T2: Trainspotting

t2-trainspotting_sick-boy_renton

T2: Trainspotting

reż. Danny Boyle

Dwadzieścia lat upłynęło od czasu, gdy rozstaliśmy się z Rentonem i spółką. W filmie, który niemalże stał się symbolem lat 90. było wszystko, co potrzebne, by stworzyć klasyk: młodzi aktorzy u progu kariery, reżyser-wizjoner, kultowa ścieżka dźwiękowa. Co oferuje kontynuacja Trainspottingu?

Kiedy spotkaliśmy paczkę przyjaciół z Edynburga po raz ostatni, w radiostacjach rozbrzmiewały największe hity Oasis, Blur, Pulp i Underworld, heroina była cool, a szesnaście tysięcy funtów, które chłopaki zarobiły na sprzedaży narkotyków, to całkiem przyzwoity szmal. Renton (Ewan McGregor) postanowił wykolegować resztę ekipy i zwiał z forsą gdzie pieprz rośnie. No tak, zostawił dolę Spudowi (Ewen Bremner), ale pozostałych zwyczajnie okradł. Nic dziwnego, że nie było po nim śladu do momentu, kiedy po dwóch dekadach ląduje w rodzinnej Szkocji. Wygląda na człowieka sukcesu, nie bierze narkotyków, mówi, że ma pracę, żonę i dzieci. Spud szybko przehulał swoje cztery patyki, toczy nierówną walkę z uzależnieniem, zmieniając co chwila życie rodzinne na kolejną dawkę hery. Simon – Sick Boy (John Lee Miller), prowadzi rodzinny, opustoszały pub, namiętnie wciąga kokę, a po godzinach, z pomocą bułgarskiej prostytutki Nikki (Anjela Nedyalkova) szantażuje bogatych i wysoko postawionych oficjeli. Spotkanie po latach z Rentonem zakończy się bardziej dramatycznie niż wymianą kilku zdań. W ruch pójdą pięści, krzesła i szklanki. Jest jeszcze porywczy i nieobliczalny Francis Begbie (Robert Carlyle), który nigdy nie wybaczył zdrady Rentonowi. Gorącogłowy Szkot siedzi w więzieniu – ale nie zamierza spędzać tam więcej czasu niż powinien. Po brawurowej uciecze, która otwiera film, wszystko wskazuje na to, że drogi czwórki bohaterów znowu się skrzyżują.

Trudno wyobrazić sobie, żeby jakikolwiek inny reżyser mógł zająć się ekranizacją sequela kultowego Trainspottingu, niż Danny Boyle, który cierpi na wizualne i stylistyczne ADHD. Kamera nie zaznaje spokoju, pokazuje akcję z najróżniejszych punktów widzenia, cała paleta filtrów kolorowych także idzie w ruch. Montażysta dba o to, żeby widz nie nudził się – tempo cięć momentami bywa zawrotne. Ale Boyle chwilami świadomie zwalnia tempo. Po pierwsze, panowie już nie w tym samym wieku (świetna parafraza biegu otwierającego oryginał – teraz Renton biegnie na bieżni w siłowni…). Po drugie – świat nie jest już tak beztroski jak kiedyś. Scenariusz, który ponownie napisał John Hodge, na podstawie powieści Irvine’a Walsha, to próba odpowiedzi na pytanie „co porabiałeś przez dwadzieścia lat?”. Przeszłość to główny temat T2 – wygląda zza każdego rogu Edynburga. Dosłownie, bo reżyser wplata co chwila fragmenty oryginalnego filmu. Może i na początku rażą, ale potem zaczynają istnieć w obrazie na zasadzie wspomnień, czyniąc całe przedsięwzięcie nostalgicznym do drugiego stopnia.

Jest w najnowszym filmie Boyle’a coś słodko-gorzkiego, poczucie przegranej lub utraconej młodości i jakaś bezsensowna próba jej odzyskania. Może dlatego Renton wraca do rodzinnego miasta – prawdziwy powód nigdy nie zostaje wyjaśniony. Okazuje się, że jego życie to fasada, za którą stoi bezdzietne małżeństwo i nadciągający rozwód. Może dlatego, kiedy ratuje życie Spuda i dowiaduje się o biznesie, który chce rozkręcić Simon (burdel pod przykrywką hotelu), wraca potrzeba dania sobie w żyłę raz jeszcze, za dobre, dawne czasy i zrobienia czegoś wspólnie. Słowa Spuda, które nierozgarnięty boahter chaotycznie spisuje na kartkach, okażą się jeszcze raz prorocze: „Na początku była okazja… potem była zdrada”.

Kiedy bohater McGregora ucieka przed Begbiem uliczkami Edynburga, przypomina mu się młodość. O ile w Trainspottingu mottem było „żyj chwilą”, teraz ta chwila już minęła. „Pochodzę z miejsca, gdzie przeszłość to coś, o czym chce się zapomnieć” – mówi mądrze Nikki, widząc jak Renton i Simon rozdrapują rany. Została tylko przeszłość i błędy młodości, za które trzeba będzie zapłacić. Frank wkurzony jest nie na żarty i gotów jest dosłownie ukręcić swojemu byłemu koledze głowę. Na horyzoncie znajduje się również kasa – całkiem poważna suma, przy której pamiętne szesnaście kawałków wygląda jak napiwek. I chyba nikt już nie wierzy, że pieniądze te dadzą komukolwiek szczęście.

t2 trainspotting spud

T2 o wiele bardziej od poprzednika stara się złożyć fabułę w historię z początkiem i końcem. W oryginale epizodyczność i brak wyraźnej struktury przekute został w zaletę, tutaj szukanie ram sprawia, że tempo kuleje, a wątki są ze sobą słabo powiązane, odsłaniając mankamenty scenariusza. Na ratunek znów rusza wizualna wyobraźnia twórców, zręcznie odwracając uwagę od mielizn w treści. A to cień Spuda wygląda niczym sylwetka Nosferatu z filmu F.W. Murnaua, albo pokój bohaterów zamienia się w stadion piłkarski, kiedy wspominają George’a Besta. Edynburg, niemalże piąty bohater filmu, w oczach operatora rozdarty jest pomiędzy nowoczesnością i brutalnym stąpaniem po przeszłości. Piętrzące się sterty gruzu kontrapunktują nowe elementy miast: szklane biurowce, nowoczesny tramwaj, błyszczące logo na lotnisku. Nie zmienia to faktu, że T2 wydaje się niepotrzebnie długi, z kilkoma poważnymi dziurami w scenariuszu (np. dlaczego policja nie szuka Begbiego?), z energią i czarem, które gdzieś wywietrzały przez te dwie dekady. Kobiece postacie, oprócz wspomnianej Nikki, są na marginesie – coż, może one zrobiły coś sensownego z życiem, a nie tkwią mentalnie w latach 90. Kelly MacDonald i Shirley Henderson przemykają przez ekran jak komety. Na sam koniec rozczarowanie kolejne – muzyka. Oryginał, który był prawdziwą kopalnią hitów, ma sequel, w którym najlepsze piosenki to te, które znamy z pierwowzoru. Jakość współczesnych przebojów nadaje się co najwyżej na muzykę ilustracyjną do zakupów w supermarkecie.

t2 trainspotting group

Drodzy Rentonie, Spudzie, Sick Boyu i Begbie! Naprawdę fajnie się z wami było spotkać po tylu latach, zobaczyć, że jeszcze czasem macie zwariowane pomysły i bywacie zabawni, wzruszający, potraficie przywalić w twarz i przytulić jak mało kto. I przebywanie z wami to może i rollercoaster, ale za to w jakim towarzystwie! Dajcie jednak na wstrzymanie – wystarczy już tej podróży w przeszłość. Przytoczę nieśmiertelne słowa hitu zespołu Universe – „tacy byliśmy jeszcze wczoraj, a dzisiaj tak jak sen – skończyło się”. Dziś „wybieram przyszłość”.

Premiera Wielka Brytania: 22/02/2017

Premiera Polska: 3/03/2017

Ocena: 6/10

Logan: Wolverine

logan_03

Logan

reż.

Mroczny jak czarna kawa i brutalny niczym ekranowe wyczyny Tarantino – najnowszy film z uniwersum X-Menów jest odważną próbą przearanżowania gatunku. Jeżeli zwątpiliście, że filmy oparte na komiksach będą kiedykolwiek rozrywką dla dorosłych – Logan: Wolverine znów rozbudza nadzieje. W kąt poszły autoironia i czarny humor znane z Deadpoola – to poważne kino przed duże P.

Co stało się z lubującym mocne alkohole i cygara przystojniakiem – Loganem? Jesteśmy w niedalekiej przyszłości i znanemu jako Wolverine mutantowi przybyło zmarszczek na twarzy, niezagojonych blizn i siwych włosów na brodzie. Logan (Hugh Jackman), ukrywający się pod fikcyjnym nazwiskiem, jest kierowcą limuzyny w południowym Teksasie. Musi znosić głośne wieczory panieńskie i kawalerskie, irytujących biznesmenów i inne kolorowe typy. Nie stroni od alkoholu i zdarza mu się obudzić z ciężką głową, czasem pakując się w tarapaty. W otwierającej sekwencji bohater, słaniając się na nogach i bełkocząc po nosem, krwawo rozprawia się z grupą lokalnych gangsterów.

Po pracy Logan przekracza południową granicę USA (która zdaje się mieć obiecany przez Trumpa mur) i zmierza do ulokowanej w środku pustyni osady. W ogromnym zbiorniku na wodę mieszka profesor Xavier (Patrick Stewart) – metalowa kopuła ma ograniczyć toksyczne działanie chorego mózgu Charlesa. Profesorem, faszerowanym lekami z nielegalnego źródła, opiekuje się też inny mutant, wrażliwy na światło i świetny tropiciel – Caliban (Stephen Merchant).

logan_02

Logan zawsze był cynikiem, teraz stracił wiarę w cokolwiek. Jego ciało wydaje się trawione być jakąś chorobą, a wszystkim działaniom przyświeca tylko potrzeba wywiezienia Xaviera z dala od cywilizacji (marzy im się łódź,gdzieś na środku oceanu). Kiedy pewna kobieta zwraca się do niego z prośbą o pomoc jej córce, na początku odmawia. Nagroda finansowa jest jedynym argumentem, który może zmienić jego zdanie. Do momentu, kiedy nie okaże się, że Laura (Dafne Keen) posiada pewne unikalne umiejętności.

Gatunkowo Logan: Wolverine balansuje pomiędzy filmem drogi, mrocznym thrillerem o ściganych uciekinierach, westernem a nawet – przewrotnym kinem familijnym. Bohaterowie ruszają w podróż po bezdrożach Ameryki do bezpiecznego miejsca – Edenu. Lokalizacja tej kryjówki nie mogłaby być bardziej autotematyczna: opiekunka Laura znalazła tą informację w jednym z komiksów o przygodach X-Menów, które tytułowy bohater odrzuca jako przerysowane kłamstwa. Po piętach stąpa im Pierce (Boyd Holbrook) na czele prywatnej militarnej jednostki, mającej odstawić dziewczynkę do centrum eksperymentalnego, z którego uciekła. Prowadzący doświadczenia na nowo narodzonych dzieciach doktor Zander Rice (Richard E Grant) chce za wszelką cenę odzyskać cenny obiekt badań.

W piaszczystych, zakurzonych plenerach oraz w górskiej scenerii, żaden z filmów z cyklu o mutantach nie sprawiał wrażenia westernu jak właśnie ten. Twórcy dodatkowo podkreślają to odniesienie, kiedy Xavier i Laura oglądają w hotelu klasyka gatunku – Shane’a. Opowieść o leciwym rewolwerowcu, który próbuje zbudować rodzinę mimo ściągającej go przeszłości, jest bardziej niż jasnym odwołaniem. Owa dziwna rodzina, w której Charles jest nestorem, Logan jego synem, a Laura – wnuczką profesora, jest chyba najmocniejszą emocjonalnie częścią filmu. Wszyscy aktorzy wygrywają ten związek bezbłędnie.

logan_01

Gdzieś w tle nie zabrakło typowych motywów z serii X-Men – opowieści o wykluczonych, zaszczutych i wykorzystywanych przez ludzi mutantach. Pod ostrzałem są też eksperymenty genetyczne, a w postaci doktor Rice’a przebijają podobieństwa do nazistowskiego doktora Mengele. W krytyce bogatych korporacji, rujnujących kraj i przeciętnego człowieka, aktualnie wybrzmiewa społeczno-polityczny krytycyzm naszych czasów.

Skoncentrowany na tytułowej postaci i jego dwójce najbliższych film nigdy nie ucieka w dygresje czy retrospekcje. Nie spodziewajcie się żadnych innych X-Menów, gościnnie wpadających na tzw. cameo. Logan jest kręgosłupem tej historii i dzięki świetnej roli Jackmana możemy naprawdę w nią wejść. Przy całej powadze filmu ciągle zdarza mu się rzucić komentarz lub ciętą ripostę. Bezbłędny jest też Stewart, który pod przykrywką zniedołężniałego starca ukrywa ciągle błyskotliwy umysł. Blado na ich tle wypadli złoczyńcy – znany z serialu Narcos Holbrook nie ma do zaoferowania więcej niż sarkastyczny uśmieszek, a Rice Granta ani przez chwilę nie budzi trwogi.

Doskonale sprawdza się połączenie gatunkowe i twórcom udało się utrzymać napięcie aż do ostatniego aktu filmu. Z kilku przyczyn, o których ze względu na spoilery nie wypada pisać, poważny pojedynek zaczyna wyglądać groteskowo. Szkoda, bo poprzedzające go sceny akcji zrealizowane są perfekcyjnie. Krwawe detale, odcinane organy, głębokie rany – przy odpowiedniej dawce efektów specjalnych Logan: Wolverine przez większość czasu jest antytezą komiksowego, przeznaczonego do popcornowej konsumpcji obrazu. W najlepszych momentach przypomina choćby Mrocznego rycerza i Max Max: Na drodze gniewu.

Studio Fox podjęło dość odważną, ale ryzykowną decyzję. Za odpowiednią dawką przemocy idzie oczywiście podwyższenie minimalnego wieku odbiorców filmu i ograniczenie zarobków z biletów. Wyjątkiem okazał się Deadpool, który mimo bycia przeznaczonym dla widzów od lat 18, zaliczył bardziej niż przyzwoitą sumkę w box officie. Z Loganem: Wolverine zapewne będzie podobna historia, ale ze względu na brak seksualnych odniesień, klasyfikacja wiekowa pewnie będzie niższa. Film Jamesa Mangolda trafić powinien w gusta tej samej publiczności. Jeżeli w całym natłoku efektów specjalnych i kolorowej palety postaci, brakowało wam w ostatnich filmach spod znaku X-Men treści i ludzkich emocji, Logan: Wolverine fantastycznie wypełnia tą pustkę. Najbardziej ludzki z mutantów w końcu doczekał się filmu, który jest świetnym ukoronowaniem obecności od siedemnastu lat tej postaci na ekranie.

Premiera Wielka Brytania: 1/03/2017

Premiera Polska: 3/03/2017

Ocena: 8/10

Pokot

0006b0sw851rqfyk-c122

Pokot (Spoor)

reż. Agnieszka Holland

Ekologiczny thriller Agnieszki Holland wywoła zapewne małą burzę w Polsce. Z pozoru to tyko głośny sprzeciw wobec przedmiotowego traktowania zwierząt, ale tak naprawdę mało komu w Pokocie się nie obrywa. Policja, władza, kościół, szkoła, biznesmeni – pod pręgieżem są wszystkie instytucje, które próbują utemperować każdego, myślącego inaczej niż większość człowieka. Do momentu kiedy ten nie weźmie spraw we własne ręce.

pokot 01 Agnieszka Mandat

Oparty na książce Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych film w sercu historii ma prawdziwą hipiskę wrażliwą na cierpienia zwierząt. Janina Duszejko (Agnieszka Mandat) jest emerytowaną inżynierką, obecnie mieszka w Sudetach, pracując dorywczo jako nauczycielka angielskiego, a jej pasją jest astrologia. Ma dwa ukochane psy, grono wielbiących ją uczniów oraz całkiem pokaźną grupę wrogów. Siwowłosa, energiczna kobieta nie raz donosiła na policję na swojego sąsiada-kłusownika o pseudonimie Wielka Stopa. Komendant (Andrzej Konopka) tylko tą sprawę ignoruje. Głośno protestowała także przeciwko polowaniom odbywającym się w okolicy. Jednymi z jej najzagorzalszych przeciwników są Wnętrzak (Borys Szyc), szemrany biznesmen, właściciel lisiej farmy oraz Prezes (Andrzej Grabowski), lokalny polityk. Nawet ksiądz (Marcin Bosak), odwiedzający dom kobiety, uważa jej słowa o obronie dziczyzny za pychę i bluźnierstwo: zwierzęta w końcu nie mają duszy i zostały stworzone, by służyć ludziom.

W małej miejscowości zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najpierw giną bez śladu psy bohaterki. Potem jej sąsiad Matoga (Wiktor Zborowski) znajduje Wielką Stopę martwego w swoim mieszkaniu – mężczyzna zadławił się kością z dziczyzny, którą nielegalnie upolował. Kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie komendant policji, a wiosną czeski etymolog Boros (Miroslav Krobot) odnajduje w lesie kolejne zwłoki, wiemy już, że to nie przypadek. Duszejko prowadzi śledztwo na własną rękę, ale jej wnioski nie są tak łatwe do przełknięcia – czyżby miłujący się w polowaniach mężczyźni stali się ofiarami dzikiej zwierzyny?

pokot 02 Agnieszka MandatKadr z filmu Pokot, reż. Agnieszka Holland. Agnieszka Mandat

Główna postać gromadzi wokół siebie podobnych, marginalizowanych przez społeczeństwo bohaterów. Dobra Nowina (Patrycja Volny) wyrwała się patologicznej rodziny, pracuje u Wnętrzaka, a ten od czasu do czasu wymaga od niej świadczeń wykraczających poza kompetencje zawodowe. Dyzio (Jakub Gierszał), specjalista od IT w komendzie policji, ukrywa przed przełożonymi swoją epilepsję, by tylko nie stracić pracy. Matoga wiedzie samotne życie i skrywa tragiczną historię z przeszłości swojej rodziny. Boros natomiast prowadzi samotną walkę z wiatrakami o ocalenie pewnego gatunku owadów, których larwy niszczone są „na skalę holokaustu” podczas wyrzynania drzew. Holland daje tym samym głos tym wszystkim, których interesy nie są reprezentowane w męskim, brutalnym świecie, którego metaforą tutaj są polowania. Biorą w nich udział w końcu najważniejsi ludzie w okolicy, mający władzę i pieniądze, wpływający na ludzi, kształtujący umysły młodzieży. Obok ujęć zabijanej dziczyzny, zwierząt w klatkach, korpusów obdartych ze skóry, widzimy też kobiety paradujące w posiadłości Wnętrzaka w strojach króliczków, poniżane żony, pracownice… Traktowanie przyrody przedmiotowo to tylko pierwszy krok do ograniczenia wolności kolejnej grupie. Na to, zdaniem twórców, nie powinno być naszej zgody.

Zobacz również: Milczenie – recenzja filmu Martina Scorsese

Polityczno-społeczne przesłanie Pokotu ukryte jest pod rozmytą formą gatunkową. Z jednej strony mamy tu kryminał, gdzie polska Miss Marple prowadzi swoje śledztwo. Z drugiej strony pojawia się spora dawka czarnego humoru, która rozładowuje najbardziej poważne sytuacje (aluzja do zbierania grzybów jako ulubionego sportu, jednoczący Polaków). Jest też pewna doza bajkowości w całej tej opowieści – rozgrywającej się dosłownie „za górami, za lasami”, gdzie dobrzy ludzie próbują przeciwstawić się nieprawości. Kontrastuje to z ujęciami zabijanej na polowaniach zwierzyny – krótkimi, brutalnymi wstawkami, które tłumaczyć mają zachowanie bohaterki. Jest w tym zestawieniu jakieś pójście na łatwiznę. W swoim przesłaniu film Holland jest momentami zbyt czarno-biały, jakby autorka bała się pozostawienia niedomówień. Cierpią przez to niektórzy bohaterowie – najbardziej chyba Dyzio, dobry, delikatny chłopak ze smykałką do urządzeń elektronicznych – jego postać wygląda, jakby zabłąkała się tu z planu jakiegoś mało ambitnego serialu komediowego w stylu Teoria wielkiego podrywu. Zaś wątek z astrologiczną pasją bohaterki jest zbyt mało wyeksponowany, by wnieść coś ważnego do filmu, funkcjonuje w nim jako swoiste kuriozum.

pokot 03 Agnieszka MandatKadr z filmu Pokot, reż. Agnieszka Holland. Agnieszka Mandat

Od strony produkcyjnej Pokot jest wysoką szkołą jazdy. Fantastyczne zdjęcia, wiele pięknych mastershotów oraz długich ujęć, w których kamera płynie przez kolejne pomieszczenia, sprawiają, że film jest prawdziwą ucztą dla oka. Twórcy odnajdują piękno w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, a polska przyroda prezentuje się wprost czarująco. Aktorsko jest również świetnie, bo zarówno Mandat w roli głównej potrafi magnetycznie przyciągnąć naszą uwagę, obdarzając wiekową Duszejko energią i godnością, jak i aktorzy odtwarzający bardziej epizodyczne role (Szyc, Grabowski) wykorzystują każdą sekundę, by pokazać, kim są ich postacie.

Jestem pewien, że prawicowe media mocno skrytykują film Holland, że jest antypolski, antychrześcijański i antyrządowy. Nie dajmy się ogłupić – mimo kilku niewielkich mankamentów Pokot prowokuje – tylko i aż – do ważnej debaty, a nie nawołuje do krwawej rewolucji. Tak, dla równowagi do patriotycznych dzieł, romantycznych komedii i brutalnego, męskiego kina, chcę oglądać więcej filmów o hipiskach w średnim wieku, samotnych matkach, ekologach, cyklistach i weganach. Niech każdy w Polsce ma swój głos.

Ocena: 7/10

Premiera Polska: 24/02/2017

Oryginalny tekst dla portalu moviesroom.pl z Berlinale 2017

Return to Montauk

Return to Montauk, Rückkehr nach Montauk

Return to Montauk

reż. Volker Schlöndorff

Najnowszy film leciwego reżysera, któremu za dwa lata stuknie osiemdziesiątka, jest mocno zanurzony w literaturze. Nie tylko scenariusz, napisany przez Irlandczyka Cólma Toibína (autor powieści Brooklyn), oparty jest luźno na noweli Maxa Frischa (jemu również obraz jest dedykowany). Także głównym bohaterem jest – niespodzianka – pisarz. Max (Stellan Skarsgård) przyjeżdża do Nowego Jorku, by promować swoją najnowszą powieść. Jednym z głównych wątków utworu literackiego jest roztrząsanie przeszłości – autor wspomina namiętny romans z pewną kobietą, których drogi rozeszły się dość gwałtownie. Niewykorzystana szansa, decyzje, których do końca życia będziemy żałować – to również temat filmu. Jednak wracanie do przeszłości jest może i podróżą sentymentalną, ale przede wszystkim – rozdrapywaniem starych ran.

Max, pomimo iż jest żonaty, a jego partnerka Clara (Susanne Wolff) ciężko pracuje w Nowym Jorku, by wypromować jego książkę, postanawia za jej plecami spotkać się tą mityczną kobietą. Rebecca (Nina Hoss) wita go bardziej niż lodowato. Po szesnastu latach od rozstania jest świetnie zarabiającą prawniczką, która wydaje się straciła zupełne zainteresowanie swoim dawnym kochankiem. Odrzuca jego zaproszenie na spotkanie promocyjne, ale ten zjawia się niezapowiedziany w jej domu. Następnego dnia kobieta zaprasza go na wyprawę do Montauk, gdzie kiedyś spędzili pamiętny weekend, opisany przez niego w książce. Max okaże się starym, naiwnym głupcem, który zupełnie nie zdaje sobie sprawy, czym owa podróż w przeszłość okaże się być.

RÜCKKEHR NACH MONTAUK /RETURN TO MONTAUK

Film Schlöndorffa, świetny od strony realizatorskiej, ma kilka problemów. Trudno znaleźć emocjonalny punkt zaczepienia. Szwendające się po ekranie postacie ani nie są sympatyczne, ani jakoś bardzo interesujące. Max jest zblazowanym dupkiem, który nie widzi świata poza swoim nosem. Jego żony do końca nie można zrozumieć – niby go kocha, a przymyka oko na jego kretyńskie zachowanie. Rebecca jest lodowata niczym Królowa Śniegu. W końcu, kiedy już prawie się poddajemy, dwadzieścia minut przed końcem, dochodzi w końcu do uwolnienia drzemiącej gdzieś namiętności. Tyko dzięki bezbłędnej kreacji Niny Hoss udaje się z widza wycisnąć łzę. Kto przetrwał, ten otrzymał nagrodę.

Gorzki film o samotności i straconych szansach wyglądał dobrze na papierze. Na ekranie zabrało jakże potrzebnej empatii, by móc zrozumieć to, co czują bohaterowie. A to, w przypadku Return to Montauk, to grzech największy.

Ocena: 5/10

Berlinale 2017, konkurs główny

The Other Side of Hope

Toivon tuolla puolen_01.jpg

Toivon tuolla puolen

reż. Aki Kaurismaki

W pierwszych ujęciach filmu z góry węgla na statku w porcie w Helsinkach wyłania się postać ludzka. Mężczyzna wstaje, otrząsa pył z ubrania i wychodzi. Instynktownie wiemy, że jest nielegalnym imigrantem, który przybył do nowego kraju. Scena, która w wydaniu innego reżysera byłaby może zbyt poważna, albo nieodpowiednio zabawna, u Kaurismakiego jest pretekstem do nieskrępowanej salwy śmiechu. Fiński reżyser nie stracił nic ze swojego unikalnego stylu, a sześcioletnia przerwa zrobiła mu naprawdę dobrze. Jego dowcip się wyostrzył, zmysł obserwacji jest niezwykle uważny, a tematyka to strzał w dziesiątkę. The Other Side of Hope bez wątpienia stanie się hitem w wielu krajach.

toivon-tuolla-puolen_02

Fala uchodźców przetaczająca się przez Europę przewija się w mediach i w kinie i Kaurismaki pokazuje swoją wersję. Khaled (Sherwan Haji) po przebyciu praktycznie całego kontynentu (otarł się o Polskę, gdzie w Gdańsku skini pobili go i ukryć się musiał na statku) trafia do Finlandii. Bierze kąpiel w publicznej łaźni i zgłasza się na Policję, by prosić o azyl. „Witamy, nie jesteś pierwszy” – mówi bez większych emocji na twarzy policjant. Pochodzący z Aleppo w Syrii mężczyzna opowiada swoją historię urzędnikom, którzy decydują się go deportować z powrotem do kraju, stwierdzając, że jest tam wystarczająco bezpiecznie. Khaled ucieka, by w końcu jego drogi przecięły się – drugi raz – z Wikströmem (Sakari Kuosmanen), który po odejściu od żony rozpoczął nowy biznes. Pozbył się koszul, którymi sprzedażą zajmował się wcześniej, wygrał pokaźną sumę w karty i kupił restaurację z trójką pracowników i psem. Dwóch bohaterów spotyka się przy tylnych drzwiach „eleganckiego” przybytku „Złota pinta” – i od razu dają sobie po nosie. W następnej scenie Khaled je zupę w restauracji Wikströma, a cała grupa zastanawia się, jak mu pomóc.

toivon-tuolla-puolen_03

Emocje w filmie zmieniają się diametralnie – jest smutek, żal, samotność, szczęście, spełnienie – ale nie widać tego na twarzach aktorów. Właściwie cała ekipa jest, delikatnie mówiąc, oszczędna w środkach wyrazu. Zupełna beznamiętność wynagradzana jest w kilku genialnych momentach, jak na przykład Wikström uśmiechający się delikatnie po wygraniu stosu pieniędzy. Film Kaurismakirgo przypomina trochę nieme kino, w którym reżyser zabronił aktorom ekspresji, a mówią tylko dlatego, że nie wypada już pokazywać plansz z napisami. A kiedy już mówią wiemy, że jest to ważne. Dlatego tak istotna jest wizualna strona filmu, która komunikuje więcej niż tysiące słów. Zdjęcia ze statycznej kamery i w pieczołowicie skomponowanych kadrach tylko w tym pomagają. Nostalgiczne, modernistyczne meble w mieszkaniu oraz jego samochód Wikströma sugerują pewien bezczas. Plakat Jimmiego Hendrixa w jego restauracji pasuje tam jak pięść do nosa, ale jest idealnym komentarzem do poziomu przybytku. Kiedy właściciel decyduje się zmienić profil knajpy na bar sushi, wszyscy wkładają kimona i zaczynają serwować sushi z solonego śledzia. Takich motywów jest w filmie na pęczki – nie wypada ich wszystkich opowiedzieć, trzeba je po prostu zobaczyć. A ponieważ Kaurismaki kocha muzykę, także od strony dźwiękowej film jest trudny do zignorowania. Ulubiony zespół reżysera – Kati Outine – pojawia się na ekranie więcej niż raz.

toivon-tuolla-puolen_04

Najważniejsze jednak w The Other Side of Hope jest to, że Aki opowiada, bez zbędnego zadęcia i sentymentalizmu, poruszającą historię przyjaźni i braterstwa ponad rasowymi podziałami. Na jednym biegunie stawia organizacje państwowe, które wbrew deklaracjom nie potrafią pomóc potrzebującym. Na drugim – zwykłych obywateli, których poczucie małej wspólnoty jest silniejsze niż uprzedzenia. Oczywiście, nie wszędzie jest tak różowo. A to grupa pijanych facetów zaczepia Khaleda na przystanku, wyzywając go od „wielbłądziarzy”. Później ktoś inny nazwie go Żydem. Na szczęście, zdaje się mówić reżyser, nie wszyscy są skończonymi troglodytami.

Ocena: 9/10

The Party

theparty01

The Party

reż. Sally Potter

Kiedy w pierwszym ujęciu filmu otwierają się drzwi eleganckiego domu, a widza wita lufa pistoletu wiemy, już że czeka nas nieprzeciętna impreza. Sally Potter zaprasza na krótką, ale skondensowaną wizytę w domu w Londynie, gdzie 7 osób wyjawi sobie wszystkie sekrety.

Janet (Kriston Scott Thomas) organizuje przyjęcie, by uczcić swój awans. Otrzymała właśnie pozycję w rządzie (minister zdrowia) i celebruje z najbliższymi. Jej mąż Bill (Timothy Spall) siedzi z nieobecnym wzrokiem w pokoju gościnnym i raczy się winem, słuchając głośno winylowych płyt. Najpierw zjawia się tryskająca sarkazmem April (Patricia Clarkson) ze swoim partnerem Gottfriedem (Bruno Ganz), znawcą medytacji i wyznawca new-age. Potem wpada Martha (Cherry Jones), profesorka i wyzwolona lesbijka, zaraz za nią jej partnerka Jinny (Emily Mortimer), która musi podzielić się z nią bardzo dobrą nowiną. Ostatnia ma się zjawić Melissa, ale do drzwi puka tylko jej mąż Tom (Cillian Murphy), wyraźnie zdenerwowany, zaczynający imprezę od „wciągnięcia kreski” w toalecie. Wkrótce padną pierwsze słowa, które ranić będą bardziej niż szkło z rozbitej przez przypadek szyby.

theparty02

Sally Potter (Orlando, Ginger i Rosa) postawiła na gwarantującą jakość obsadę, która zapewni wysoki poziom wykonania czegoś, co wygląda na sztukę teatralną. I faktycznie, dyskusje są przednie, riposty ostre jak brzytwy, a każdy z bohaterów jest wyraźny i unikalny. Grupa intelektualistów o lewicowych poglądach szybko zacznie ścinać się na różne tematy. Pieniądze, zdrada, polityka, macierzyństwo, medycyna – z minuty na minutę robi się coraz gorącej. Ta lekka, burżuazyjna farsa obchodzi mnie niestety mniej niż zeszłoroczny śnieg.

Widzieliśmy to już w kinie nie raz: jedno miejsce, zamknięte ramy czasowe, świetni aktorzy przerzucający się zabawnymi i prowokującymi linijkami. Kolejny raz czuję się, jakbym udał się do teatru, a nie do kina. Fakt, Potter z pomocą operatora i czarno-białych zdjęć stara się pokazywać różne kąty, uzyskując w wielu momentach ciekawy efekt. Ale ani przesłanie filmu, jeżeli jakiekolwiek jest, ani dobre aktorstwo nie sprawiły, że zapamiętam go na dłużej.

Ocena: 4/10

Berlinale 2017, konkurs główny

Félicité

felicite_01

Félicité

reż. Alain Gomis

Zaczyna się niczym nigdy nie nakręcony, afrykański film braci Dardenne, a kończy… jakby nie mogło się skończyć. Kolejny film w konkursie głównym Berlinale, w którym brak ograniczeń przy montażu i produkcji skutkują tym, że połowa filmu wypełniona jest jakąś niepotrzebną miałkością.

W centrum historii jest tytułowa Félicité (Véro Tshanda Beya) – piosenkarka, niezależna, silna, nie dająca sobie w kaszę dmuchać kobieta, która pewnego poranka dowiaduje się, że jej syn trafił w ciężkim stanie do szpitala. Nie szczędząc pieniędzy chce zapewnić mu najlepszą opiekę. Oprócz odłożonych pieniędzy ta dumna kobieta będzie musiała prosić bliższych i dalszych znajomych o pomoc. Ponieważ w Kinszasie większości ludzi się nie przelewa, o pożyczkę nie jest łatwo. Kiedy już uda jej się zebrać wymaganą przez lekarzy sumę, okaże się, że syn stracił nogę.

Félicité pomaga Tabu (Papi Mpaka), za dnia mechanik, wieczorami imprezowicz nie stroniący od alkoholu. Każdego wieczora zjawia się w barze, w którym śpiewa Félicité z zespołem, upija się do nieprzytomności i wszczyna jakąś awanturę, kończąc noc z twarzą na glebie. Ponieważ Tabu zaczął naprawiać lodówkę kobiety (lajtmotyw ciągnący się cały film), przebywa z nią coraz więcej czasu. I z jej synem, który od czasu wypadku decyduje się nie kontaktować z otaczającymi go ludźmi.

felicite_02

Sprawy socjalne w filmie Gomisa są równie ważne co uczucia ludzkie. Z ciekawością oglądamy główną bohaterkę, osobę szorstką, twardą i niedostępną, jak zmienia się jej relacje z najbliższymi, a szczególnie z Tabu. To nie jest film, w którym dzieją się wielkie dramaty i pada mnóstwo ważnych słów. Tutaj mały uśmiech czy dotyk są kluczowymi, małymi cudami.

Na równi z wizualnym stylem (kamera z ręki, naturalne oświetlenie) plasuje się muzyka, zarówno wykonywana przez główną bohaterkę, naszpikowana emocjami, jak i klasyczne kompozycje wykonywane przez chór i orkiestrę. Félicité jest podróżą po biednym, skalanym konfliktami i uprzedzeniami kraju i kontynencie, gdzie prawdziwą duszą są jego mieszkańcy. Szkoda tylko, że reżyser nie skusił się o skrócenie trzeciej części produkcji – po przybyciu chłopca do domu akcja traci zupełnie swoje tempo, a widz niecierpliwie wyczekuje oczywistego zakończenia.

Ocena: 5/10

Berlinale 2017, konkurs główny

On Body and Soul

on_body_and_soul

Testről és lélekről

reż. Ildikó Enyedi

Jaka jest szansa, że dwóm zupełnie obcym osobom śni się ten sam sen? On jest jeleniem, ona łanią, wędrują po lesie, w śniegu, w pobliżu niewielkiej sadzawki. Los sprawia, że spotykają się także w prawdziwym świecie.

Maria (Alexandra Borbély) rozpoczyna pracę w ubojni bydła w Budapeszcie jako kontroler jakości. Jest w tej pięknej, młodej kobiecie coś innego. Zawsze siada sama podczas przerwy obiadowej, w milczeniu. Pracę traktuje ze stuprocentową powagą i dokładnością. Autystyczna, z zaburzeniami obsesyjno-konwulsyjnymi i awersją do dotyku, nie jest najłatwiejszą partnerką do rozmowy. Kiedy znajomość spróbuje nawiązać dwukrotnie od niej starszy dyrektor finansowy Endre (Géza Morcsányi), kobieta ucieknie w popłochu. Dopiero przez ewaluację psycholożki, która bada wszystkich pracowników zakładu, wyjdzie na jaw, że sny obojga są identyczne. Co z początku wygląda na głupi żart, przeradza się w dość skomplikowany romans.

Enyedi nigdy nie robiła filmów łatwych i oczywistych. Ten również jest mieszanką rzeczywistości z duchowością i sprawami nadnaturalnymi. Sednem opowieści jest jednak trudność w zbliżaniu się do siebie, potrzeba bliskości i miłość. Historia opowiedziana jest z jakże potrzebnym humorem, choć ten dawkowany jest bardzo delikatnie. Nie można tego powiedzieć o formie, która momentami zaczyna przygniatać tą prostą historię. Długie ujęcia, zbliżenia, powtarzane sceny – aż prosi się, żeby ktoś skrócił ten materiał o jakieś dwa kwadranse, nadając filmowi jakże potrzebnego tempa w drugiej połowie. Jako że akcja dzieje się w ubojni, nie obeszło się też bez kilku długich sekwencji zabijania bydła – w sam raz, by przekabacić kogoś na wegetarianizm. Reżyserka dosłownie pokazała film o duszy i o ciele.

Ocena: 5/10

Berlinale 2017, konkurs główny

The Dinner

the_dinner_steve_coogan_laura_linney

The Dinner

reż. Oren Moverman

Nietrudno wyobrazić sobie co się wydarzy, gdy dwie pary z problemami i przeszłością znajdą się razem w restauracji. Dość szybko stare sprawy zaczną wypływać na wierzch, a nowe kłopoty tylko dolewają oliwy do ognia. Nie pomoże nawet wykwintna kuchnia i wytworne wnętrze – szczególnie w sytuacji, kiedy jeden z biesiadników ma poważne problemy psychiczne.

The Dinner jest ekranizacją bestsellerowej holenderskiej powieści Herman Kocha i ma wszystkie elementy, który powinien mieć potencjalny hit. Świetnych aktorów, nietuzinkowego reżysera i intrygujące pytanie w swoim sednie. Niestety, ze względu na swoją neurotyczną konstrukcję, brak konsekwencji w prowadzeniu głównego wątku oraz brak chemii między bohaterami, będzie z tego niewypał, który przemówi tylko do bardziej wymagającej publiczności.

Steve Coogan, bez brytyjskiego akcentu i typowego uśmieszku na twarzy, gra Paula Lohmana, byłego nauczyciela, młodszego brata kongresmena – Stana, w którego wciela się Richard Gere. Ten jest typowym człowiekiem sukcesu, który obecnie stara się przepchnąć przez kongres ustawę o refundowaniu leczenia psychiatrycznego. Druga żona Stana to Katelyn (Rebecca Hall), typowa „żona trofeum” – młodsza od poprzedniczki, która znalazła drogę do serca polityka będąc najpierw jego asystentką. Claire, żona Paula (Laura Linney), to prawdziwa lwica w przebraniu łani, która potrafi bronić swojego syna do ostatniej kropli krwi. No właśnie, rzeczony syn, wraz z dwójką dzieci Stana (w tym jeden adoptowany), będą przyczyną owego spotkania. Chłopcy nabroili – i to konkretnie. Na wadze staje ich przyszłość, ale też kariera ich rodziców. Ale zanim dowiemy się więcej o nich samych, w retrospekcjach poznamy bliżej związki między parą, chorobę psychiczną Paula i walkę z rakiem Claire. Finałowe piętnaście minut będzie prawdziwą kulminacją emocji… ale o rozwiązaniu akcji nie dowiemy się nic.

Gdyby nie Coogan, który zagrał najdojrzalszą rolę w karierze (oczywiście zaraz po Alanie Partridge’u!), pewnie wyszedłbym z kina przed końcem seansu. Jego postać ma w sobie magnetyzm, szaleństwo i czarny, ciężki humor i sarkazm, z którego raczej nie wypada się śmiać. Steve nie szarżuje, choć jego postać, przeżywająca załamanie nerwowe, aż się o to prosi. Chwilami go rozumiemy, kiedy docina obsługującemu ich kelnerowi, będąc na granicy bezczelności. Budzi przerażenie i śmiech, kiedy wychodzi z klasy trzaskając drzwiami, wyzywając swoich uczniów od idiotów. Na końcu i my, widzowie, uświadamiamy sobie, że on jest najbardziej samotną osobą w tym gronie.

Dobrze radzi sobie jeszcze Rebecca Hall, ale zarówno Gere i Linney popadają w przeciętność. Skory do wizualnych przerysowań reżyser (przypomnijcie sobie Brudnego glinę z Woodym Harrelsonem) idzie o krok za daleko, ale nie można mu odebrać ambicji w próbie oddania mentalnego stanu głównego bohatera. Jednak do poziomu Kto się boi Wirginii Wolf, światowej klasy wariacji na temat „dwie pary skaczą sobie do gardeł”, tej produkcji dość daleko.

Ocena: 4/10

Berlinale 2017, konkurs główny

Django

django_reda-kateb

Django

reż. Etienne Comar

Debiutancki film francuskiego reżysera opowiada historię sławnego gitarzysty Django Reinhardta , który w latach 30. i 40. czarował mieszkańców Paryża swoją muzyką. Wybuchowa mieszanka jazzu, swingu, bluesa oraz muzyki cygańskiej, niesamowita technika gry oraz talent przysporzyły mu fanów na całym świecie. Twórcy skupili się na krótkim epizodzie w jego życiu, kiedy to pomiędzy 1943 a 45 rokiem przyszło mu walczyć o przetrwanie w okupowanym przez faszystów kraju.

W czasie rosnących prześladowań Romów w Europie, pochodzący z cygańskiej rodziny Django i jego muzyka są swoistym fenomenem. Gitarzysta ze swoim zespołem potrafią sprzedać pełną salę, na której bawią się także hitlerowscy oficjele. Mimo tego, iż jego twórczość określana jest mianem „małpiej muzyki”, wysoko postawieni oficerowie organizują Django trasę koncertową po Niemczech, gdzie oglądać będzie go mógł Goebbels, a może i sam Hitler. Oczywiście, muzyk musiałby zmienić tempo, odrzucić bluesa i swing – i powinno być dobrze. Ale jak każdy artysta, tym bardziej z cygańską duszą, Reinhardta nie ma zamiaru łatwo się uginać. Ba, czasami nawet trudno go zaciągnąć na własny występ. Za namową damę nocnego życia w Paryżu, Louise de Klerk (Cécile De France), Django zabiera rodzinę na granicę ze Szwajcarią, gdzie ruch oporu ma pomóc im w przedostaniu się do neutralnego państwa.

django_reda-kateb_cecile_de_france

Grający głównego bohatera Reda Kateb świetnie oddaje nonszalancję i magnetyzm Django, ale on jest jednym z niewielu jasnych punktów produkcji. Drugim jest oczywiście muzyka, która broni się sama. W sposób, jaki zostaje pokazana, w różnych kontekstach (grupa cyganów grających w lesie, duży koncert, przygrywanie do tańca w lokalnej tawernie) i w różnych nastrojach, jeszcze dodaje jej magii. W sekwencji koncertu w zamku dla nazistowskich oficjeli twórcy podkreślają też uwodzicielską, niemalże czarującą moc gitary Django. To niestety jeden z niewielu momentów, kiedy czujemy ciary na skórze. Bo większość filmu utonęła w dość ślamazarnym sposobie prowadzenia akcji – kolejne sceny doklejane są do siebie na siłę, przez co trudniej wejść w świat przedstawiony. Cierpią na tym także postacie – poza główną parą reszta nie zostaje w pamięci ani na chwilę. I jest jeszcze jeden, irytujący element – ani przez moment, może poza otwierającą sekwencją, nie daje się wyczuć, że mamy do czynienia z sytuacją, w której ktoś może zginąć. Wojna, jak to często we francuskich filmach bywa, znów przedstawiona została przy użyciu klisz. Romantyczna wizja Paryża z czasów okupacji nijak nie pasuje do opowieści o eksterminacji i śmierci setek tysięcy ludzi, których jedyną wadą było ich pochodzenie.

Ocena 4/10

Berlinale 2017, konkurs główny

Split

splitrec_04

Split

reż. M. Night Shyamalan

Całe szczęście, że po paśmie przeciętnych obrazów, twórca Szóstego zmysłu znów wraca do formy mocnym, wciągającym filmem, w którym stopniowania napięcia, zwroty akcji i bohaterowie są na bardzo wysokim poziomie. James McAvoy wciela się w główną postać – Kevina, Particię, Dennisa… – w sumie aż 23 osobowości w jednym ciele. Jego bohater cierpi na rozdwojenie (albo raczej rozwielokrotnienie) jaźni – kiedy ciemna strona jego osobowości przejmie kontrolę, rozpocznie się prawdziwa mroczna jazda. Kevin porywa trzy nastolatki, które mają mu posłużyć jako ofiary do bliżej nieokreślonego rytuału. Ale jedna z dziewczyn – Casey (Anya Taylor-Joy) – okaże się nie takim łatwym trofeum.

Jak to w filmach Shyamalana bywa, karty odkrywane są stopniowo. O głównym bohaterze dowiadujemy się głównie przez jego relację z doktor Karen Fletcher (Betty Buckley), która w  osobach z rozdwojeniem osobowości widzi nadludzi. Także historia Casey okaże się więcej niż tylko tłem. Reżyser polega na psychologicznej budowie postaci, by zakończenie mogło zostać kupione przez widzów. I to mu się udaje, ale mimo wszystko finał pozostawia niewielki niedosyt. Także McAvoy pokazuje mniej niż reklamowane 23 tożsamości, ale i tak odwalił kawał niezłej roboty.

Jeżeli podobał wam się 10 Cloverfield Lane to Split trafi w wasz gust.

Ocena: 7/10

Premiera Wielka Brytania: 20/01/2017

Premiera Polska: 20/01/2017

Milczenie

milczenie_14

Silence

reż. Michael Scorsese

Najnowsze dzieło reżysera Taksówkarza i Wilka z Wall Street tylko pozornie jest filmem zupełnie innym od jego poprzedników. Pod epicką maską kina kostiumowego czają się powracające jak bumerang w produkcjach Scorsese motywy wiary, grzechu i odkupienia. Jednak dawno już amerykański mistrz kina nie wystawiał swojej widowni na tak dużą próbę cierpliwości.

O realizacji filmowej wersji Milczenia, książki Shusaku Endo opisującej terror, z jakim spotkali się księża katoliccy w Japonii w XVII wieku, Martin marzył od kilkudziesięciu lat. Historia dwóch jezuitów szukających w kraju kwitnącej wiśni swojego mentora, który ponoć wyrzekł się wiary, wprost idealnie wpisuje się w filmografię reżysera. Scorsese swoich bohaterów czynił zagubionych w świecie, szukających wskazówek w religii już od debiutanckiego Kto puka do moich drzwi, przez Ulice nędzyOstatnie kuszenie Chrystusa czy Przylądek strachu. Nawet w najbardziej komercyjnych filmach elementy religijne odgrywają istotną rolę – Henry Hill grany przez Raya Liottę w Chłopcach z ferajny to przecież „mafijny Judasz”, a Jack Nicholson jako Frank Costello odgrywa rolę Szatana – manipulatora w InfiltracjiMilczenie wykłada w tej tamtyce kawa na ławę i stawia szereg pytań, na które odpowiedzi nie będą już tak oczywiste.

milczenie_18

Kiedy ojcowie Sebastião Rodrigues (Andrew Garfield) i Francisco Garupe (Adam Driver) wyruszają z Portugalii do Japonii, widzimy dwóch młodych idealistów, pragnących poznać prawdę dotyczącą losów ojca Cristóvão Ferreiry (Liam Neeson) w egzotycznym i niebezpiecznym kraju. Uzbrojeni tylko i wyłącznie w nieskazitelną wiarę w Jezusa Chrystusa docierają do miejsca, w którym bycie chrześcijaninem jest równoznaczne ze śmiercią. W pierwszych scenach filmu widzimy, jak brutalnie katowani są katoliccy duchowni przez japońskie władze. Szogun powołał nawet urząd inkwizytora, którego zadaniem było odnajdywanie chrześcijan i ich nauczycieli oraz zmuszanie ich do wyrzeczenia się wiary. Ponoć taki los spotkał właśnie Ferreirę – w to młodzi jezuici nie są w stanie uwierzyć. Chyba, że przekonają się o tym na własne oczy.

Scorsese nie przedstawia szerokiego kontekstu historycznego dla swojego obrazu, przez co wejście w świat przedstawiony może być odrobinę trudne. Zawierza jednak swoim postaciom – bardziej interesuje go „mała historia” niż wielki, panoramiczny fresk. Pierwsza część filmu przedstawia przybycie bohaterów na wyspiarski kraj, pod osłoną mgły (która towarzyszy nam w wielu ujęciach), w strachu i przerażeniu. Głodni i zmarznięci księża otrzymują schronienie od lokalnych wieśniaków, praktykujących obrzędy chrześcijańskie nocami, w obawie przed prześladowaniami. Dwóch księży, krzewicieli wiary, jest dla nich niczym prawdziwy cud, dobra wróżba. Choć zdają sobie sprawę, że odprawianie obrzędów może skończyć się tragedią, ojcowie Rodriguez i Garupe czują się niczym pierwsi ojcowie kościoła, nauczający w katakumbach. O tym, jak bezwzględni są inkwizytorzy, księża dowiedzą się niebawem, gdy trzech mężczyzn zostaje ukrzyżowanych na skałach i topionych przez wody przypływu na oczach milczących mieszkańców wioski. Wkrótce także ojciec Rodriguez, zdradzony (nie pierwszy raz, nie ostatni) przez swojego przewodnika Kichijiro, trafi w ręce Inoue (Issei Ogata), który powoli wdrażał będzie plan upokorzenia misjonarza. Nie przez fizyczne tortury, których wprost oczekują wychowani w chrześcijańskiej doktrynie martyrologii księża, ale przez powolne, psychologiczne łamanie jego osobowości.

milczenie_8

Andrew Garfield, któremu przypada centralna postać w filmie, doskonale oddaje rolę młodego, zapatrzonego, momentami dosłownie, w Chrystusa księdza. Jego bezgraniczna wiara jest zarówno błogosławieństwem, pozwalającym mu działać, ale i przekleństwem, które przesłania mu szerszy obraz oraz obraca cnotę w pychę. Czy Japończycy tak naprawdę pojmują religię chrześcijańską w całej okazałości, czy jest to dla nich tylko jedna z odmian buddyzmu? Skąd ma wiedzieć to ksiądz, który nie posługuje się językiem tubylców. Rodrigues widzi w sobie ucieleśnienie Jezusa, czuje, że idzie jego śladami w krzewieniu wiary – czy jednak takie porównanie nie jest grzechem? W końcu misjonarz wątpi – stąd pytanie o tytułowe milczenie Boga w obliczu krzywd, które spotykają jego wyznawców. Scorsese pozostawia wiele niedopowiedzeń i otwartych pytań, unika moralizowania. Dzięki temu jego film przypomina raczej zadumę i medytację, niż wartką, przynoszącą absolutne odkupienie przypowieść.

Z powolnym i medytacyjnym tempem filmu wiąże się jego komercyjna słabość. Pewien jestem, że dla wielu Milczenie, mimo fantastycznych zdjęć, doskonałych walorów produkcyjnych oraz świetnego aktorstwa, nie będzie filmem porywającym. To jeden z tych rzadkich współcześnie przypadków, gdzie kino komercyjne penetruje sprawy duchowe i filozoficzne, pochyla się nad psychologią i rozwojem postaci w sposób zarezerwowany niemal dla kina niszowego, oglądanego głównie podczas festiwali filmowych. Mimo wszystko warto mu dać szansę – lub inaczej: uwierzyć w jego moc. Jest w Milczeniu uwodząca, stoicka siła, od której nie mogłem oderwać wzroku. Czasem są to majestatyczne ujęcia przyrody oraz mgła, która niemalże pochłania bohaterów. Gdzieś przychodzą na myśl filmy Herzoga (z okresu Fitzcarraldo) albo Misja Rolanda Joffe. Jest kilka fenomenalnych scen, gdzie czarny humor rozładowuje patos i napięcie, w czym zasługa świetnego aktorstwa. I na długo zapadające sekwencje rozmów z ojcem Ferreirą, spokojnym i wyciszonym, pogodzonym ze sobą, ze swoją przeszłością i losem. W oczach ojca Rodrigues nie tylko widać łzy. Gdzieś słychać także, jak w milczeniu łamie się jego dusza.

Ocena: 8/10

Premiera Wielka Brytania: 1/01/2017

Premiera Polska: 17/02/2017

Legion samobójców

15-suicide-squad

Suicide Squad

reż. David Ayer

Występują: Margot Robbie, Will Smith, Cara Delevingne, Ben Affleck, Jared Leto, Scott Eastwood, Jai Courtney, Joel Kinnaman, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Viola Davis

Premiera Wielka Brytania: 5/08/2016

Premiera Polska: 5/08/2016

Ocena: 4/10

Łotr 1. Gwiezdne wojny

rogue-one-banner-2-1-1000x600

Rogue One: A Star Wars Story

reż. Gareth Edwards

Od czasu przejęcia maszynki do robienia pieniędzy, jakimi są Gwiezdne wojny, przez Disneya, fani serii są w siódmym niebie. Saga, odświeżona przez J.J. Abramsa w Przebudzeniu mocy, ciągle ma się dobrze i będzie powracać co roku w okolicach świąt. Łotr 1 nie zaniża poprzeczki poprzednika – to fenomenalne kino rozrywkowe, które kolejny raz sięga do korzeni. Prosta historia, wyraźne postaci i cieszące oko efekty specjalne. Nikt, kto kocha serię stworzoną przez Georga Lucasa, nie będzie rozczarowany.

Podtytuł obrazu w reżyserii Garetha Edwardsa (Godzilla) sugeruje, że mamy do czynienia z jedną z pobocznych historii uniwersum Gwiezdnych wojen. Jest to opowieść o niebezpiecznej misji wykradzenia planów Gwiazdy śmierci. O tym, czy akcja się udała, nie muszę chyba nikomu mówić – w końcu Nowej nadziei nie widział tylko ktoś, kto ostatnie czterdzieści lat spędził na bezludnej wyspie. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów fabuły, pokrótce tylko wspomnę o tym, co pewnie wiecie już ze zwiastunów. W centrum historii znajduje się Jyn Erso (Felicity Jones), młoda kobieta mająca na bakier z prawem i porządkiem w Imperium, której tatuś – Galen (Mads Mikkelsen) zaprojektował Gwiazdę Śmierci. Jyn trafia najpierw w ręce Rebeliantów, a potem do tajnej kryjówki byłego opiekuna – Sawa (Forest Whitaker), by dowiedzieć się, że jej ojciec ciągle żyje i ma dla niej ważną wiadomość.

Po drodze bohaterka niemalże naturalnie kompletuje drużynę straceńców. Cassian Andor (Diego Luna) to żołnierz wykonujący (do czasu) ślepo zleconą przez przełożonych misję. Towarzyszy mu przeprogramowany robot, który służył kiedyś Imperium – K-2SO (Alan Tudyk), główny dostarczyciel żartów i komicznych ripost. Podczas strzelaniny ze szturmowcami skórę ratuje im nietypowa para – Chirrut (Donnie Yen) i Baze (Wen Jiang) – pierwszy to ślepiec, doskonale władający bronią, czujący w sobie Moc, a drugi – jego ochroniarz, uzbrojony po zęby. W końcu, do grupy dołącza Bodhi (Riz Ahmed), pilot Imperium, który zdezerterował po namowie Galena i ma specjalną wiadomość od inżyniera.

maxresdefault-1000x600

Scenarzyści, idąc śladem siódmej części głównej serii, powrócili do źródeł. Nie ma długich tyrad politycznych, knucia, spiskowania, nudnych dywagacji w których zagubił się Lucas w prequelach. Postacie i ich dynamika są solą tego filmu – każdy z bohaterów ma jakiś powód, żeby podjąć walkę, każdy z nich przechodzi też małą zmianę w swoim nastawieniu. I choć fabuła napędzana jest kinetycznie, przez potrzebę działania i akcję, owo działanie wychodzi z głębi duszy postaci. W połowie filmu trudno tej ekipy nie kochać – każdy z nich jest niebanalny i wyjątkowy, od wątłego fizycznie, ale niezłomnego Luny w roli Cassina, przez ślepego mnicha, po wiecznie pesymistycznego robota. I oczywiście Jyn, którą Jones obdarzyła swoją unikalną urodą, charyzmą i umiejętnościami. Kobieta wspaniale motywująca grupę facetów do działania, bez romantycznych czy seksualnych konotacji, to prawdziwa rzadkość. Oczywiście, wszyscy pamiętają o Mocy – to ona podtrzymuje nadzieję. Bez serca, które dają filmowi postacie, mielibyśmy tylko i wyłącznie do czynienia z jakąś sieczką, o której nie pamięta się tuż po wyjściu z kina.

Wizualnie czeka widzów prawdziwa uczta. Nie mówię tylko o wspaniałych efektach specjalnych, o których zapomina się dość szybko, bo wyglądają tak realistycznie. Kawał dobrej roboty odwalili scenografowie, autorzy kostiumów i makijażu. Ponieważ akcja Łotra 1 rozgrywa się tuż przed Nową nadzieją, wizualnie film przypomina właśnie pierwszy film z cyklu. Statki kosmiczne, wahadłowce, mundury rebeliantów, a nawet fryzury i wąsy prosto z lat 70. – ten film jest tak głęboko osadzony w DNA Gwiezdnych wojen, jak odwieczna walka dobra ze złem, o której opowiada saga. Fanatycy serii będą wracać do tytułu wielokrotnie – ilość detali, którą oferuje film Edwardsa jest trudna do przyswojenia podczas jednej projekcji. A jednocześnie da się go obejrzeć zupełnie na świeżo, bez potrzeby bycia „geekiem”. I ta uniwersalność oraz cudownie lekka rozrywkowość, są największymi plusami produkcji – to film, który pokochać może każdy.

orson-krennic_4c6477e2-1000x600

Mimo dość pozytywnego przesłania, o tlącym się wśród rebeliantów płomyku nadziei, Łotr 1 jest filmem dość mrocznym i paradoksalnie smutnym. Nie jest to jednak zasługa czarnych charakterów – Imperium, reprezentowane przez Orsona Krennica (Ben Mendelsohn) wypada dość jednowymiarowo i nieciekawie. Gdyby nie nasz stary i dobry znajomy, który sieje grozę, byłoy nudno. Nie wiem na ile wina w tym scenariusza, na ile montażu. Wydaje mi się, że z jego rysu osobowości na ekranie został tylko zapatrzony w siebie, niemalże maniakalny przywódca, który nie potrafi oddać swojego projektu nikomu innemu. Co go motywuje? Trudno powiedzieć. Znakomity aktor robi co może, ale w kilku sytuacjach zostaje mu tylko robienie groźnej miny i pokrzykiwanie. Nie do końca jestem przekonany też do jego peleryny – w wielu ujęciach wygląda komicznie, jako jedyna osoba starająca się konkurować z Supermanem.

Szukając dziury w całym muszę dodać, że początek filmu zdezorientował mnie odrobinę – ciągłe skakanie na nowe planety (w dwadzieścia minut odwiedzamy aż 5 różnych miejsc) irytuje. Miałem nieprzyjemne deja vu z Mrocznego widma, ale to uczucie zupełnie minęło gdzieś w połowie seansu, kiedy zaczęło robić się naprawdę gorąco. Kolejne sceny akcji są prawdziwymi majstersztykami, a finałowa potyczka na bajecznych plażach jest wprost fenomenalna. Zabrakło mi natomiast rozwinięcia historii niektórych bohaterów – zobaczenie, jak Jyn dorasta pod okiem Sawa i zdobywa swoje zdolności, byłoby niezwykle interesujące. Także epizodyczna postać grana przez Whitakera sprowadzona została do karykatury. Nie tylko przez automatyczne części w jego ciele – aktor obrał jakąś irytującą manierę wymawiania swoich kwestii, co brzmi co najmniej dziwnie. Szkoda również, że przy całej różnorodności ras w galaktyce, do głównej ekipy załapali się tylko Ziemianie i robot. Ale mając w pamięci jak „cudowną” postacią był Jar Jar Bings, niech tak pozostanie w tym wypadku.

Kilka małych niedociągnięć nie powinno zepsuć projekcji jednego z najlepszych blockbusterów tego roku. Łotr 1 to sprawnie zrealizowane, poruszające kino rozrywkowe, do którego można wracać wielokrotnie. To produkcja, która zasłużyła w pełni, by przejść do żelaznego kanonu Gwiezdnych Wojen.

Ocena: 8/10

Premiera Wielka Brytania: 13/12/2016

Premiera Polska: 15/12/2016

Lion. Droga do domu

lion-dev-patel

Lion

reż. Garth Davis

Zagubiony chłopiec, tęsknota za domem, poszukiwanie kulturowej tożsamości – tematy, których dotyka debiutancki film w reżyserii Gartha Davisa, przypadną do gustu wrażliwej na wzruszające historie widowni. Oraz miłośnikom aplikacji Google Earth, która okaże się czymś więcej niż tylko wirtualnym oknem na świat.

Oglądanie Lion. Droga do domu sprawia największą przyjemność, jeżeli wie się o tej opartej na faktach historii jak najmniej. Inaczej niecierpliwie czeka się na spodziewane zakończenie. Więc jeżeli nie wiecie nic o pięcioletnim hindusie, który tak bardzo się zgubił, że trafił aż na inny kontynent, możecie przeskoczyć najbliższe trzy akapity.

Fabuła rozpada się na trzy dość nierówne części. Świetne wprowadzenie pokazuje nam dwóch braci, pięciolatka Saroo oraz starszego od niego Guddu, którzy starają się pomóc przetrwać żyjącej w skrajnym ubóstwie matce (Priyanka Bose). Chłopcy mieszkają w małej miejscowości w Indiach, a przebiegające przez nią tory kolejowe są z jednej strony oknem na świat i źródłem utrzymania, z drugiej okażą się źródłem wielkiego dramatu. Saroo jest zapatrzony ślepo w starszego brata i prawie nie odpuszcza go na krok. Guddu zabiera chłopca ze sobą wieczorem w poszukiwaniu pracy. Kiedy chłopcy się rozdzielą, Saroo zaśnie w jednym z wagonów na stacji i obudzi się w pociągu wywożącym go daleko od domu. Chłopiec nie zna nazwiska matki, nie pamięta nazwy swojej miejscowości i w dodatku mówi dialekcie Bengali, a wszyscy wokół porozumiewają się Hindi.

Saroo trafia ponad dwa tysiące kilometrów od domu do Kalkuty, otoczony podobnymi jemu sierotami, żebrzącymi o jedzenie, mieszkającymi na ulicach tej metropolii. Bohater ma tyle szczęścia, że wymyka się żerującym na dzieciach szajkom pedofilów i trafia do sierocińca. Tam zostaje wypatrzony przez miłą australijską rodzinę (Nicole Kidman i David Wenham) i szybko przez nich adoptowany. Sue i John Brierley zabierają go Melbourne, gdzie chłopak styka się z zupełnie innym światem. Wejście do domu nowej rodziny, pełnego sprzętów AGD rodem z połowy lat 80., jest dla wychowanego w skrajnym ubóstwie chłopca niczym podróż na inną planetę. Do trójki niedługo potem dołącza Mantosh, drugie adoptowane dziecko również pochodzące z Indii.

Akcja skacze o dwadzieścia lat, gdzie dorosły już Saroo (Dev Patel), duma Brierley’ów, studiuje hotelarstwo i randkuje z piękną Amerykanką Lucy (Rooney Mara), podczas gdy drugi z synów nie może poradzić sobie z traumatyczną przeszłością, ma problemy z psychiką, nadużywa alkoholu. Ten dość nijaki i niewiele wnoszący do całości epizod tylko każe nam oczekiwać na finał, czyli obudzone wspomnieniami poszukiwanie prawdziwego domu. Patel z ułożonego mężczyzny przeistacza się niemalże w opętanego maniaka, godziny spędzając przed komputerem, próbując odtworzyć swoją podróż jako dziecko, wieszając na ścianie mapy, stając się niemalże ekspertem od indyjskich kolei. Aktor pokazuje kunszt swojego fachu i chyba pierwszy raz od Slumdog: Milioner z ulicy zagrał rolę wartą dłuższej wzmianki.

lion-movie-poster-dev-patel

Nie chcę nikogo oszukiwać i powiem wprost: czeka nas łzawy, ściskający za gardło finał. Nie jest na szczęście krańcowo kiczowaty, głównie dzięki dobremu aktorstwu i silnej empatii do postaci, którą udaje się stworzyć autorom filmu. Grający młodego Saroo Sunny Pawar ma w sobie niezwykły magnetyzm i radość – wróżę mu świetlaną przyszłość. Od strony realizacyjnej też nie ma się do czego przyczepić – Garth Davis zaczynał swoją karierę w świecie reklamy, więc z każdego ujęcia potrafi wycisnąć naprawdę dużo. Ujęcia lotnicze Indii i Australii oddają świetnie różnice pomiędzy tymi krajami. Twórcy uchwycili też słodko-gorzki, idealistyczny obraz rodzinnych stron Saroo, zderzony z uporządkowanymi, ale stonowanymi kolorystyczne kadrami z Melbourne.

Choć Lion chce być epicką opowieścią, momentami brakuje mu na to pomysłu. Brnie w ślepą uliczkę w środkowej części filmu, sztucznie wydłużając oczekiwanie na finał. Jest to też opowieść bardzo jednostronna, opowiedziana tylko z perspektywy głównego bohatera. Aż prosi się o dodanie wątku rodziny, która również musiała chłopca szukać. Jeżeli nie, to choćby drugi plan (w tym role Kidman i Mara) mogłyby być trochę bardziej interesujący. Jest też w końcu owo użycie nowej technologii, które zasadniczo zmienia losy bohatera. Z programem filmy Google jest trochę jak z FedExem w Cast Away. Niby to nieodłączna część fabuły, ale tak naprawdę, czuje się, że oglądamy przydługą reklamę. Podtytuł filmu powinien brzmieć raczej: Z Google Earth do domu. Przynajmniej nikt nie miałby wątpliwości.

Ocena: 6/10

#Cannes2016 – Lament

thewailing

Gok-seong / The Wailing

reż. Na Hong-jin

Niezbyt często trafiam na film, który kompletnie zaskakuje, prześcigając jakiekolwiek o nim wyobrażenia. Lament okazał się kompletną jazdą bez trzymanki, gatunkowym misz-maszem z kulturowymi i społecznymi odniesieniami, który jakimś cudem w całej swej złożoności działa na całej płaszczyźnie. Gdyby jeszcze nie był taki długi…

Ocena: 8/10

Premiera światowa Cannes: 12/05/2016

Premiara Wielka Brytania: 25/11/2016

Premiera Polska: 2/12/2016

Nowy początek

nowypoczatek_lead

Arrival

reż. Denis Villeneuve

Inteligentne kino science fiction przeżywa prawdziwy renesans. Po latach oglądania produkcji, w których punktem kulminacyjnym były eksplozje, wybuchy i efekty specjalne, od których dostajemy oczopląsów i epilepsji, twórcy wreszcie zaczęli dbać o nasze mózgi. Nowy początek Denisa Villeneuva śmiało może konkurować o miano najmądrzejszego filmu roku.

Najnowsza produkcja twórcy Sicario i Labiryntu to naturalna kontynuacja takich tytułów jak Grawitacja Alfonso Cuaróna, Interstellar Christophera Nolana czy Marsjanin Ridley’a Scotta. Choć w porównaniu do nich trudniej będzie o jednoznaczny sukces komercyjny, film ten bez wątpienia zasługuje na uwagę widzów. Jest wystarczająco spektakularny, by zarobić przyzwoite pieniądze w box officie, a przy tym piekielnie intrygujący.

nowypoczatek_03

W centrum opowieści jest dr Louise Banks (Amy Adams), językoznawczyni i lingwistka, wykładająca na uniwersytecie. Nowy początek rozpoczyna się od jej tragedii – w krótkich ujęciach widzimy jej córeczkę, dorastającą, a potem zapadającą na jakąś chorobę jako nastolatka i umierającą. Ten wątek, nie pokazany przez przypadek, powróci w kluczowym momencie filmu. Kolejne sceny ukazują przybycie obcych do dwunastu różnych miejsc na Ziemi. Villeneuve całkiem zręcznie prezentuje ten fakt – najpierw słyszymy tylko komentarze z telewizji, potem gdzieniegdzie skrawki tego, co wygląda na statek kosmiczny, tylko na ekranach telewizorów i komputerów. W całej okazałości, przypominający wydłużone, przepołowione jajo statek ujrzymy razem z Louise, kiedy helikopterem zmierza na miejsce lądowania w Montanie – to jedno z tych ujęć, które wciska w fotel. Pułkownik Weber (Forest Whitaker) rekrutuje ją jako osobę, która ma pomóc w rozszyfrowaniu języka obcych. Razem z profesorem fizyki Ianem Donnellym (Jeremy Renner) będą przewodzić grupie żołnierzy, która stara się zrozumieć, dlaczego kosmici wylądowali na Ziemi i jakie są ich zamiary.

Zobacz również: Midnight Special – recenzja filmu sci-fi

W kilku spektakularnych, klaustrofobicznych jak na Denisa przystało ujęciach, odwiedzamy po raz pierwszy statek przybyszów. Czarne ściany, granitowa faktura, zaburzona grawitacja i światło na końcu tunelu. Uczucie dezorientacji i przerażenia udziela się też widzom – w czym zasługa fantastycznych zdjęć Bradforda Younga. Płynnie prowadzona kamera, brak dramatycznych cięć w montażu i stonowana paleta kolorów wspaniale współgra z poważną tematyką filmu, tworząc jednocześnie jego niezwykłą atmosferę. Ale tak naprawdę prawdziwym magnesem w tym obrazie jest Amy Adams – to jej twarz, charyzma, inteligencja przykuwają uwagę publiczności. To kolejny mocny kobiecy charakter, który radzi sobie wyśmienicie w świecie zdominowanym przez facetów. W Sicario Emily Blunt nie bała się wybrać do śmiertelnie niebezpiecznego Meksyku z grupą uzbrojonych po zęby osiłków. Tutaj Adams wie, że musi się podjąć ryzykowne decyzje (jak choćby zdjęcie skafandra na statku kosmicznym), a czasem skłamać, lub wręcz sprzeciwić się przełożonym, by osiągnąć cel. Kierujący jej poczynaniami instynkt i poczucie słuszności sprawy nie zawiodą jej.

nowypoczatek_01

Szkoda tylko, że jej drugoplanowi koledzy nie mają tak ważnej roli i sprowadzeni są raczej do jednowymiarowych typów. Jestem w stanie wybaczyć dość kwadratową postać Webera, w którym Villeneuve po cichu wyśmiewa podobne postacie z blockbusterów, ale już zupełnie miałkiego Iana, który jest koniec końców dość istotny w całej intrydze, już nie. Naukowiec wydaje się trochę piątym kołem u wozu i równie dobrze Lousie mogłaby próbować rozszyfrowywać język obcych ze „statystą numer 21”. Reżyser też w pewnym momencie dokonuje pewnych hollywoodzkich skrótów, które pasują do tego inteligentnego filmu jak rzep do psiego ogona. Jak na przykład sianie paniki przez wojskowych, próba zamachu na obcych czy ukazywanie światowej sytuacji za pomocą mediów. Te chwyty pozwalają podnieść trochę dramaturgię i przyspieszyć tempo, ale ich jakość i oryginalność jest wątpliwa.

W czym zatem tkwi siła Nowego początku? Dobre sci-fi mówi zazwyczaj więcej o nas, ludziach, niż o obcych. Jakkolwiek fascynujące są tu tajemnicze giganty z mackami ośmiornic, to tak naprawdę gatunkowi ludzkiemu dostaje się prawdziwa analiza. Czy potrafimy współpracować ponad podziałami, kiedy idzie o naszą przyszłość, jak reagujemy na obcych, którzy przybyli na naszą planetę, czy strach nie przesłania nam większego obrazu całej sprawy. Dwanaście narodów próbuje porozumieć się w sprawie tego, co dalej zrobić ze statkami kosmicznymi, ale każdy coś ukrywa, licząc na potencjalne zyski i przewagę nad innymi. W podobnej sytuacji będzie też Lousie. I nie zdradzając tutaj zbyt wiele, ona również w pewnym momencie swego życia dokonać będzie musiała wyboru, znając jego konsekwencje. We wzruszającym epilogu opowieści wszystko stanie się jasne. Na bycie człowiekiem składa się w końcu wiele doświadczeń, od szczęścia po śmiertelną rozpacz.

Ocena: 9/10

Zwierzęta nocy

nocturnal_animals_police_rgb

Nocturnal Animals

reż. Tom Ford

Tom Ford w swoim drugim po Samotnym mężczyźnie tytule udowadnia, że stworzenie intrygującego wizualnie filmu jest dla niego równie naturalne, co zaprojektowanie zabójczej serii ubrań. Jednak emocjonalnie Zwierzęta nocy są tylko połowicznym sukcesem.

Na przekór kojarzeniu świata mody ze szczupłymi i pięknymi ciałami, reżyser rozpoczyna swoją najnowszą produkcję od ciał prawie zupełnie nagich, grubych kobiet, tańczących w zwolnionym tempie niczym do hip-hopowego teledysku. Wałki tłuszczu podskakują, wielkie brzuchy wypełniają ekran. Jest to, jak się chwilę później okazuje, fragment nowej instalacji/wystawy w galerii, której kuratorką jest Susan (perfekcyjna Amy Adams). Co Ford chce powiedzieć przez tą sekwencję, do końca nie jest jasne, choć na długo zostaje w głowie, a ton makabreski ustawia nastrój obrazu. Bohaterka wkrótce nazwie wydarzenie i sztukę tam zaprezentowaną „nieistotną”, a swoją pracę opisze jako mało interesującą. Mieszkająca w ogromnym, przeszklonym, designerskim domu na wzgórzach Los Angeles kobieta otoczona jest z każdej strony dziełami sztuki. W ogrodzie stoi rzeźba Jeffa Koonsa, na głową unosi się powietrzna instalacja Aleksandra Caldera, a na ścianie za biurkiem wisi obraz Johna Currina. Susan, kobieta o smutnych oczach, wyraźnie nie jest szczęśliwa. Melancholijny nastrój wzmagany jest bezsennością i ciągłą nieobecnością męża (Armie Hammer), którego kłopoty finansowe i praca (oraz romans na boku) zmuszają do ciągłych wyjazdów. Przerywnikiem w tym marazmie będzie książka przysłana przez byłego męża – Edwarda, dedykowana jego ex-partnerce.

nocturnal_animals_drinking_rgb

Podróż w świat książki – zatytułowanej Zwierzęta nocy – to wejście w kolejną warstwę narracyjną. Ramy „opowieści w opowieści” oczywiście wzbudzają pytanie – jaki związek ma treść dzieła literackiego z historią Susan i Eda. Związek jest, ale nie tak oczywisty, jak by się mogło najpierw wydawać. Bohaterem jest Tony (również Jake Gyllenhaal), który wraz z żoną i nastoletnią córką (bliźniaczo podobne do Adams Isla Fisher i Ellie Bamber) udają się na wycieczkę do Zachodniego Teksasu. Nocny przejazd przez pustynię kończy się konfrontacją z lokalnymi wieśniakami (pod przywództwem Aarona Tylora-Johnsona), którzy najpierw spychają samochód rodziny z drogi, potem pomagają go naprawić, by w końcu uprowadzić obie kobiety ku rozpaczy bezradnego mężczyzny.

„Książkowa” część filmu jest niezwykle fascynująca i wciskająca w fotel. Oglądamy w niej zupełnie przeciętnego faceta, przed oczyma którego odbywa się prawdziwy koszmar. Mężczyzna w niczym nie przypomina hollywoodzkich herosów, którzy biorą sprawy w swoje ręce. Czytająca powieść Susan jest równie przerażona. Ona dostrzega paralelę chyba od razu. W serii retrospekcji cofamy się w prywatne życie pary, które pozwolą nam zrozumieć przesłanie książki Edwarda. Kobieta również zaczyna nagle zauważać dzieła sztuki, których tematyką jest przemoc i zemsta – obrazy i rzeźby nabierają w świetle książki nowego znaczenia. Ford w inteligentny sposób porusza się między różnymi czasoprzestrzeniami, płynnie przechodząc np. ze sceny kąpieli Toma w obskurnej wannie w motelu, do kąpieli Susan w jej pięknym mieszkaniu.

null

Zimny, precyzyjny wizualny styl filmu, który oddaje samotność i pustkę bohaterów, stwarza swoistą barierę dla widza, by móc obdarzyć postaci prawdziwą, głęboką empatią. Wyśmienita muzyka ilustracyjna Abla Korzeniowskiego zdaje się robić co może, by wpuścić w ten świat emocje. Melancholijna, smutna, momentami melodramatyczna, dodaje Zwierzętom nocy jakże potrzebnej głębi. Na szczęście aktorzy wykonują fantastyczną robotę – Adams chowająca rany przeszłości za błękitnymi oczami; Gyllenhaal w roli słabego, skrzywdzonego mężczyzny; nawet epizodyczne role Martina Sheena (brat gej) i Laury Linney zostawiają więcej niż pozytywne wrażenie. Osobnym fenomenem jest detektyw Bobby Andes grany przez Michaela Shannona. Jeżeli na coś wyraźnie cierpi film, to na zbyt małą ilość tej postaci w filmie. Szorstki, doświadczony glina, z wyraźnym kodeksem moralnym, nie tylko kradnie każdą scenę, ale dodaje tytułowi niezbędnego ciepła. Chorujący na raka policjant to najbardziej ludzki z bohaterów.

Ford jest wyraźnie zainspirowany thrillerami Hitchcocka, gdzieniegdzie czuć też niepokój rodem z dzieł Davida Lyncha. Jednak produkcji brakuje konsekwencji w budowaniu napięcia mistrza suspensu, oraz onirycznego szaleństwa tego drugiego. Reżyser stworzył swój unikalny, wizualny styl – dopracowany do perfekcji, przemyślany i bezwarunkowo piękny. Jego filmy łączy też samotność głównych bohaterów, otoczonych eleganckimi rzeczami, ale okaleczonych emocjonalnie. Zwierzęta nocy osłabia brak równowagi pomiędzy realną i książkową częścią. W tej pierwszej zbyt wiele wysmakowanego artyzmu, momentami ocierającego się o autoparodię, który staje na drodze dobrze opowiedzianej historii.

Ocena: 8/10

Trolle

 

trolls-05

Trolle

reż. Mike Mitchell, Walt Dohrn

Mają wspaniałe, kolorowe czupryny, uwielbiają śpiewać, tańczyć i przytulać się co godzina. Z ich ust tryska brokat, a z tyłków wylatują im ciasteczka. Dysponują taką dawką pozytywnej energii i radości, że potrafią rozweselić największego gbura. Tylko że w nadmiarze, jak każde słodycze, Trolle mogą przyprawić o mdłości.

Malutkie stworzonka są przez swoją unikalność ofiarą Bergenów – olbrzymów, które żyją w nigdy nie zaznając szczęścia. Kiedy potwory odkryły, że spożycie trolla pozwala im doświadczać uczuć, o których nie miały wcześniej pojęcia, zamieniły ich jedzenie w doroczne święto. W początkowej sekwencji oglądamy przygotowanie do tego festiwalu w królestwie Bergenów, a zaraz potem brawurową ucieczkę skrzatów pod przywództwem króla Peppiego (Jeffrey Tambor). Dwadzieścia lat później trolle żyją w spokoju i z dala od niebezpieczeństwa. Ale kiedy księżniczka Poppy (Anna Kendrick) zorganizuje największą imprezę na rocznicę wyzwolenie, głośnia zabawa i feeria kolorów zwabi naczelną kucharkę Bergenów, która wygnana została z królestwa potworów i od lat szukała poprawiających nastrój skrzatów (głosy Gwen Stefani, James’a Cordena, Russella Branda). Kilkoro przyjaciół księżniczki zostanie porwanych i zaradna dziewczyna organizuje akcję ratunkową złożoną z niej samej oraz Brancha (Justin Timberlake) – jedynego trolla, który nie śpiewa, nie tańczy i nie lubi się przytulać. Smerf Troll maruda jako jedyny przewidział dramatyczne wydarzenie i nieszczęście, które przyniesie impreza wszechczasów.

trolls01

Zawiązanie akcji i jej rozwój jest prostolinijne i nawet płynące z przesłania filmu wnioski wyłożone są kawa na ławę. W porównaniu do tej produkcji W głowie się nie mieści jest niczym Obywatel Kane przy Rambo III. Kolejne piosenki, zarówno te oryginalne, stworzone specjalnie na potrzeby produkcji kompozycje, czy przeróbki znanych hitów pop (m.in. Earth Wind and Fire „September”, Gorillaz „Clint Eastwood”, Lionel Richie „Hello”) są ładnymi wypełniaczami, ale w ogóle nie posuwają akcji do przodu. Ot, takie miałkie, łatwe do zapomnienia nagrania, idealnie wpasowujące się w banalną fabułę. Drugoplanowe postaci są dość jednowymiarowe – ale czego oczekiwać po produkcji, w której nawet dwójka głównych bohaterów nie grzeszy oryginalnością. To prawda, że Branch ze swoim mrocznym podejściem do wszystkiego zyskuje naszą sympatię, ale on też zostanie w końcu przekabacony. Taki marny los negatywnych postaci w kreskówkach.

trolls-03

Głosowe poczynania całej ekipy nie pozostawiają wiele do życzenia – zarówno Kendrick i Timberlake mają świetne, młodzieńczy tembr, pasujący jak ulał do swoich ról. Anna udowodniła już w The Last 5 Years że może zaśpiewać wszystko. Szkoda, że zamiast repertuaru rodem z La La Land, musi produkować „smerfne hity”. Walory wizualne – animacja, kolory, faktura postaci – są najwyższej jakości. Tego raczej od DreamWorks należało się spodziewać.

Film Trolle przeznaczony jest raczej dla najmłodszej, niewymagającej widowni. Producenci pod tą lukrowaną przykrywką przemycają dobrze zaplanowaną akcję marketingową wymierzoną w kieszenie rodziców swojej publiki. Tytuł i postaci zainspirowane są laleczkami, które podbiły rynek zabawkowy w latach 60. Zaprojektowane przez duńskiego artystę Thomasa Dama skrzaty miały przynosić szczęście i radość domownikom. Myślę, że po projekcji wiele dzieci z błagalnym spojrzeniem będzie pytało mamę i tatę o taką laleczkę, która ma długie, różowe włosy i pewnie śpiewa jakieś wspaniałe piosenki. Rodzice, bądźcie czujni. Trolle nie śpią i aktywują się w trakcie okolic świąt Bożego Narodzenia.

Ocena: 5/10

Free Fire

null

Free Fire

reż. Ben Wheatley

Jeżeli zamykać festiwal, to z dużym hukiem. Wystrzałem – a właściwie całą kanonadą – wypełniony jest najnowszy film Ben Wheatley’a Free Fire. W karierze tego brytyjskiego reżysera to tytuł najbardziej komercyjny, ale co za tym idzie – najmniej ambitny.

Boston, końcówka lat 70. W opuszczonym magazynie fabryki parasolek dochodzi do szemranej transakcji pomiędzy bojownikami Irlandzkiej Armii Republikańskiej (Cillian Murphy, Sam Riley, Michael Smiley), a pochodzącym z RPA sprzedawcą broni (Sharlto Copley). „Gospodarzem” wymiany jest Amerykanin (Armie Hammer), a do spotkania obydwu stron doprowadziła jedyna kobieta w grupie – Justine (Brie Larson). Nie trudno przewidzieć co wydarzy się, kiedy napięcie i testosteron we krwi osiągną punkt krytyczny. Punktem zapalnym okaże się nie sam nielegalny interes, a zdarzenie z dnia poprzedniego, w którym żołnierze z przeciwnych obozów starli się o honor pewnej dziewczyny.

Konsekwentnie sfotografowany w ciepłych odcieniach pomarańczu film znów przenosi nas do przeszłości – podobnie jak w High Rise reżyser czuje klimat lat 70. Bohaterowie noszą długie włosy, pięknie przycięte wąsy, kolorowe marynarki i wzorzyste koszule. Muzycznie wrzuca nas pomiędzy elektryzujący przebój Creedence Clearwater Revival, a liryczne piosenki Johna Denvera. Ale to strzały z pistoletów będą prawdziwym soundtrackiem tego obrazu.

Zobacz również: High Rise – recenzja filmu

Rozgrywający się właściwie w jednej przestrzeni film, w momencie, kiedy rozpoczyna się wymiana ognia, przestaje być interesujący. Kolejne postacie zostają ranne, zabłąkane kule świstają ponad głowami, bohaterowie przerzucają się nie zawsze zabawnymi dialogami. Choć niektóre wymiany zdań są naprawdę udane (Copley ze swoim akcentem i groteskową postacią wybija się ponad przeciętność), to po pół godzinie czekamy raczej, aż to się skończy i wszyscy zginą, niż na kolejny niespodziewany zwrot (który nigdy nie następuje). Montaż i prowadzenie kamery przyprawia momentami i zawrót głowy – nie wiadomo kto gdzie jest ani kto do kogo strzela. Ma to pewnie oddać zamieszanie, które panuje w takiej sytuacji, ale koniec końców najbardziej zdezorientowany jest widz.

free-fire-2016-002-brie-larson

Porównując Free Fire to poprzednich tytułów Wheatley’a (Lista płatnych zleceńA Field in EnglandTuryści), jego pierwszy amerykański (nakręcony… w Brighton w Wielkiej Brytanii) film jest krokiem wstecz. Brak w nim unikalnego stylu reżysera, a nawet ukrytej pod pretensją fabuły inteligentnego przesłania. W najlepszych momentach przypomina dzieła Quentina Tarantino, w najgorszych – słabe, brytyjskie kino gangsterskie. Trudniej patrzeć na tą produkcję jako na współczesną wersję Wściekłych psów. Tyle że po co komu kopia, jak można obejrzeć ciągle broniący się po latach oryginał.

Ocena: 5/10

Manchester by the Sea

Casey Affleck w Manchester by the Sea reż. Kennetha Lonergan

Manchester by the Sea

reż. Kenneth Lonergan

O traumatycznej przeszłości, która nie pozwala normalnie funkcjonować opowiada najnowszy film Kennetha Lonergana. Ze świetną obsadą i wysokiej klasy wykonaniem, produkcja przypaść powinna do gustu miłośnikom ambitnych dramatów psychologicznych.

Głównym bohaterem opowieści jest Lee (Casey Affleck), szorstki samotnik pracujący jako dozorca/złota rączka w Bostonie. Lee mówi mało, a jak się odezwie, to albo obraża klientów, albo szuka zaczepki. Z jego codziennego rytmu życia, podzielonego między pracę, wypadu do baru i ciasną suterenę, w której mieszka, wybija go śmierć brata. Mężczyzna wraca do rodzinnego Manchester-by-the-Sea (stan Massachusetts), by dopilnować uroczystości pogrzebowych. Ku swojemu zaskoczeniu będzie musiał także zająć się szesnastoletnim siostrzeńcem Patrickiem (Lucas Hedges). Zmarły na chorobę serca Joe (Kyle Chandler) w testamencie nominował wuja jako prawowitego opiekuna.

Z pojawiających się stopniowo retrospekcji zaczyna układać nam się obraz rodziny oraz prawdziwe przyczyny, dlaczego Lee zachowuje się tak, jakby ktoś rzucił na niego urok, a powrót do domu sprawia, że jest jeszcze bardziej nerwowy. Lonergan kolejny raz pokazuje nam rozbitych, samotnych ludzi, którzy przez wydarzenia z przeszłości nie są w stanie funkcjonować normalnie. Niczym echa pierwszej rozmowy Patricka i Lee na długo sprzed fatalnego wypadku – jeżeli nie masz mapy, jak masz zamiar nawigować, pyta wujek swojego młodego siostrzeńca. Wydaje się, że mapa Lee do nawigacji po życiu spłonęła, a mężczyzna wybrał dryfowanie, zamiast spróbować stworzyć nową. Część bohaterów próbuje ułożyć sobie życie od początku. Była żona Lee, Randi (Michelle Williams), wyszła za mąż i spodziewa się dziecka. Jego szwagierka, też rozwiedziona, Elise (Gretchen Mol) – po problemach z alkoholem na długo zniknęła z radaru rodziny, by wypłynąć jako zakochana w Jezusie abstynentka. Starania te są tylko połowiczne – każda z kobiet na swój sposób ciągle nie może normalnie funkcjonować, bez rozrachunku z przeszłością.

Kyle Chandler i Casey Affleck w Machester by the Sea

Grany przez Afflecka bohater to człowiek enigma. Oszczędny w słowach, ze zmęczonym wyrazem twarzy, który jest trochę jak chodzący dynamit. Bez większego powodu wybucha, szuka wymówki. Jak podczas wieczornego wyjścia do baru. Kilka drinków za dużo i pieści pójdą w ruch. Niepewność jedno zachowania i nieprzewidywalność budują wewnętrzne napięcie w filmie. Ale to tylko jedna strona jego postaci. Drugą poznajemy w retrospekcjach. Dusza towarzystwa, kochający mąż i ojciec, pijacy może trochę za dużo. Casey Affleck nadaje się do takich ról znakomicie. Tutaj udało mu się oddać dwie twarze jednego człowieka – tego przed i po traumie. Bez wątpienia w Manchester By The Sea gra jedną ze swoich najlepszych ról w karierze. Michelle Williams, choć pojawia się raptem na kilkanaście minut, kolejny raz udawania, że jest jedną z najlepszych aktorek swojego pokolenia. Jej obecność jest magnetyzująca, oddaje emocje swoich postaci niemal naturalnie. Pomyśleć, że jeszcze kilkanaście lat temu była tylko gwiazdeczką z serialu Jezioro marzeń

manchesterbythesea_03

Manchester by the Sea podejmuje dość ciężką tematykę i pewnie utonąłby w morzu pretensjonalności, gdyby nie umiejętne rozjaśnianie atmosfery przez wątek z dorastającym Patrickiem. Chłopak wydaje się być poza przeklętym kręgiem rodzinnych dramatów i mimo śmieci ojca stara się żyć swoim życiem. Chce grać w hokeja, koszykówkę, chodzić na próby ze swoim zespołem rockowym i próbować rząglować pomiędzy dwiema dziewczynami. Między nim a wujkiem Lee dochodzi i do poważnych rozmów, ale wiele sytuacji i dyskusji doprowadza nas do szczerego śmiechu. Jak choćby kurtuazyjne spotkanie z mamą jego dziewczyny, kiedy nastolatki na górze próbują uprawiać seks. Lee nie pomaga, będąc absolutnym zaprzeczeniem rozmowności – matka dziewczyny musi przerwać „naukę” nastolatkom, bo ileż można znosić nierozmownego faceta w swojej jadalni. Patrick ma zaskakująco trzeźwe i dojrzałe podejście do swojej przyszłości, choć i on nauczyć się będzie musiał, że w życiu nie ma skrótów i łatwych odpowiedzi.

Kenneth Lonergan w tym przejmującym, wielowarstwowym filmie zdaje się pytać, czy postaciom uda mu się kiedyś zabliźnić rany. W poruszającej scenie rozmowy z byłym mężem bohaterka grana przez Michelle Williams mówi: moje serce pękło i tak zostanie na zawsze. Pewnych ran nie da się usunąć. Ale trzeba nauczyć się z nimi żyć – nawet najszczersze słowa nie przyniosą ukojenia, przyszłość ich nie zagoi. Ta gorzka konstatacja ląduje bliżej naszych doświadczeń, niż to się może wydawać.

Ocena: 9/10

La La Land

LLL d 29 _5194.NEF

La La Land

reż. Damien Chazelle

Raz na dekadę zdarza się film, który przypomina nam o tym, że kino może być zabawą, bezwstydną rozrywką, cudownym wehikułem, w którym spełniają się najskrytsze marzenia. Film, który wywołuje promienny uśmiech na twarzy, bawi, wzrusza i nie pozwala o sobie zapomnieć. Tak, sezon oscarowy należał będzie do La La Land.

Damien Chazelle ma zaledwie trzydzieści jeden lat i dwa pełne metraże na koncie, w tym genialny Whiplash. A wydaje się, że filmy robi od co najmniej pięciu dekad. Jest zakochany w historii kina. Przygotowując swój najnowszy projekt zapewne spotkał się nie raz z wieloma wątpliwościami. W końcu musical to gatunek, który swoje najlepsze lata miał w złotym okresie Hollywood, a jego próby wskrzeszania były jednorazowymi strzałami, które nigdy nie przełożyły się na pewien trend. Czy zatem musical umarł? W La La Land są dwie rozmowy pomiędzy głównymi bohaterami, które oddają punkt widzenie reżysera na powyższe sprawy.

LLL d 41-42_6689.NEF

Seb (Ryan Gosling) zabiera Mię (Emma Stone) do klubu muzycznego – chce jej pokazać, czym jest prawdziwy jazz. I z pasją tłumaczy: „Ludzie mówią, że jazz się skończył, pozwólmy mu więc umrzeć. Po moim trupie!” Widzicie analogię? A potem, kiedy Mia prezentuje pierwszą wersję swojej sztuki muzykowi, pyta z powątpiewanie „Czy ludziom się to spodoba?” „Pieprzyć ich!” – powie Seb, dodając „Oni to pokochają!” Faktycznie, nie spotkałem się z jeszcze inną opinią o tym filmie niż pozytywna lub wręcz entuzjastyczna. W czym tkwi magia?

Już pierwsza scena kradnie serca. W ulicznym korku w Los Angeles, z kakofonii różnych gatunków muzycznych wyłania się główny motyw filmu. Jedna z postaci zaczyna śpiewać, dołączają kolejne. Stojące na ulicy samochody i ich dachy stają się scenami do tańca. Kiedy otwierają się drzwi do ciężarówki, w której gra orkiestra, trudno oprzeć się pozytywnej energii płynącej z ekranu. Choreografia, zdjęcia, wspaniałe kolory – ta i kolejne taneczne sekwencje są niczym w soczewce tym, co najlepsze z historii musicali. Para bohaterów stepuje niczym Fred Astaire i Ginger Rogers, momentami niemalże naśladując styl filmów z tymi aktorami. W jednej z sekwencji sceny imprezy przeplatane są wstawkami lejącego się szampana i fajerwerkami. Ale czas dla Chazella nie zatrzymał się w latach 50. Inteligentnie unowocześnia ten gatunek muzycznie, mieszając ze sobą rożne odcienie jazzu, pop i easy listenieng. Są wielkie, epickie sceny z tańcem na ulicach, są też małe, liryczne momenty, w których zaangażowani są tylko główni aktorzy. W obydwu przypadkach wszystko gra ze sobą znakomicie. A kiedy twórcy jedną z tanecznych sekwencji przerywają idealnie wpasowaną melodią z dzwonka telefonu komórkowego, nie sposób nie wykrzyknąć „geniusz”! Ciekawe jest również to, że mimo wielu odwołań do klasyki, La La Land nigdy nie uderza w samokrytyczne tony. Nie jest dekonstrukcyjna w stosunku do gatunku (jak Cały ten zgiełk czy Tańcząc w ciemnościach), nie jest też złośliwym naśladownictwem (Wszyscy mówią: kocham cię). Ma delikatny dystans, ale balansuje go bezgraniczną miłością do tego, co najlepsze w musicalach.

Opowiadana historia jest mieszanką romansu i komedii. Seb i Mia, których znajomość rozpisana jest na cztery pory roku, na początku niezdarnie na siebie wpadają, potem ich znajomość przeradza się w romans i usłany nie tylko płatkami róż związek. Ona marzy o karierze aktorki w Hollywood, biega na kolejne przesłuchania, pracując jako barista w kawiarni na terenie wytwórni Warner Bros. On gra do kotleta, zaciskając zęby i marząc o swoim klubie jazzowym. Może to za dużo powiedziane, że gra, bo trudno mu podporządkować się wymagającemu szefowi restauracji (J.K. Simmons w świetnym epizodzie) i kiedy go poznajemy, traci pracę. Para zaczyna się nawzajem motywować, opowiadając o swoich marzeniach i frustracjach. W pewnym momencie pojawia się zazdrość. To kolejne unowocześnienie fabularne – ich związek jest jak najbardziej wiarygodny, ma swoje wzloty i upadki. Oboje aktorzy są wprost wspaniali, znakomicie tańczą i śpiewają! Gosling pokazał niedawno komiczną stronę w Nice guys. Równych gościach, tu też świetnie balansuje pomiędzy przystojnym cynikiem a romantycznym kochankiem. O Emmie Stone przy okazji Łatwej dziewczyny napisałem, że podbije jeszcze Hollywood. To jej najlepsza, najważniejsza w karierze rola.

Sceny, które zostaną ze mną na długo, mogę wymieniać bez końca, przytaczając chyba cały film. Każde odwołanie do klasyki kina – jak bohaterowie wybierający się na Buntownika bez powodu, albo olbrzymi plakat Ingrid Bergman na ścianie w pokoju Mii. Magiczna sekwencja tańca na Drodze Mlecznej w planetarium. Moment, kiedy po kiepskim przesłuchaniu kobieta przejeżdża obok miejsca, które przypomina jej o Sebastianie i momentalnie poprawia jej humor. Albo gdy spotykają się trzeci raz, przypadkiem, a on gra w cover-bandzie wykonującym przeboje z lat 80. I oczywiście cudowna, ale gorzka i smutna sekwencja finałowa (gdzieś pobrzmiewają echa podobnego chwytu z Mummy Xaviera Dolana i 25 godziny Spike’a Lee). Myślę, że La La Land znajdzie drogę do serca każdego widza. Każda będzie zupełnie inna.

Jeżeli zapomnieliście o tym, jak to jest iść na film i zostawić przed salą cały świat, to wybierzcie się kina, kiedy produkcja Chazella trafi do kin. Gwarantuję, że uśmiech nie zejdzie z waszych twarzy przez ponad dwie godziny. La La Land to nie tylko musical – to piękny hołd dla kina i ponadczasowy klasyk. Czegóż chcieć więcej? Niech gra muzyka!

Ocena: 10/10

Siedem minut po północy

09395-joseharo.NEF

A Monster Calls

reż.  J. A. Baoyona

Czego boi się dwunastoletni Conor? Potwora, który odwiedza go punktualnie siedem po dwunastej w nocy? Kolegów ze szkoły, którzy znęcają się nad nim przy każdej okazji? Czy babci, który patrzy na niego karcącym spojrzeniem i grozi, że będzie musiał z nią zamieszkać. Nie, tak naprawdę chłopaka prześladuje zupełnie inny koszmar, z którym przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz.

Oparty na bestsellerowej powieści Siedem minut po północy Patricka Nessa (według pomysłu zmarłej na raka pisarki Siobhan Dowd) film miał spore oczekiwania. Książka, wydana ledwie pięć lat temu, zaskarbiła sobie uznanie czytelników na całym świecie, a kolorytu dodały jej ilustracje autorstwa Jima Kay’a. Ekranizacja bezwzględnie czerpie z papierowego pierwowzoru, a zmiany, które wprowadzili twórcy, są naprawdę niewielkie. Jeżeli w powieści wciągnęła was gotycka atmosfera, a zakończenie sprawiło, że płakaliście jak bobry, to filmowa wersja w ogóle nie rozczaruje.

Conor (Lewis MacDougall) budzi się zlany zimnym potem. Właśnie miał kolejny zły sen, w którym stoi na cmentarzu starego kościoła. Ściany budynku zaczynają pękać, ziemia zapada się, wciągając kolejne grobowce. Chłopak rzuca się, by złapać rękę osoby wpadającej w otchłań. Nie udaje się. Wtedy koszmar się urywa. Conor jest w swoim pokoju, wygląda przez okno i widzi ten wyjęty z koszmaru pejzaż. Kilkusetletni cis obok ruin kościoła, na wzgórzu niedaleko jego domu. Zdaje się też słyszeć chropowaty głos wołający jego imię…

null

Pierwsze minuty filmu J. A. Baoyona (SierociniecNiemożliwe) idealnie wprowadzają widza w tajemniczą historię. Budują napięcie, nadają rytm opowieści i jej nastrój. Milczący nastolatek wychodzi z domu. Sam robi sobie śniadanie – nieobecność matki i ujęcia leków z jej imieniem, sugerują, że jest ciężko chora. Syn przygląda się, jak Lizzy (Felicity Jones) śpi w swoim pokoju. Wyprawa do szkoły to nie tylko słuchanie kolejnego nudnego nauczyciela, ale oczekiwanie na „spotkanie” z prześladowcami. Jak zwykle trzech wyrostków zabawi się jego kosztem. A potem powrót do domu, gdzie matka walczy ze śmiertelną chorobą.

Jest godzina 0:07 – minęła północ, a Conor czuje, że coś się zbliża. Wygląda przez okno i widzi, jak cis z cmentarza ożywa, powstając z ziemi. Wysoki na kilka metrów stwór (głos Liama Neesona) rusza w stronę domu bohatera. Przyszedł, by opowiedzieć mu trzy historie. Po nich chłopiec opowiedzieć mu będzie musiał swoją. Ala jaka to historia, skoro on nie zna żadnej. Będzie miał kilka dni, by się nad tym zastanowić.

Siedem minut po północy jest tym wyjątkowym przypadkiem, kiedy poszczególne części składowe tworzą spójną, emocjonalnie angażującą całość. Od aktorów począwszy, po efekty specjalne i realizację. Lewis MacDougall miał chrzest bojowy w filmie Piotruś. Wyprawa do Nibylandii. Tutaj rozwija swój talent, umiejętnie oddając stan jego bohatera, który jest zbyt dojrzały, by być dzieckiem, a za młody, by być mężczyzną. Jego smutne spojrzenie, kłębiący się wewnątrz gniew oraz artystyczna wrażliwość znajdują idealne ucieleśnienie w grze aktora. Na nim spoczywa cały film, ale nie obeszło się bez silnych postaci na drugim planie. Sigourney Weaver jest fenomenalna jako babcia – starsza pani zajmująca się nieruchomościami, mieszkająca w swoim dopracowanym mieszkaniu, otoczona pamiątkami z przeszłości. Zimna, wymagająca, nie znosząca sprzeciwu, wyjątkowo silna. Matka Conora w wykonaniu Felicy Jones ma w sobie mnóstwo ciepła i delikatności. Jej oczy mówią naprawdę wiele – bije z nich smutek, ale i miłość do syna. W końcu głos potwora, którego gra Liam Neeson – szorstki, głęboki, kryje w sobie moc i mądrość.

https://www.youtube.com/watch?v=Zflg1U59mE

Realizatorom udało się też zbudować niesamowitą atmosferę filmu. Sekwencje z potworem mają coś z klasycznych filmów grozy (choćby ukłony w stronę horroru Kult, ale też są fragmenty czarno-białego King Konga), będąc przy tym spektakularnie dopracowane technicznie. Gałęzie – ciało potwora, które w pewnych chwilach oplata cały pokój chłopca, wyglądają niezwykle realistycznie. Potwór, przemawiający głosem Neesona, wywołuje nieraz dreszcz grozy. Ale oprócz tych głośnych momentów, reżyser umiejętnie operuje też ciszą, która lepiej puentuje wiele scen, niż liryczna, ckliwa muzyka. Także sceny rodzinne, chwile z mamą i ojcem (Toby Kebbell), który przyjechał na moment z USA, mają w sobie mnóstwo ciepła. A na koniec nie sposób nie wspomnieć o wizualnej ilustracji historii, które opowiada potwór. Zrealizowane jako animacje, wyglądają niczym akwarelowy obrazy, które ożywają na oczach widzów. Podobnej techniki malarskiej używa Conor, tworząc swoje szkice.

Nie sposób mówić o Siedmiu minutach po północy pomijając główny temat filmu. W niebanalny sposób, podążając tropem pierwowzoru, dotyka bardzo dorosłych spraw: prawdy, śmieci, skomplikowanych ludzkich relacji. Oddając sens opowieści przytaczanych przez potwora, mówi, że świat nie jest czarno-biały, a ludzi nie można kategoryzować z góry na dobrych i złych. Ta tematyka jest jedynym słabszym punktem produkcji – może się okazać zbyt poważna dla młodszego odbiorcy. Ale poza tym czeka nas prawdziwa filmowa uczta, która bez używania taniego sentymentalizmu i kiczu, wyciśnie szczery łzy wzruszenia z niejednego widza.

Ocena: 9/10

Dziewczyna z pociągu

emily-blunt-girl-on-the-train

The Girl On The Train

reż. Tate Taylor

Występują: Emily Blunt, Justin Theroux, Luke Evans, Haley Bennett, Rebecca Ferguson

Marna i sztampowa ekranizacja bestsellerowej książki.

Ocena: 4/10

Premiera Wielka Brytania: 5/10/2016

Premiera Polska: 7/10/2016

A United Kingdom

Rosamund Pike i David Oyelowo w filmie A united kingdom

A United Kingdom

reż. Amma Asante

Z opartymi na faktach historiach jest zazwyczaj taki problem, że reżyserzy boją się udziwniać. Najłatwiej trzymać się prawdy, unikać kontrowersji. A jeszcze bardziej pętla się zacieśnia, kiedy trzeba opowiedzieć o kimś szlachetnym. Powstają zatem pomniki i laurki, godne szkolnego wypracowania. Tak też rzecz ma się z filmem A United Kingdom, który otworzył 60. Londyński Festiwal Filmowy.

Historia księcia Beczuany, który pobierał edukację w Anglii, przygotowując się do przejęcia tronu w swoim kraju, a przy okazji zakochał się w białej kobiecie, opowiedziana została po bożemu. Seretse Khama (David Oyelowo, zagrał Martina Luthera Kinga w Selmie) poznaje Ruth Williams (Rosamund Pike, Zaginiona dziewczyna) na imprezie tanecznej – oboje świetnie się dogadują, czuć między nimi chemię, więc znajomość się rozwija. Wbrew temu, że w społeczeństwie panuje tabu dla par mieszanych, wbrew zakazom rodziny i w końcu wbrew życzeniom rządu brytyjskiego, który otoczył kraj króla protektoratem – młodzi pobierają się. Biała kobieta ma zostać królową tamtejszej wioski, w której mieszkańcy żyją w glinianych chatach. Wuj Sereste (Vusi Kunene), który tymczasowo sprawuje władzę w kraju, też nie będzie zadowolony.

Rosamund Pike i David Oyelowo

A United Kingdom jest głosem w sprawie segregacji rasowej i praw człowieka wogóle. Trudno o wyraźniejszy przykład z historii współczesnej – lata 50., za bohaterami jest II wojna światowa, rząd Jej Królewskiej Mości ze względów ekonomicznych układa sobie współpracę z Republiką Południowej Afryki, w której właśnie rodzi się apartheid. Ten haniebny epizod z historii Wielkiej Brytanii zasługiwał na przypomnienie, szczególnie w świetle najnowszych wydarzeń. Scenariusz wcale nie szczędzi szczegółów – dostaje się nawet Churchillowi, który skazał Sereste na dożywotnie wygnanie. Oglądamy Londyn, gdzie na czarnych panów z białymi partnerkami się napada na ulicy, a na klatce „życzliwy sąsiad” wiesza kartkę z szubienicą z podpisem „czarnuch”. Segregacje rasowe w Afryce są normalnością – osobne miejsca dla białych i czarnych, zakaz spożywania alkoholu przez tubylców, skazanych na role sprzątaczy i lokajów.

W centrum filmu znajduje się uczucie łączące główne postaci – jest ono czyste i niemożliwe do złamania. Groźby, korupcja, błagani i rządowe dekrety tego nie zmienią. Aktorzy robią, co mogą, żeby nadać tym pomnikom cech ludzkich. Zarówno Oyelowo jak i Pike ratują ten dość konwencjonalny film. Jest między nimi napięcie, w ich związek łatwo uwierzyć. Seretse jest idealistą, intelektualistą i z mocnym kręgosłupem moralnym. Powalony na ringu ciosem bokserskim od białego zawodnika w pierwszych scenach król Khama powie „Nie spodziewałem się tego”. I oczywiście ciosy, choć nie fizyczne, posypią się na niego później jak grad – biali będą starali się go oszukać, zastraszyć i przekupić. Jego naiwność i idealizm są momentami bardzo drażniące. Da się np. wplątać w podstępny wyjazd z kraju, do którego będzie miał biedę wrócić. Ruth to silna, inteligentna i doświadczona wojną kobieta, która wie, czego chce. Dobrze, że gdzieś w tych papierowych ramach jest miejsce na dowcip i humor, który nadaje postaciom jakże potrzebnego ciepła.

Oparty na zasadzie prostych przeciwieństw świat wpada w prostolinijne kategoryzowanie na dobrych i złych. Źli to oczywiście biali, przedstawiciele rządu i władzy. Kiedy pewne postaci pojawiają się na ekranie (Tom Felton i Jack Davenport), brakuje tylko „marszu imperatora” jako podkładu muzycznego. Czarny charakter w tym wypadku ma bardzo jasną karnację. Dobrzy są właściwie wszyscy czarni – nawet wujek księcia wróci do łask. Są w filmie momenty, że wydaje się, że twórcy zdecydują się na jakąś rewoltę, jak choćby gdy pierwszy raz Ruth z mężem przyjeżdżają do jego wioski. Czarni z morowymi minami szykują się na lincz. Ta groźna szybko znika – zostają oni zdegradowani zostają do – dosłownie – kolorowego tła. Jest też biały reporter, który zdaje się być kanalią, a okazuje się całkiem przyzwoitym dziennikarzem, jest kilku prawników – ale oni też gdzieś znikają w tle. Dość szybko powraca filozofia disnejowskiej bajeczki.

O postaci trudno się martwić i wiadomo, że włos im z głowy nie spadnie. Ta plakatowość, która wyziera szczególnie w malowniczych ujęciach Afryki (zderzonych z wiecznie zachmurzoną Anglią) i rzewnej ścieżce dźwiękowej, to chyba największy zarzut dla tego filmu. Amma Asante unika szorstkości i brutalności – zagrożenia są pozorne jak tekturowe dekoracje w teatrze. A United Kingdom nie rości sobie pretensji do czegoś innego niż byciem wzruszającym (jest kilka scen, gdzie łzy same napływają do oczu) melodramatem z historią w tle. Jest to podnosząca na duchu opowieść o pięknej i szczerej miłości, która miała siłę skruszyć skorumpowanych polityków i być zalążkiem do narodzin demokracji: Seretse Khama został pierwszym prezydentem Botswany, wybranym przez obywateli swojego kraju. Piękna historia zasłużyła jednak na bardziej ambitne opakowanie.

Ocena: 5/10

Sausage Party

yg5noc09

Sausage Party

reż. Conrad Vernon, Greg Tiernan

Występują: Seth Rogen, Kristen Wiig, Jonah Hill, Bill Hader, Michael Cera, James Franco, Craig Robinson

Premiera Wielka Brytania: 2/09/2016

Premiera Polska: 12/08/2016

Ocena: 8/10