapadających w pamięć ujęć.

Ocena: 8/10

Maudite Poutine

Maudite Poutine Shambles Wenecja Venice

Maudite Poutine (Shambles)

reż. Karl Lemieux

Kanadyjski mroczny dramat o mężczyźnie, który wplątał się w kłopoty z lokalną mafią. Wydarzenie to sprawia, że odnawia kontakt ze starszym bratem, uzależnionym od narkotyków, który stacza się coraz bardziej.

Surowa i duszna atmosfera filmu koresponduje z głośną muzyką heavy-metalową (m.in. Godspeed You Black Emperor). Poza ekspresjonistycznymi zdjęciami film nie zachwyca. Pretensjonalne wykonanie, irytujący bohaterowie oraz trudna do przełknięcia fabuła.

Ocena: 4/10