I tak cię kocham

the-big-sick

The Big Sick

reż. Michael Showalter

Czy komedie romantyczne potrafią jeszcze zaskakiwać, nie będąc przy okazji jakimiś pokręconymi, artystycznymi pokrakami? Mogą, a najlepsze scenariusze jak zwykle pisze życie. Tak stało się w wypadku historii opowiedzianej w I tak cię kocham, opartej na prawdziwych perypetiach Kumaila i Emily. Jest tu komedia, dramat, wzruszenie i autentyczne uczucia oraz prawdziwy romantyzm, rodem z baśni o Śpiącej Królewnie albo z Romea i Julii. I czego chcieć więcej?

Pochodzący z pakistańskiej rodziny Kumail (Kumail Nanjiani) jest czarną owcą tego rodu – nie pali mu się do zostania prawnikiem, ani do ożenku z ustawioną przez mamę kandydatką. Pracuje jako kierowca Ubera, a wieczorami występuje jako komik w lokalnym barze w Chicago. Jego drugie życie jest tajemnicą, a mężczyzna będzie musiał ukrywać się jeszcze bardziej, kiedy zacznie spotykać się z Emily (Zoe Kazan), drobną blondynką z typowej, amerykańskiej rodziny. Kumail wie, że jego związek nie będzie zaakceptowany przez rodziców i boi się konsekwencji. Stopniowo wpłynie to na relacje z partnerką, które stają się coraz bardziej poważne. Brak szczerości doprowadzi w końcu do bolesnego rozpadu. I Kumail pewnie stopniowo zapomniałby o Emily, gdyby nie niespodziewany telefon od jednej z jego koleżanek. Była dziewczyna trafiła do szpitala i nie ma się nią kto zająć, a sprawa wygląda coraz bardziej poważnie.

033_tbs_day_006__4113_r

Najbardziej przekonuje i wciąga w I tak cię kocham fakt, że postacie nie są ani wspaniałe, ani idealne, a uczą się miłości na własnych błędach. Każde z nich ma „za uszami”: Kumail nie potrafi powiedzieć prawdy, zarówno Emily, jak i rodzinie, potrzebuje wstrząsu, by się przyznać do błędów; Emily postanawia zgrywać twardą i udawać, że nie chce się z nikim wiązać. Oboje są ofiarami współczesnego społeczeństwa, gdzie związki kończą się na przelotnym seksie. On z jednej strony chce wyrwać się ograniczającej go tradycji, gdzie rodzice wyszukują mu partnerki, z drugiej nie potrafi ze swojej wolności skorzystać, taktując dziewczynę gorzej, niż ona na to zasługuje. Prawdziwa przemiana zajdzie w nim w momencie, gdy pozna bliżej jej rodziców (genialni Holly Hunter i Ray Romano jako Beth i Terry) i gdy zda sobie sprawę, że może utracić Emily na zawsze.

the-big-sick-still-2

I tak cię kocham pełne jest kapitalnych żartów oraz ciętych dialogów. Scena z występu głównego bohatera, gdy ktoś wyzywa go od terrorysty, jest wyborna, a komentarz po niej („zazwyczaj inna mama staje w mojej obronie”) – rozbrajający. Reżyser pokazuje, jak otaczająca bohaterów technologia wpływa na ich życie (aplikacja Uber czy iPhone odblokowywany przez odcisk linii papilarnych). Z ciepłem pokazuje również starsze pokolenie, które chce dla syna jak najlepiej, nie wiedząc jednocześnie, jak bardzo go krzywdzą, wymuszając na nim tradycyjne postępowanie. Najpiękniejsze jednak to te motywy, które pokazują, że związek to nie taka łatwa sprawa i że trzeba się cholernie napracować, żeby wszystko zaczęło grać. Nie jest łatwo, ale wysiłek się opłaca gdy ta druga osoba jest tą jedyną.

W tym przyjemnym filmie jest kilka mniejszych zgrzytów (jak choćby różnica wieku między głównymi aktorami i lekka przesada z ilością scen ze stand-upami), ale nie powinny one zepsuć seansu. Bo I tak cię kocham przywraca wiarę nie tylko w komedie romantyczne, ale w poruszające i zabawne kino niezależne dla każdego.

Ocena: 8/10

Reklamy

Zabicie świętego jelenia

the_killing_of_a_sacred_deer_lead

The Killing Of A Sacred Deer

reż. Yorgos Lanthimos

Dwa lata temu powstał nieprawdopodobny związek. Grek Yorgos Lanthimos na nowo odkrył Colina Farrella, który potrafił pozbyć się wizerunku ociężałego umysłowo osiłka grającego w miernych produkcjach. Lobster wyszedł tak dobrze, że panowie spotkali się ponownie. Zabicie świętego jelenia bez roli irlandzkiego aktora wiele by stracił. Jego bohater jest centralną postacią opowieści, której tytuł jest tylko metaforą. W czasie kręcenia filmu nie skrzywdzono żadnego jelenia.

Obraz reżysera Kła jest skonstruowany trochę jak opera z elementami narracyjnymi antycznej tragedii, trochę jak ponadczasowa przypowieść. A tak naprawdę to nietypowy horror, który nie pozwala ochłonąć. Otwiera go muzyczna uwertura, zamyka – coda. Postacie wypowiadają swoje kwestie w dość sztywny i pozbawiony większej ekspresji sposób. Ten element, który Lanthimos przeniósł żywcem ze swoich wczesnych filmów, daje niezwykły efekt. Choć na początku wydaje się, że tylko Steven (Farrell) ma coś nie tak z psychiką, okaże się szybko, że każda z postaci dzieli z nim tą samą przypadłość. Więc trudno powiedzieć, kto naprawdę brzmi na niezrównoważonego, a kto na normalnego: prawdziwe treści ukryte są gdzieś między słowami. A teksty w stylu „nasza córka wczoraj dostała pierwszego okresu”, „pokaż ile masz włosów pod pachami” wypowiadane jak najbardziej poważne wywołują salwy śmiechu.

the_killing_of_a_sacred_deer_02

Akcja skupia się wokół rodziny Stevena, kardiochirurga, męża Anna (Kidman), ojca dwójki dzieci: czternastoletniej Kim (Raffey Cassidy) i dwunastoletniego Boba (Sunny Suljic). Poza wspomnianymi, czasami niekonwencjonalnymi wymianami zdań, jest to raczej normalna, dobrze sytuowana rodzina. Steven jednak wiele czasu spędza z szesnastoletnim Martinem (Barry Keoghan), któremu poświęca dużo uwagi, a nawet kupuje drogie prezenty. Stopniowo wyjaśnia się, że jest on synem pacjenta, który kilka lat temu zmarł Stevenowi na stole operacyjnym. Chirurg czuje, że musi otoczyć nastolatka opieką. Do tego stopnia, że zaprasza go w końcu do domu, by przedstawić swojej rodzinie. Pełne kurtuazji i miłych wymian zdań spotkanie idzie tak dobrze, że chłopak zaprzyjaźnia się z dziećmi Stevena, a szczególnie z Kim. Jego obecność staje się jednak coraz bardziej nieprzewidywalna i zaczyna mocno ingerować w prywatność rodziny lekarza. Po kilku zignorowanych spotkaniach (oraz nieudanej próbie umówienia go na randkę z mamą) Martin grozi Stevowi, że pora wyrównać rachunki. Bob traci władanie w nogach, przestaje jeść. Lekarze są bezradni, nie mogą znaleźć przyczyny stanu jego zdrowia. Z odpowiedzą przychodzi nastolatek – cała rodzina lekarza umrze, jeżeli nie poświęci on jednej nich, by zrównoważyć szkodę, jaką wyrządził jego ojcu. Starotestamentowa zasada „oko za oko” dyktuje warunki zależności pomiędzy nimi.

the_killing_of_a_sacred_deer_-_yorgos_lanthimos

Zabicie świętego jelenia jest artystyczną wariacją na horror, więc brak tu elementów gore, wyskoków, potworów czy zombie. Tu strach wynika z niewiadomego, z nieopisanego, z czegoś, czego nie można wytłumaczyć przy pomocy najnowocześniejszych narzędzi badawczych. Muzyka konsekwentnie buduje klimat, zwiastując coś niedobrego w spotkaniach Steve’a z Martinem. Jej industrialny charakter sprawia, że ciarki chodzą po plecach. Jak przystało na dobry dreszczowiec, nigdy nie wiadomo, gdzie zaprowadzi nas akcja filmu. Ta niepewność sprawia, że w kinie siedzimy jak na szpilkach.

Yorgos Lanthimos nie był by sobą, gdyby w jego produkcji zabrakło fantastycznych, wycyzelowanych zdjęć z kamery, która prawie bezustannie wykonuje delikatny najazd lub odjazd, oraz oczywiście absurdalnego humoru. Mimo, iż śmiech na sali zdarzało się słyszeć dość często, zakończenie wywołało jęk przerażonej widowni. O to chyba chodziło.

Ocena: 9/10

Patti Cake$

patti_cakes_lead

Patti Cake$

reż. Geremy Jasper

Zapomnijcie o Wonder Woman, Atomic Blonde i Czarnej Wdowie. Na dzielni pojawiła się nowa superbohaterka. Lepsza, bo wywodząca się z naszego świata. Głos ludu pracującego, społecznego marginesu, wszystkich walczących o przetrwanie do końca miesiąca, o tych, którzy zrobią wszystko, żeby spełnić swoje marzenia. To Patricia Dombrowski, aka Killa P, aka Patti Cake$. Prawdziwy Eminem w spódnicy, strzelający rymami niczym z karabinu szybciej niż Fokus i Rah. Nowa gwiazda hip-hopu na stówę poderwie was z foteli!

Są takie filmy, po których obejrzeniu po prostu czujemy się lepiej. Które pokazują, że z nawet największego bagna da się wyjść, osuszyć i ruszyć dalej przed siebie. Że nawet w najgorszym doświadczeniu można znaleźć promyk nadziei. Taki właśnie jest Patti Cake$ Geremy’ego Jaspera. Z historią, która w kinie widzieliśmy chyba sto razy. Za to zrobioną z takim sercem, że czuje się, że oglądamy ją pierwszy raz.

patti_cakes_01

Dwudziestokilkuletnia Patti (Danielle MacDonald) jest na pierwszy rzut oka kimś, kto nie może osiągnąć wiele. Pochodzi z biednej części New Jersey, jej rodzina ledwo przędzie, zalegając z rachunkami za opiekę medyczną dla chorującej babci (Cathy Moriarty), a jej mama Barb (Bridget Everett) żyje dniem wczorajszym, rozpamiętując czas, kiedy miała okazję zostać gwiazdą rocka. Pulchna dziewczyna o kręconych, rudych włosach, nie ma wspaniałej figury i urody modelki. Co jednak odróżnia tytułową bohaterkę od innych, to nieprzeciętny talent. Patti może i „składa rymy z rzadka”, ale robi to tak, że buty spadają. Wdając się w bitwę na rymy za stacją benzynową z lokalsami, pokaże, że nie jest tą „dumbo” (czyli głupolem), jak nazywali ją w liceum, ale potrafiącą dopiec swoimi tekstami doświadczonym i pewnym siebie raperom.

Czym byłby jednak talent bez wielkich marzeń. Patti dosłownie odlatuje, kiedy wkłada na uszy słuchawki z muzyką hip-hop, poruszając się „30 centymetrów ponad chodnikami”, aż szara rzeczywistość nie sprowadzi jej na ziemię. W powracającym śnie występuje przed tłumem spijającym słowa z jej ust, w oparach zielonego dymu, zapowiadana przez swojego mistrza i idola, rapera O-Z (Sahr Ngaujah). Wierzy w to, że jej marzenia kiedyś się spełnią. Kiedy się budzi, trzeba wrócić do życia. Problemy z pieniędzmi, smutna okolica, beznadziejna praca, która pozwala związać koniec z końcem, a potem chwila dla siebie. By znów pomarzyć o lepszym życiu, karierze w wielkim mieście, majaczącym na horyzoncie Nowym Jorku, który jest tak blisko, bo widać go z obrzeży jej miasta, a jednocześnie tak daleko. „Masz więcej talentu niż wszyscy ci ludzie razem wzięci” – powtarza jej przyjaciel i partner w muzycznej pasji – Jheri (Siddharth Dhananjay). To on będzie naciskał na dziewczynę, by spróbowali coś nagrać i wysłać to do ulubionej radiostacji. Jak to w tego typu filmach bywa, nic nie będzie takie proste.

patti_cakes_02

Bardzo często porównuje się filmy o drodze do sławy do produkcji o karierze bokserów. Walka bohaterów to nieustanne zmaganie się z przeciwnościami, kilka dobrze wyprowadzonych ciosów, a potem bolesna riposta w twarz. W ostatecznym bilansie liczy się to, żeby po nokautującym ciosie wstać z desek i boksować dalej. W Patti Cake$ zamiast treningów na siłce zobaczymy długie godziny pracy, przerywane pisaniem nowych tekstów. W miejsce sparingów – sesje nagraniowe. Zamiast zaczepek fizycznych – słowne potyczki. W drodze do sukcesu Patti znajdzie kilkoro sprzymierzeńców – jest Jheri, potem dołączy do nich utalentowany producent – Basterd (Mamoudou Athie), a nawet jej babcia! Pierwszy przebój, P.B.N.J., to uśpiony hit, który będzie chodził za wami jeszcze długo po projekcji filmu. Ale będą też problemy. Brak wsparcia ze strony matki, rodzinna tragedia, rozczarowanie pierwszym koncertem, zwątpienie w siebie, zapoczątkowane przez bardzo przypadkowe spotkanie z pewnym muzykiem. Podniesie się, czy nie? W którą stronę zmierza Patti Cake$ to pytanie wyłącznie retoryczne.

Pochodzący z New Jersey Geremy Jasper czuje temat niemal naturalnie. Siłą jego filmu jest umiejętność obserwacji, niemal dokumentalny styl opowieści, z kamerą przyklejoną do bohaterów, nie odstępującą ich na krok. Pozbawione głębi kolorów zdjęcia doskonale oddają przygnębiającą rzeczywistość, w jakiej znajdują się Patti i spółka. Brzydka architektura, ciasne domy, puste parkingi, rudery udające studia nagraniowe, obskurny klub ze striptizem, a w nich przegrani ludzie, kiedyś herosi młodości, dziś robią pizzę albo podają piwo w zapuszczonym barze. Tym bardziej kibicujemy Killa P, by jej się udało. Reżyser, który jest też scenarzystą i kompozytorem piosenek, które usłyszymy w Patti Cake$, kręcił też dobre teledyski w swojej karierze, co wyraźnie widać w stylu muzycznych fragmentów filmu. Gorzej, a może mniej przekonująco, wychodzi mu wplatanie elementów dramatycznych. O ile jeszcze wątek rodzinny ma w sobie smutek, gorycz, ale też wzruszające momenty, to głównie dzięki fantastycznie pracującej obsadzie. Natomiast motyw romantyczny wydaje się być dopisany na siłę, a film wiele by nie stracił, gdyby go nie było.

patti_cakes_03

Dałem się porwać szaleństwu Patti Cake$ od pierwszych minut seansu, zapominając na prawie dwie godziny o bożym świecie. Z kina wyszedłem nucąc hip-hopowe przeboje, z wielkim uśmiechem na twarzy. Jeżeli potrzeba wam pozytywnie nastrajającego tytułu na jesienny wieczór, nie szukajcie dalej.

Ocena: 8/10

TOP 2017

top_2017

„Nadejszła wiekopomna chwila”, czyli przyszła pora na podsumowanie i ranking najlepszych filmów 2017 roku! Nie jestem wielkim fanem wszelkiego rodzaju porównań w świecie kultury, bo niby dlaczego jeden obraz ma być lepszy od innego i jak to wymierzyć. Ale zawsze daję się ponieść! Z jednym zastrzeżeniem – każda taka lista jest bardzo subiektywna, a i tak mam po niej wyrzuty sumienia, że coś się tam nie załapało… I głowa od tego boli.

Jakie było kryterium? Filmy, które we mnie zostały, o których pamiętam bardzo mocno, które wywołują pozytywne dreszcze, gdy o nich myślę. A najważniejsze – które chciałbym zobaczyć jeszcze raz. Życie za krótkie jest, żeby oglądać marne produkcje.

W poniższym zestawieniu znajdują się tylko filmy, które w roku kalendarzowym 2017 trafiły do dystrybucji w Polsce. Nie uwzględniam festiwalowych odkryć i premier z Wielkiej Brytanii. To byłaby trochę inna lista…

Z obejrzanych 106 tytułów wybieram następujące. Najpierw – druga dycha:

11-20:
Elle, reż. Paul Verhoeven
Cmentarz wspaniałości, reż. Apichtapong Weerasethakul
Sieranevada, reż. Cristi Puiu
Capitan Fantastic, reż. Matt Ross
Patti Cake$, reż. Geremy Jasper
Uciekaj, reż. Jordan Peele
Mięso, reż. Julia Ducournau
Zabicie świętego jelenia, reż. Yorgos Lanthimos
Paddington 2, reż. Paul King
Coco, reż. Lee Unkrich, Adrian Molina

I odliczanie:

toivon-tuolla-puolen_01

10. Po tamtej stronie, reż. Aki Kaurismäki

Aki opowiada, bez zbędnego zadęcia i sentymentalizmu, poruszającą historię przyjaźni i braterstwa ponad rasowymi podziałami. Na jednym biegunie stawia organizacje państwowe, które wbrew deklaracjom nie potrafią pomóc potrzebującym. Na drugim – zwykłych obywateli, których poczucie małej wspólnoty jest silniejsze niż uprzedzenia.

null

9. mother!, reż. Darren Aronofsky

Odbiorcy tego filmu wyjdą z kina oczarowani i oświeceni lub zdezorientowani i zirytowani. Dla kina jako sztuki wiadomość to znakomita. Nie ma nic gorszego jak produkcja, która pozostawia widza obojętnym. O mother! dyskutować się będzie jeszcze bardzo długo.

THE SQUARE - RUBEN OSTLUND

8. The Square, reż. Ruben Östlund

Osobny wątek należy się sztuce współczesnej, którą wziął na warsztat Östlund. Chyba nigdy tak głośno nie śmiałem się w kinie z absurdów, które wiążą się wystawami, performansami i ideologią im towarzyszącą. Od kupek gruzu w pustej przestrzeni, które aż proszą się o sprzątnięcie, przez instalację ze skrzypiącymi krzesłami, która jest groteskowym tłem do poważnej rozmowy, po tytułowy „The Square”, który ma być przestrzenią w której ludzie mają brać za drugiego odpowiedzialność, śmiechowi towarzyszą momenty szczerego zażenowania.

toni_erdmann_01

7. Toni Erdmann, reż. Maren Ade

Toni Erdmann pozostawia widzów we wspaniałym, choć melancholijnym nastroju. Reżyserka nie czuła na szczęście potrzeby w sięganiu po melodramatyczne zwroty akcji. Fantastyczni grający aktorzy, którzy zdołali przełożyć na język kina prawdziwe uczucia, zrobili to za nią. A muzyka zespołu The Cure, rozbrzmiewająca podczas napisów końcowych, działa jak katharsis, odkorkowując skupiane przez cały czas projekcji emocje.

p04qh89p

6. A Ghost Story, reż. David Lowery

Czy w tym filmie straszy? Na to pytanie muszę odpowiedzieć twierdząco, ale i zaprzeczyć. Nie, bo tam są przecież takie duchy w prześcieradłach, na które kiedyś polował Scooby Doo, więc nic złego nam nie zrobią. Przeraża jednak co innego: samotność, utrata najbliższych, poczucie przemijania, zarówno w małym, rodzinnym sensie, jak i w bardziej metafizycznym – bo co po nas zostanie, jak już nas nie będzie?

americanhoney_02

5. American Honey, reż. Andrea Arnold

W kinie drogi nie ważne jest gdzie zmierzają bohaterowie, ale podróż sama w sobie. Większość klasycznych filmów kończy się jakąś konkluzją, myślą, uformowanym protagonistą, gotowym podjąć decyzję. W tym przypadku żadna z postaci nie ma złotej odpowiedzi – oni poporostu nie myślą o przyszłości. „Co jest twoim marzeniem?” – pyta jedna z postaci Star. „Nie wiem, nikt nigdy nie zadał mi takiego pytania”. Ta szczera odpowiedz mówi wiele o oczekiwaniach współczesnej młodzieży. O tym, że przestali marzyć, mieszkając w kraju, który jest źródłem powiedzenia „amerykański sen”.


dunkirk_1

4. Dunkierka, reż. Christopher Nolan

Nolan jest mistrzem swojego fachu, doskonale wie, że kino to nie tylko gwiazdy i efekty specjalne. Każdy jego film jest celebracją X Muzy, na którą pracują wszyscy – od aktorów, przez montażystę, operatora i dźwiękowca, po osobę szyjącą kostiumy. Finalny produkt jest czymś wyjątkowym, niezapomnianym, wydarzeniem samym w sobie. I dlatego Dunkierka nie musi trwać trzech godzin, żebyśmy mogli odczuć, że właśnie obejrzeliśmy kawał wyśmienitego kina. Nie musi mieć chwytliwej piosenki, gwiazdy na plakacie, żeby zwabić widzów. Wielu z nich pójdzie do kina, bo wie, że Nolanowi można zaufać. I w tym wypadku wcale się nie pomylicie.


the_florida_project-2_marc_schmidt

3. The Florida Project, reż. Sean Baker

Ten film jest kapitalnym połączeniem lekkiego tonu opowieści, świetnych postaci z wizją gnijącej od środka Ameryki, w której kolorowa fasada stara się ukryć zepsute wnętrze i poważne problemy. Perypetie młodych bohaterów są może zabawne, ale jednocześnie bije od nich smutek. Tutaj nie da się nie myśleć o przyszłości – kim będą te dzieci, kiedy dorosną i czy czeka ich taki sam los jak rodziców?


null

2. Manchester by the Sea, reż. Kenneth Lonergan

Lonergan w tym przejmującym, wielowarstwowym filmie zdaje się pytać, czy postaciom uda mu się kiedyś zabliźnić rany. W poruszającej scenie rozmowy z byłym mężem bohaterka grana przez Michelle Williams mówi: moje serce pękło i tak zostanie na zawsze. Pewnych ran nie da się usunąć. Ale trzeba nauczyć się z nimi żyć – nawet najszczersze słowa nie przyniosą ukojenia, przyszłość ich nie zagoi. Ta gorzka konstatacja ląduje bliżej naszych doświadczeń, niż to się może wydawać.


LLL d 29 _5194.NEF

1. La La Land, reż. Damien Chazelle

Raz na dekadę zdarza się film, który przypomina nam o tym, że kino może być zabawą, bezwstydną rozrywką, cudownym wehikułem, w którym spełniają się najskrytsze marzenia. Film, który wywołuje promienny uśmiech na twarzy, bawi, wzrusza i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Jeżeli zapomnieliście o tym, jak to jest iść na film i zostawić przed salą cały świat, to koniecznie zobaczcie tą produkcję. Gwarantuję, że uśmiech nie zejdzie z waszych twarzy przez ponad dwie godziny. La La Land to nie tylko musical – to piękny hołd dla kina i ponadczasowy klasyk. Czegóż chcieć więcej? Niech gra muzyka!


I co wy na to?

Jeszcze lepszego filmowego 2018 roku!

Jumanji: Przygoda w dżungli

jumanji_lead

Jumanji: Welcome To The Jungle

reż. Jake Kasdan

Po dwudziestu latach powracamy do magicznej gry planszowej, która dosłownie pochłania swoich graczy. Z czasem jednak rzucanie kostkami i przesuwanie pionków wyszło z mody – więc zmieniło się samo Jumanji. Stało się grą komputerową, która ponownie kusi nastolatków. Tym razem w jej świecie wyląduje czwórka uczniów z typowego, amerykańskiego liceum.

Podobnie jak w oryginalnym Jumanji z 1995 roku (tutaj recenzja dla odświeżenia pamięci), wszystko rozpoczyna się od tajemniczego zniknięcia pewnego chłopca ze spokojnej okolicy. Alex uważany jest za zaginionego, co wpływa na całą jego rodzinę. Widownia wie, co się wydarzyło – wciągnięty w grę bohater, niczym w filmie Tron, musi czekać na wybawienie. Które nadejdzie dwie dekady później, kiedy przypadkowa grupka licealistów znajdzie zakurzoną konsolę podczas zajęć pozalekcyjnych.

jumanji_02

Mamy oto czwórkę zupełnie różnych postaci: cheralawego, nieśmiałego nerda Spencera (Alex Wolf), popularnego sportowca Fridge’a (Ser’Darius Blain), zapatrzoną w siebie gwiazdę Instagrama Bethany (Madison Iseman) i niepopularną buntowniczkę Marthę (Morgan Turner). Młodzież zamiast odpracowywać czas „w kozie” zabiera się za grę – i momentalnie przenoszą się do dżungli, przyjmując ciała swoich awatarów z gry. Spencer staje się umięśnionym poszukiwaczem skarbów (Dwayne Johnson), Fridge – jego prawą ręką, niskim zoologiem (Kevin Hart), Martha – seksowną kobietą w stylu Lary Croft (Karen Gillan), a Bethany ląduje w ciele kartografa, otyłego faceta w średnim wieku (Jack Black). Reguły wyjaśnione zostają dość szybko – gracze muszą przywrócić ład w krainie Jumanji, zwracając klejnot Oko Jaguara na swoje miejsce. Złodziejem szlachetnego kamienia jest niejaki John Hardin Van Pelt (Bobby Cannavale), który posiadł dzięki niemu nadprzyrodzone moce władania fauną. Mając do dyspozycji trzy życia, gracze muszą pokonać swoje ograniczenia i słabości, aby w końcu stawić mu czoło.

jumanji_03

Wielu miłośników oryginału (których z biegiem czasu zaczęło przybywać) pewnie oburzy się, że Jumanji: Przygoda w dżungli ma z filmem z Robinem Williamsem niewiele wspólnego. Po części przyznać im trzeba rację, bo z magicznego przenikania dżungli do naszego świata nie zostało nic prócz złowieszczych bębnów. Z drugiej strony docenić trzeba pomysł scenarzystów, by fabułę unowocześnić i dodać jakże chwytliwe motywy z gier komputerowych. W końcu jest to film dla młodych widzów, a popularne kiedyś planszówki przeszły do lamusa. Straciła na tym niestety przewidywalność i napięcie opowieści. Jeżeli kiedykolwiek graliście w jakąś przygodówkę, nietrudno zgadnąć w którą stronę potoczy się akcja, jakie kolejne zadania czekają na bohaterów, którzy używać będą musieli talentów swoich postaci, by doprowadzić grę do końca. Dzięki kilku żywotom do wykorzystania ani przez chwilę nie martwimy się o los protagonistów. Co tu dużo mówić – w kinie dla młodego widza trup nie ściele się gęsto. Brak też poczucia zagrożenia, choć twórcy starają się jak mogą pokazać ludożercze hipopotamy, mściwe nosorożce i pełzające robactwo. Jeżeli cokolwiek dzieci wyniosą z tego seansu, to paniczny strach przed niektórymi zwierzętami. A to chyba mało edukacyjne osiągnięcie jak na tytuł, którego głównym przesłaniem jest właśnie nauczanie. O tym, że musimy pokonywać własne słabości, działać w grupie, nie bać się być sobą. Ta dość łopatologiczna lekcja na szczęście nie kole tak w oko. Dlaczego?

jumanji_01

Prawdziwym błogosławieństwem Jumanji: Przygody w dżungli jest bowiem obsada. Johnson i Hart kolejny raz (po filmie Agent i pół) tworzą wybuchową parę komiczną, naśmiewając się z samych siebie i przerzucając uszczypliwymi tekstami. Tych dwóch aktorów to tacy współcześni Flip i Flap – niby nie robią nic nowego, ale i tak zrywamy boki oglądając ich na ekranie. Jack Black ma prawdziwe pole do popisu jako kobieta w ciele faceta i choć czasem bywa zbyt blisko humoru toaletowego (w końcu Bethany nigdy nie sikała jak facet), aktor unika popadanie w groteskę. Razem z Karen Gillan dbają o ciekawie zarysowaną dynamikę tożsamości płci. Aktorka znana z serialu Doctor Who doskonale wciela się w chłopczycę, która za nic ma swój powalający na kolana wygląd i długie do nieba nogi. Koniec końców to nie wygląd, ale odwaga, talent i zaufanie wygrają bohaterom niejedną bitwę.

Mimo faktu, że Jumanji: Przygoda w dżungli trafia do dystrybucji tylko z polskim dubbingiem, spokojnie mogę polecić ten film całym rodzinom. Ci młodsi widzowie docenią przygodową część, natomiast do starszych powinna przemówić strona komediowa. Nieodzowne porównania do oryginału udało się twórcom obejść fortelem, zmieniając całkiem zasady gry – dosłownie i w przenośni. Choć umieszczony w fabule hołd dla postaci granej przez Robina Williamsa jest miłym akcentem, mam wrażenie, że film zyskałby więcej wolności, gdyby wyszedł z cienia Jumanji i zaistniał jako zupełnie niezależny tytuł.

Ocena: 6/10

Paddington 2

paddington_2_01

Paddington 2

reż. Paul King

Nie dajcie się zwieść jego niewinnemu wyglądowi i sympatycznemu ryjkowi. Niedźwiadek Paddington to postać niezwykle potężna, mimo niezbyt pokaźnego wzrostu – przynajmniej w Wielkiej Brytanii. Nie dość, że druga część jego przygód była przez trzy tygodnie na szczycie box officu, to jeszcze wpłynęła na inne filmy. Disney w Zjednoczonym Królestwie zdecydował się przenieść premierę animacji Coco z listopada na styczeń, żeby nie konkurować o widzów z uwielbiającym kanapki z marmoladą misiem. I wiedzieli co robią. Paddington 2 zalicza się bowiem do grupy nielicznych sequelów, które przebijają oryginał. Przygotujcie się zatem na jeden z najlepszych tytułów kończącego się właśnie roku, który wywróci wasze podsumowania do góry nogami.

paddington_2_lead2

Tytułowy niedźwiadek (w wersji oryginalnej głosu użycza Ben Whishaw) zaaklimatyzował się już w Anglii, mieszka razem z rodziną Brownów w Londynie. Bohater stał się prawdziwym celebrytą okolicy. Znają go wszyscy, a jego pozytywna energia oraz dobroduszność udzielają się każdemu. W jednej z pierwszych sekwencji filmu widzimy zresztą, jak wspaniale funkcjonuje on w tej społeczności, wydobywając z napotkanych osób pozytywne cechy. Podczas poszukiwań podarku dla leciwej ciotki Lucy, która zawsze marzyła o przyjeździe do Londynu, ale nigdy się jej nie udało, Paddington znajduje prezent idealny. W sklepie ze starociami pana Grubera (Jim Broadbent) jest książka o Londynie z rozkładanymi obrazkami, piękna i unikalna, a jednocześnie bardzo droga. Niedźwiadek zaczyna imać się przeróżnych prac, żeby odłożyć pieniądze na jej zakup. Nie zdaje sobie sprawy z faktu, że książką zainteresowany jest również podupadły aktor Phoenix Buchanan (Hugh Grant). Jego powody są jednak zupełnie inne. Miś wplątany zostanie w przestępstwo, którego nie popełnił i trafi za kratki. Brownowie (Sally Hawkins i Hugh Bonneville) będą za wszelką cenę starali się oczyścić jego imię.

JM4_0371.NEF

Pierwsza część przygód Paddingtona skupiała się na dychotomii swój – obcy. Pochodzący z Peru miś pojawił się w Londynie jak grom z jasnego nieba i był swoistym ewenementem. Tocząca się w wielu krajach dyskusja o emigrantach i uchodźcach sprawiła, że film ten był niezwykle na czasie, ale jednocześnie stał się odrobinę zbyt dydaktyczny. W drugiej części balans pomiędzy przesłaniem opowieści i nienachalną treścią w postaci czystej zabawy wyważony został znakomicie. Bo Paddington 2 mówi o wielu rzeczach, ale robi to tak cudownie lekko, że odbiera się je bardzo naturalnie. Powraca strach przed obcymi, których najłatwiej obwinić za popełnione przestępstwo. Uosobieniem tego wątku jest podejrzliwy pan Curry (świetny Peter Capaldi), czyli Brexit z krwi i kości. Równie mocne są wszelkie motywy o sile rodziny, jedności, wspólnego działania i pluralizmu kulturowego – będzie to zorganizowane śledztwo rodzinne, wsparcie sąsiadów czy brawurowa ucieczka z więzienia. Wszelkie zindywidualizowane próby działania, bogacenia się kosztem innych, zostają potępione. Najbardziej poruszający jest wątek z ciocią Lucy – to piękna opowieść o tęsknocie, rozłące oraz poczuciu zbliżającego się końca życia. Podana tak wspaniale, że pod koniec projekcji miałem łzy w oczach. No dobrze, łzy były słodkie niczym marmolada, ale to jedyny zarzut, jaki mogę wystosować do tej produkcji. Bo akcja prze naprzód, a nastoje zmieniają się jak w kalejdoskopie – jest to przecież film przygodowy. Tu ktoś prowadzi śledztwo, tam ktoś szuka skarbu, a jeszcze gdzie indziej ktoś próbuje przetrwać w ekstremalnej sytuacji.

paddington_2_02

Żaden z powyższych argumentów nie miałby jednak większego znaczenia, gdyby nie wizualna strona filmu Paula Kinga. O wielu produkcjach dla dzieci mówi się, że mają w sobie ukryte przesłania dla dorosłych. Paddington 2jest ich nieskończoną kopalnią, a siła wyobraźni tego obrazu, pomysłowość, lekkość i bezpretensjonalność sprawiają, że jest to zaiste tytuł dla całej rodziny. Slapstikowe przygody niedźwiadka szorującego okna albo przeciskającego się przez więzienne machiny żywcem wyjęty jest z filmów Bustera Keatona, Harolda Lloyda czy Charliego Chaplina. Sekwencję w więzieniu zresztą uznać można za małe arcydzieło, które reżyserować mógłyby Wes Anderson. Przerysowane do potęgi postacie, z fantastycznym Brendanem Gleesonem na czele, tworzą cudowny gang odmieńców, z którymi zaprzyjaźnić chciałby się chyba każdy. Do tego zobaczymy również mapę do skarbu ukrytą w książce, szaloną ucieczkę balonem zrobionym z prześcieradeł, czerwoną skarpetkę farbującą górę prania na kolor różowy, ożywające na ekranie karty książki, szaleńczy pościg na psie, pasję do pociągów będącą kołem ratunkowym w kryzysowej sytuacji… Mógłbym tak opowiadać, scena po scenie, żeby przekonać was do tej magii. W tym wypadku musicie o niej przekonać się sami.

paddington_2_04

Paddington, który pojawił się najpierw na kartach książki Michaela Bonda ponad pół wieku temu, to niedźwiadek na wskroś brytyjski, taki odpowiednik naszego Uszatka. Dlatego nie dziwi fakt, że film ten jest przesiąknięty Wielką Brytanią do najdrobniejszego detalu, od namiętnie pitej herbaty, przez ikoniczne miejsca, po praktycznie całą obsadę. Na swój sposób Paddington 2 jest socjalistyczną utopią, gdzie Londyn jest miastem, w którym na kosztujący miliony dom w prawie samym centrum miasta pozwolić sobie może przeciętnie zarabiająca rodzina, pociągi na parę wcale nie zatruwają powietrza, a więzienia wypełniają złoczyńcy o złotych sercach. To wyidealizowana wizja miasta, w którym najlepsze elementy z przeszłości i teraźniejszości istnieją symultanicznie. Warto dodać, że na szczególną uwagę zasługuje Hugh Grant, którego campowa postać jest prawdziwą wisienką na torcie tego filmu. Aktor nie tylko wyśmienicie sprawdza się w roli złoczyńcy – aktora polującego na skarb, by sfinansować swoje „przedstawienie jednego aktora” na West Endzie. To także prawdziwie autoironiczna, samoświadoma kreacja, która być może zwiastuje nową erę w karierze Granta.

Gdyby ktoś zapytał mnie przed seansem, czy warto wybrać się na Paddingtona 2, pewnie odpowiedziałbym, że niekoniecznie. Po zobaczeniu tego filmu biję się w pierś i obwieszczam wszem i wobec – to absolutne arcydzieło kina familijnego, które trzeba zobaczyć!

Ocena: 9/10

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi

skynews-sar-wars-last-jedi_4179949

Star Wars: The Last Jedi

reż. Rian Johnson

Robi się z tego mała tradycja. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, a w kinach pojawia się kolejna część sagi Gwiezdnych Wojen. Tym razem wracamy do głównej opowieści – z rycerzami Jedi, Lukiem Skywalkerem i ciemną stroną mocy. Ci, którzy zawiedzeni byli Łotrem 1 (zupełnie nie wiedzieć, dlaczego), teraz powinni zostać usatysfakcjonowani. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi to naszpikowany akcją, humorem i emocjami blockbuster, który pozwoli wam pokochać stworzoną przez George’a Lucasa historię jeszcze bardziej. Jeżeli wyjdziecie z pokazu nucąc nieśmiertelny motyw przewodni, a ze znajomymi zaczniecie się pojedynkować na niewidoczne miecze świetlne, to znaczy, że reżyser Rian Johnson osiągnął zamierzony efekt.

null

Nie wypada sypać spojlerami, szczególnie jeżeli film nie trafił jeszcze do kin, więc o fabule będzie niewiele. Mogę zdradzić to, co wiemy, z trailerów – ciemna strona toczy nieustanną walkę o dusze naszych młodych bohaterów. Z jednej strony jest Rey (Daisy Ridley), która odnalazła Skywalkera (Mark Hamil) chowającego się przed światem i chce u niego pobierać lekcje. Z drugiej – Kylo Ren (Adam Driver), syn Lei (Carrie Fisher) i Hana Solo, który odpowiada przed samym Głównodowodzący Snoke’iem (Andy Serkis). Oprócz tego, że dowiemy się, jak to się stało, że Kylo przeszedł na pod skrzydła dowódcy Nowego Porządku, poznamy też tajemnicze siły wyspy, na której żyje Luke oraz spotkamy pewną kultową postać. W najważniejszej, mitologicznej narracji walki dobra ze złem właściwie nic się nie zmienia. Są chwile zwątpienia, słabości ale jest też nadzieja. Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi to prawdziwy rollercoaster emocji – bo choć podskórnie wiemy, że dobro wygra, momentami jest bardzo mrocznie.

star-wars-last-jedi-ep8-ff-000041

Co do osi fabularnej samego filmu, jest tu kilka mielizn i szczególnie pierwsza część widowiska, po fenomenalnej scenie batalii w kosmosie, kuleje. Jej zadaniem jest ustawienie wszystkich postaci w odpowiednim miejscu, kiedy nadejdzie oczekiwany finał. I choć spełnia ona ten cel, to robi to odrobinę pokracznie. Chodzi głównie o misję Finna (John Boyega), która z góry skazana jest na porażkę, oraz przydługawy pobyt Rey na wyspie z Lukiem. Pierwsza z tych sekwencji przedstawia nowe postacie do uniwersum (Benicio del Toro jako DJ oraz Kelly Marie Tran jako Rose), jest głównie fajerwerkiem, gdzie dominuje akcja i efekty specjalne, a nie jakaś większa myśl. Druga ma pomóc nam zrozumieć bohaterów, ale jest przydługa i miejscami łopatologiczna. Także Daisy Ridley wypada w niej blado pod względem aktorskim – Mark Hamil mógłby uczyć młodą aktorkę nie tylko posługiwania się mieczem świetlnym. Czas na statku, uciekającym przed flotą Nowego Porządku, marnuje też Poe Dameron (Oscar Isaac) – miota się jak dziki pomiędzy dowódcami i jego gorąca głowa szybko przysporzy mu kłopotów. Akcja i walka, które są domeną tej postaci, zostały sprowadzone raptem do dwóch sekwencji. Być może scenarzyści mają dla niego większe plany, bo przecież lekcje dowodzenia pobiera od samej księżniczki Lei. Szkoda również ciekawej postaci granej przez Laurę Dern – admirał Amilyn Holdo ma odegrać ważną rolę, ale jej pojawienie się jest dość symboliczne.

98247479_ep8-ff-005224

Zaglądając na ciemną stronę mocy – tam jest ciekawiej, a na pewno bywa bardzo zabawnie: kilka scen z Generałem Huxem (Domhnall Gleeson) jest kapitalnych. Ta postać zyskuje na znaczeniu, urasta do jednego z ulubieńców Snoke’a, z którym rywalizuje Kylo Ren. Adam Driver świetnie odnajduje w sobie mrok tej postaci: frustrację, niezrozumienie, ale też sprzeczne emocje. Choć lwią część filmu spędza na snuciu się po statku kosmicznym, czasem bez koszulki (kolejna komiczna scena), to rozbudowany finał przyniesie jego pięć minut. Nie wiem zresztą do końca, kto jest ważniejszą i ciekawszą postacią w tej produkcji – prostolinijna Rey czy skomplikowany i pełen niuansów Kylo. Patrząc na klasykę Gwiezdnych Wojen nie trudno się domyśleć, że Ren ma być nowym Vaderem. I w tej części genialnie to zadanie spełnia. Snoke pojawi się w końcu we własnej osobie, a nie jako hologram i pokaże jak potężnym jest złoczyńcom.

EP8-FF-000877.JPG

Przy dwóch i pół godzinie trwania filmu, twórcy nie pozwolili nam zapomnieć o innych naszych ulubieńcach: pojawiają się BB-8, Choobacca, R2-D2 i C-3PO. Do tego jakieś nowe potworki, które ładnie będą wyglądały jako maskotki – jakieś ptaki nielotne oraz przemarznięte liski z soplami lodu. Jedne, to film dla dzieci, ale także dla miłośników klasycznej trylogii, więc każdy musi być zadowolony. Niestety, przy tak szerokiej obsadzie i tylu wątkach, marnie wyszło trzymanie widzów w napięciu przez pierwszą godzinę. Porozrzucanie bohaterów po różnych miejscach spowodowało też mały bajzlik. A dopiero finałowa batalia, podzielona na dwa akty, sowicie to wynagradza.

Za wcześnie powiedzieć, czy Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi przejdą do żelaznego kanonu sagi Star Wars. Fani docenią pewnie klasyczne postacie, ale kontrowersyjne wydać się może potraktowanie niektórych bohaterów. Przeciętny widz może czuć się z leksza zagubiony w tym, kto z kim i kiedy, bo natłok postaci i zależności między nimi robi się przytłaczający. Natomiast miłośnicy dobrej, wizualnie dopracowanej rozrywki, powinni być zachwyceni. W końcu to film dla każdego – kolejny kandydat do śrubowania nowych rekordów w sprzedaży biletów w kinach.

Ocena: 8/10

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi w kinach od 14 grudnia

Wojna płci

battle_of_the_sexes_lead

Battle Of The Sexes

reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris

Tytuł nawiązuje do legendarnego meczu tenisa, który w latach siedemdziesiątych rozegrali ze sobą najlepsza tenisistka świata, Billie Jean King, oraz będący na sportowej emeryturze Bobby Riggs, były triumfator Wimbledonu, a potem nałogowy hazardzista. Pretekstem do niego był protest sportsmenek, które stworzyły własną organizację tenisową jako sprzeciw do nierównego nagradzania kobiet w stosunku do mężczyzn. Czterdzieści lat później dyskusja jest nadal aktualna.

61st BFI London Film Festival - Headline Galas, Strand Galas and Special Presentations

King (fenomenalna Emma Stone) jest światowym numerem jeden w świecie tenisa, przyciąga na korty tyle samo ludzi, co mężczyźni, ale jako nagrodę za zwycięstwo w turnieju otrzymuje trzynaście razy mniej. Pertraktacja z szefem organizacji tenisowej (Bill Pullman) spełzają na niczym, bo według niego słabsze kobiety oferują mniej atrakcyjny sport. Billy Jean zbiera koleżanki i zakłada własną organizację – WTA, znajdują sponsora dzięki zaradnej menadżerce (Sarah Silverman) i rozpoczynają udane tournee po Stanach Zjednoczonych. Mamy więc z jednej strony walkę o równouprawnienie, ale na marginesie też rewolucję seksualną. King zaczyna romans z fryzjerką Marilyn (Andrea Riseborough), mimo iż sama jest w związku małżeńskim (Austin Stowell). Po drugiej stronie barykady jest Riggs (Steve Carell), żyjący pod pantoflem bogatej i wpływowej żony (Elisabeth Shue), borykając się z uzależnieniem od hazardu. Tak przynajmniej widzi to otoczenie, on sam postrzega siebie jako zwycięzcę, a nie pozbawionego kasy obdartusa. Pomysł na rozegranie meczu pojawia się podczas rozmowy z kolegami, a Bobby widzi w tym nie tylko możliwość zarobienia niezłego grosza, ale też świetnej promocji. Zaczyna więc wygłaszać tyrady o wyższości mężczyzn nad kobietami, skazując je na pracę w kuchni, a nie grę w tenisa. Pajacuje na korcie z patelnią i przebrany za pasterkę. Ta postawa przysparza mu tyluż wrogów, co sympatyków, a o „wojnie płci” zaczynają mówić najbardziej wpływowe media. Kiedy King odrzuca propozycję pojedynku, Riggs zwraca się do kolejnej tenisistki.

61st BFI London Film Festival - Headline Galas, Strand Galas and Special Presentations

Wojna płci to kapitalnie zrealizowane kino, które ogląda się przyjemnie, wywołuje śmiech i łzy wzruszenia, a przy okazji porusza kilka ważnych kwestii. Aktorzy w głównych rolach nie zawodzą. Walka kobiet o równouprawnienie nie tylko w formie równej płacy, ale też traktowania ich poważnie w wypowiedziach, które są w najlepszym wypadku lekceważące i pobłażliwe, w najgorszym – seksistowskie i mizoginiczne. Seksualna orientacja powoli przestaje być tabu, a kolejne osoby zabierają głos w sprawie praw mniejszości seksualnych. Film pokazuje też początki zawodowego tenisa jaki znamy dziś, z kosmicznymi gażami i międzynarodową sławą. Wszystkie te tematy pozostają ciągle aktualne, a w kwestii równouprawnienia w świecie filmu jest jeszcze wiele do zrobienia. Doskonale się zatem złożyło, że za reżyserię odpowiadają kobieta i mężczyzna (twórcy oscarowej Małej Miss). To się nazywa równość!

Ocena: 7/10

Kobieta, która odeszła

the_woman_who_left_1

Ang babaeng humayo / The Woman Who Left 

reż. Lav Diaz

Filipiński reżyser ma u mnie bezgraniczny kredyt zaufania po tym, jak powalił mnie doskonałym Norte. Koniec Historii. Od tego czasu staram się nie przegapić jego żadnego filmu – a nie jest to łatwe, bo jego produkcje trafiają tylko i wyłącznie na festiwale filmowe. Diaz tworzy dzieła oderwane zupełnie od tego, czym jest kino popularne, a nawet na poły komercyjne kino niezależne. Jego filmy trwają nawet kilkanaście godzin – proszę mi pokazać kogoś, kto bez zastanowienia da radę zmierzyć się taką epickością (mnie się udało, osiem godzin…). I nie jest to kino łatwe do oglądania – długie ujęcia, powoli rozwijająca się akcja, brak muzyki ilustracyjnej. Często żartuję, że Diaz chce oszczędzać i nie płaci nikomu za montaż. Trochę jest w tym prawdy, bo zazwyczaj skleja swoje filmy, a oprócz reżyserii jest też operatorem.

Kobieta, ktora odeszla (The Woman Who Left) (6)

Obraz Kobieta, która odeszła zupełnie niespodziewanie zdobył główną nagrodę na festiwalu w Wenecji w 2013 roku. Strasznie mnie to ucieszyło, bo jest to produkcja niebanalna, a zarazem jak na Diaza bardzo łatwo przyswajalna. Mimo, iż trwa prawie cztery godziny, ogląda się go z wielką ciekawością. Bohaterką jest była nauczycielka – Horacia (Charo Santos-Concio), która po trzydziestu latach opuszcza więzienie, w którym przebywała za popełnione przez kogoś innego zbrodnie. Kobieta ma za sobą lata odsiadki i pozornie tylko wygląda na bezbronną staruszkę. Ma złote serce, pomaga innym (bezdomni, prostytutka), przemierza lokalne slumsy – wszystko to w poszukiwaniu zemsty. Jej druga twarz to właśnie zdeterminowana, harda kobieta, z którą nie warto zadzierać. Bohaterka pragnie odnaleźć niejakiego Rodrigo, byłego kochanka, który jest winny jej odsiadki.

Kobieta, ktora odeszla (The Woman Who Left) (9)

Motywy zbrodni, kary i zemsty często powraca w filmach Diaza. Tutaj są one częścią większego obrazu – zadumy nad ludzkim losem, przypadkiem decydującym o dalszym życiu oraz samotnością. Kobieta, która odeszła to film niezwykle smutny, zanurzony w dosłownie (ze względu na czarno-białe zdjęcia) szarej rzeczywistości, którą jakiekolwiek siły metafizyczne zostawiły na boku. Świat ten zdaje się istnieć na marginesie głównej narracji, która podają media (śmierć księżnej Diany, Matki Teresy). W nim małe i z pozoru błahe dramaty, urastają do prawdziwych epopei. Diaz wspaniale przygląda się tym ludziom i codziennej heroicznej walce o przetrwanie. Kryjące się pod pozornym brakiem akcji emocje zaczynają stopniowo dochodzić do głosu, a droga tytułowej postaci urasta do filozoficznej przypowieści. Wszystko to bez zadęcia, pretensjonalności, popadania w moralizatorstwo. Tak opowiadać potrafią prawdziwi mistrzowie.

Nie spodziewam się, że ten film zarobi ogromne pieniądze, bo nie jest to ani Botoks, ani Blade Runner. Mam jednak nadzieję, że fani kina niebanalnego, wymagającego, podejmą wyzwanie i dadzą się zaprosić Diazowi na prawie czterogodzinną wizytę na Filipinach. Bądźcie cierpliwi, a ten niezwykły film wam to na pewno wynagrodzi.

Ocena: 8//10

Pełną listę kin, w których zobaczyć można film Kobieta, która odeszła znajdziecie tutaj:

https://www.nowehoryzonty.pl/akt.do?r=enh&id=5194

Good Time

good_time_lead

Good Time

reż. Benny i Josh Safdie

Robert Pattinson od kilku lat ciężko pracuje, żeby pozbyć się kochanego przez nastolatki wizerunku seksownego wampira. Angażuje się w filmy ambitnych reżyserów, jak choćby Davida Cronenberga, albo bierze nieoczywiste role, jak ta opóźnionego umysłowo bohatera w post-apokaliptycznym dramacie Rover. Nigdy nie był jednak tak blisko wymazania stygmatu Edwarda jak teraz. Good Time może być jego najlepszą rolą w karierze.

Benny i Josh Safdie nie mogli być dalej świata blichtru, który reprezentuje Pattinson. Ich filmy skupiają się na brudnych ulicach ameryki, wyrzutkach społecznych, ćpunach, dealerach narkotyków, osobach upośledzonych umysłowo i fizycznie. Bóg wie co, ich poprzedni film, który zdobył spory rozgłos w światku festiwali filmowych, jest nieprzyjemny do oglądania nie tylko przez naturalistyczny sposób filmowania, ale przez brud i syf ziejący z ekranu. W Good Time nie zmienili się tak bardzo, a hollywoodzki aktor czuje się u nich jak ryba w wodzie.

good_time_01

Film jest mieszanką kina gatunku, a dokładniej thrillera, z uważnymi obserwacjami społecznymi. Bohaterami są bracia Connie (Pattinson) i Nicky (Benny Safdie). Ten drugi jest upośledzony umysłowo, nosi aparat słuchowy i właśnie przechodzi terapię po wybuchu agresji w stosunku do babci, z którą mieszka. Z terapii zabiera go Connie, równie agresywny co jego brat, z planem obrabowania banku. Dwóch mężczyzn w maskach podaje kasjerce kartkę z żądaniem pieniędzy. Ta scena, równie ekscytująca co zabawna, jest jedynym elementem planu Conniego, który zrealizowany zostanie bez większych problemów. Za chwilę rozpocznie się chaos – w torbie z pieniędzmi eksploduje farba znacząca banknoty, kierowca rozbija samochód z pasażerami, którzy uciekać muszą na pieszo. Nicky nie nadąży za bratem i zostanie schwytany przez policję. Przez resztę filmu ten drugi starał będzie się naprawić swój błąd, popełniając kolejne tragiczne pomyłki i podejmując złe decyzje.

good_time_02

Good Time nie daje nam odetchnąć ani na chwilę. Kamera skacze od szerokich planów w mastershotach po niemalże klaustrofobiczne zbliżenia, w których widać każdy por na twarzy bohaterów i ich pożółkłe, zniszczone zęby. Z długich szpitalnych korytarzy płynnie przechodzimy do brudnych, zagraconych mieszkań, celi więziennej czy lunaparku, w którym rozegra się kluczowa scena filmu. Twórcy pokazują zdeterminowanych ludzi, żyjących poza głównym nurtem społeczeństwa. Nie ma w tym obrazie ani krzty fałszu. Napędzany przez głośną, elektroniczną ścieżkę dźwiękową montaż, potęguje jeszcze wrażenie pilności i uciekającego czasu. Najważniejsze jednak, że reżyserzy nie zostawiają bohaterów samych sobie i ich film jest tak samo napędzany przez akcję, jak przez postaci. Miłość braterska, trudna przeszłość (której możemy się tylko domyślać), sprawiają, że Connie czuje się za Nicka odpowiedzialny i zrobi dla niego wszystko. Pattinson ani przez chwilę nie pozostawia wątpliwości, że motywacja i determinacja jego postaci jest jasna. Od jego ogorzałej, nieogolonej, brudnej twarzy nie można oderwać wzroku. Warto dodać, że w epizodycznych rolach pojawiają się Jennifer Jason Leigh i Barkhad Abdi (terrorysta z Kapitana Phillipsa).

Lokomotywa braci Safdie porwała najpierw Cannes i przetacza się przez kolejne festiwale filmowe. Ten portretujący mało elegancki wycinek Ameryki film przypadnie do gustu nie tylko fankom talentu Pattinsona.

Ocena: 9/10

Inxeba. Zakazana ścieżka

null

The Wound

reż. John Tengrove

Debiutancki film Johna Tengrove porusza dobrze zbadane przez kino tematy zakazanej miłości, odrzucenia i buntu. Reżyser unika na szczęście łatwych rozwiązań fabularnych, a przez osadzenie akcji w egzotycznych realiach, wzmaga zainteresowanie widza. Inxeba. Zakazana ścieżka to prawdziwy szybkowar emocji, w którym pod szczelnie zamkniętą przykrywką stopniowo kotłuje się cała plejada uczuć.

null

Akcja filmu rozgrywa się w Republice Południowej Afryki, w której zakątkach ciągle praktykuje się rytuał zwany Ukwaluka. Przechodzą go nastoletni, czarnoskórzy chłopcy ze społeczności Khosa, stający się mężczyznami. Ten przez lata utrzymywany w tajemnicy obrządek, opisany dopiero w autobiografii przez Nelsona Mandelę, jest kontrowersyjny ze względu na stosowane przez starszyznę mało higieniczne zabiegi. (Na marginesie wspomnę, że kilka lat temu kilkanaścioro młodych ludzi zmarło właśnie przez infekcję, której nabawili się w czasie inicjacji i następujących po niej rytuałów). Naszym przewodnikiem po tym świecie jest małomówny Xolani (Nakhane Touré). Trzydziestoletni mężczyzna pracuje na co dzień w Johannesburgu, ale raz do roku wraca w rodzinne strony, by zająć się kolejnymi grupami młodzieńców, którzy często pod naciskiem rodziców poddają się rytualnemu zabiegowi obrzezania. Wysmarowani na biało, ubrani w tradycyjne szaty chłopcy będą musieli poddać się tygodniowej głodówce oraz serii testów, zalecanych przez starszyznę. Xolani, na prośbę jednego z ojców, otoczy opieką jednego nowicjusza – Kwandę (Niza Jay Ncoyini). Dla pochodzącego z bogatej rodziny, mieszkającego w dużym mieście nastolatka, który przesiąkł kulturą Zachodu, cała inicjacja jest niepotrzebnym zabobonem. Wyszydzany oraz odrzucony przez resztę grupy Kwanda ma jednego sojusznika w postaci swojego mentora. Ten jednak przyjeżdża w rodzinne strony nie tylko po to, aby dzielić się swoją wiedzą z młodymi. To pretekst do spotkań z Viją (Bongile Mantsai), przyjacielem z dzieciństwa, ale również kochankiem. Mężczyźni ukrywają swoją zakazaną relację przed innymi, ale bystry Kwanda zaczyna coś podejrzewać.

null

Historia rozgrywa się przed oczyma widza stopniowo, budując skomplikowane relacje między bohaterami, którzy jak ognia unikają słów i deklaracji. Czy Vija, uosobienie męskości, popularny i lubiany facet, który skrywa skrzętnie swoje drugie oblicze, jest szczęśliwy jako mąż i ojciec trzech córek? O jakich „zachowaniach i spotkaniach z chłopakami” Kwandy mówił jego ojciec? Czy Xolani wraca w góry, by znaleźć coś więcej, niż przygodny seks? W owych niedopowiedzeniach tkwi siła obrazu, a jakiekolwiek wygłaszanie przemów, czy też próba nawigowania uczuciami (głównie ze strony Kwandy) wypadają trochę sztucznie. Na szczęście w fantastycznej grze aktorów widać szczerość, zaangażowanie i pełną gamę emocji, wyrażanych w gestach i spojrzeniach. Kamera zmienia perspektywę z niezwykle bliskich, intymnych zbliżeń, do niemalże panoramicznych ujęć postaci zanurzonych w dzikiej przyrodzie. Nigdy nie jesteśmy zbyt daleko od całej sytuacji, cały czas czujemy się jej częścią. Operator unika jak ognia epatowania dosłownością, zarówno w zaciskającej mimowolnie uda widza sekwencji obrzezania, jak i w scenach zbliżeń między bohaterami.

inxeba_02

Inxeba. Zakazana ścieżka podejmuje odważną dyskusję o miejscu naznaczonej tradycją, zmaskulinizowanej wizji społeczeństwa we współczesnym, zróżnicowanym świecie. Badając granice między tradycją a nowoczesnością, reżyser nie osądza, nie podaje swojego punktu widzenia, ale pozwala nam obserwować i wyciągać wnioski. Widzimy, że tradycja potrafi być siłą destrukcyjną, ale jest również ważnym spoiwem, kulturowym wyróżnikiem tego plemienia. Kwanda jest wyrazicielem poglądów postępu, kwestionuje głośno zasady rytuału, narażając się na szykany ze strony innych. Jego rola buntownika zostaje kilka razy zrewidowana, jest też punktem zapalnym do kolejnych napięć i nerwowości pomiędzy mentorami. Chłopak staje się też kością niezgody pomiędzy Viją i Xolanim, rozpoczyna igraszkę z czymś, z czego siły nie do końca zdaje sobie sprawę. Jest to siła kultury, obrzędu przekazywanego przez pokolenia, piętnującego wszelkie wynaturzenia, pozostawiającego silniejsze znamię niż zadana przez tępy kozik rana. W owej społeczności wygrywa ona z miłością, wolnością i przyjaźnią.

John Tengrove ze swoim filmem wpisuje się w tematy poruszane choćby w klasycznej już Tajemnicy Brokeback Mountain, czy widzianym niedawno w kinach Pięknym kraju. Surowa siła i nieprzewidywalność Inxeba. Zakazana ścieżka sprawiają, że mamy do czynienia z unikalną, bardzo interesującą produkcją.

Ocena: 8/10

Łagodna

lagodna_lead

Krotkaya

reż. Sergiej Łoźnica

Dewiza „im mniej, tym więcej” powinna zostać wytatuowana na rękach niektórych reżyserów. W kolejce po taką dziarę stanąć powinien Sergiej Łoźnica (We mgle, Serce ty moje), białoruski twórca, któremu sławę przyniosły kapitalne dokumenty. Niestety, w filmach fabularnych pozwala sobie na dużo i jednym posunięciem unieważnia efekt, który budował przez dwie godziny. Dokładnie tak streścić można Łagodną, trwający ponad sto czterdzieści minut neorealistyczny dramat, dziejący się we współczesnej Rosji.

lagodna_01

Bezimienna bohaterka (znakomita Wasilina Makowcewa) to drobna, samotna kobieta o smutnym wyrazie twarzy. Obserwujemy jej codzienną rutynę, pracę, towarzyszy podróży w autobusach, na poczcie, a potem wyprawę, którą spowoduje paczka, która wróciła do nadawczyni. Jej odbiorcą miał być jej mąż, odsiadujący wyrok z syberyjskim więzieniu. Zmartwiona o jego los kobieta pakuje się i wsiada do pociągu jadącego na wschód. Trafia do miejscowości, w której są tylko dwa punkty orientacyjne: więzienie i hotel, a miastem rządzi mafia, trzymająca w ręku wszystko – od policji, przez prostytucję, po strażników w więzieniach. Bohaterka przemierza posłusznie kolejne kręgi piekła, zderza się z absurdami, obojętnością, a nawet z ostentacyjną wrogością. Jak ktoś tak „maluczki” jak ona śmie kwestionować system, zadawać pytania? Przyjazd do miasta-więzienia okazał się łatwy – opuszczenie go z jakąkolwiek odpowiedzią wydaje się jednak syzyfowym wysiłkiem.

lagodna_02

Łoźnica, razem z operatorem Olgiem Mutu (autor zdjęć do Zjednoczonych stanów miłości), używa długich ujęć i przemyślanie skomponowanych kadrów, które zawsze wypełniają trudne do zapomnienia twarze, by ukazać podróż przez Rosję jako współczesną Odyseję. Przaśność i unikalny koloryt tego kraju i jego mieszkańców, żyjących w oparach papierosów i wódki, został oddany znakomicie. Długie sekwencje podróży w autobusach, pociągu, w samochodach, zakrapianych imprez,kolejek w więzieniu, są oniryczne i realistyczne zarazem, wciągają i przykuwają wzrok do ekranu. Milcząca i zgadzająca się na wszystko bohaterka jest idealnym człowiekiem rosyjskim, pochylającym głowę przed rozzłoszczonym urzędnikiem, spuszczającym wzrok na widok policjanta, całującym w rękę człowieka mafii, milczącym wobec mizoginicznych komentarzy.

lagodna_04

Rosja, którą widzimy w Łagodnej, nie ma nic wspólnego z takimi miastami jak Moskwa czy Petersburg. To ich peryferia, zabite dechami dziury, w których czas się zatrzymał. Gdyby nie fakt, że bohaterowie używają telefonów komórkowych, akcja tego filmu mogłaby się dziać zarówno w czasie rządów Stalina, jak i Gorbaczowa. Łoźnica pokazuje, że komunistyczna mentalność tkwi tak bardzo w narodzie, że nie zmieni ją tylko i wyłącznie podmiana flagi czy nazwa kraju. Tragikomiczny, momentami depresyjny obraz ogląda się jak połączenie późnych komedii Stanisława Bareji z naturalistycznymi dramami Wojtka Smarzowskiego. Jednak ciągnące się niemalże bez końca sekwencje zaczynają mimowolnie nużyć. I kiedy już, podczas sceny z grą w butelkę, nasze wnętrzności zaczynają się przewracać, reżyser zmienia ton. By potem jeszcze raz nam przywalić, tym razem prosto w splot słoneczny.

a_gentle_creature_-_sergei_loznitsa

Problem z filmem Łoźnicy, który zapewne wszystko sobie doskonale przemyślał, jest jego oniryczne zakończenie. Dodaje ono filmowi rozmachu, jest stylistycznym kontrapunktem, jakimś barokowym zabiegiem, który mimo wszystko wpisuje się w całościową wizję upojonego alkoholem kraju. Twórca trochę, przedobrzył, wyłożył kawę na ławę, powtarzając wprost to, co wynikało naturalnie z poprzednich sekwencji. Taką łopatologię niełatwo wybaczyć.

Ocena: 6/10

A Ghost Story

p04qh89p

A Ghost Story

reż. David Lowery

Czy w tym filmie straszy? Na to pytanie muszę odpowiedzieć twierdząco, ale i zaprzeczyć. Nie, bo tam są przecież takie duchy w prześcieradłach, na które kiedyś polował Scooby Doo, więc nic złego nam nie zrobią. Przeraża jednak co innego: samotność, utrata najbliższych, poczucie przemijania, zarówno w małym, rodzinnym sensie, jak i w bardziej metafizycznym – bo co po nas zostanie, jak już nas nie będzie?

Historia o duchach Davida Lowery’ego (Wydarzyło się w Teksasie, Mój przyjaciel smok) to tak naprawdę opowieść o przemijaniu, metafizyczny horror i ponadczasowy melodramat. Rozpoczyna się od tego ostatniego – opowieści miłosnej o kochającej się parze, która postanawia wyprowadzić się ze swojego domu. Dom tutaj jest w centrum opowieści, symbolicznym miejscem na ziemi, schronieniem, skarbnicą wspomnień. On (Casey Affleck) darzy budynek uczuciem, nostalgią, czuje w nim historię. Ona (Rooney Mara), przyzwyczajona do częstych przeprowadzek, nie poczuwa takiego przywiązania do miejsca, jednak lubi pozostawiać po sobie ślad – notatki pochowane w różnych miejscach domu: znak, że tu była. Temat wyprowadzki jest pretekstem do kłótni, który zainspirowany jest przez wydarzenia z życia reżysera (o czym mówił w wywiadach i spotkaniach z publicznością). Zanim jednak uda im się wspólnie opuścić dom, mężczyzna ginie w wypadku.

A Ghost Story - Still 1

Tutaj właściwie zaczyna się A Ghost Story – mężczyzna wstaje z łoża w kostnicy jako duch. Przykryty prześcieradłem wygląda, jakby urwał się z Halloween. Wraca do domu, by przynieść pocieszenie swojej żonie. Nie może – mimo, iż widzimy go w tej samej przestrzeni, ona nie zdaje sobie sprawy z jego obecności. Bezradny duch zostanie w domu, by stopniowo obserwować upływający czas. Lata spędzi na próbie wydobycia ze szczeliny między deskami futryny notatki, którą zostawiła po sobie wyprowadzająca się z domu partnerka. Jego jedynym towarzyszem będzie duch w sąsiednim domu, który podobnie jak on oczekuje na przyjście… kogoś lub czegoś.

Z filmu Lowery’ego zionie nostalgia i smutek. Od kręconych w ciepłych kolorach scen z dwojgiem bohaterów przechodzimy do coraz zimniejszych barw, które towarzyszą duchowi w samotnej egzystencji w opustoszałym, niszczejącym domu. Sam format obrazu, 1:1.33, przywodzi na myśl klasyczne kino, ale również telewizję i stare, kilkusetletnie zdjęcia. W filmie pada niewiele słów, a prawie każde ma jakieś znaczenie. Podczas sekwencji imprezy, którą w „swoim” domu obserwuje duch, jeden z uczestników wygłasza na poły pretensjonalną mowę o przemijaniu oraz o tym, co po sobie pozostawimy dla potomnych. Dla jednych są to dzieci, które przenoszą cząstkę siebie w następne pokolenia, dla innych będzie to sztuka: muzyka, poezja, homerowy „pomnik trwalszy niż ze spiżu”. Co jest zatem tym elementem, który pozostawił po sobie mężczyzna? Dlaczego ciągle jest w tym miejscu? Czy ma szansę coś zmienić? Czasoprzestrzeń ducha zaczyna przyspieszać, przenosi się w przyszłość, potem wraca do przeszłości, by w końcu wrócić do punktu wyjścia.

rooney_mara_a_ghost_story_-_epk_-_h_2017

Reżyser perfekcyjnie operuje nastrojem i pozwala nam się pośmiać – ale jest to tego typu śmiech, który grzęźnie w gardle, bo zdajemy sobie sprawę, że chichotać nie wypada. Scena z Marą jedzącą szarlotkę z rozpaczy jest śmieszna, ale jest w niej desperacja i autodestrukcja. Duch pod prześcieradłem początkowo bawi, by stać się symbolem bezradności i rozpaczy. Rozmowa dwóch duchów – cóż, o braku komunikacji we współczesnej kulturze napisano już eseje. Co jest wspaniałego w A Ghost Story, który jest filmem trudnym, niebanalnym, ale i odrobinę pretensjonalnym, jest jego wielowarstwowość i otwartość na interpretacje. Lowery porusza tematy, o które ociera się Terrence Malick w swoich rozbuchanych esejach filmowych (Drzewo życia), ale używa do tego wąskiej perspektywy i minimalnej ilości słów. I ja osobiście wolę jego punkt widzenia.

Domyślam się, że część widzów uzna tą produkcję za pustą wydmuszkę, wygłup znudzonego hipstera, ale mam nadzieję, że będzie to mniejszość. Wielu więcej natomiast da się w ciągnąć do tego odjechanego świata i zadumać na chwilę nad losem opuszczonych duchów w pustych, rozpadających się domach, czekających na znak do odejścia.

Ocena: 8/10

The Florida Project

the_florida_project-2_marc_schmidt

The Florida Project

reż. Sean Baker

Sean Baker to ten sam facet, który nakręcił pierwszy pełnometrażowy film telefonem komórkowym marki Apple. Mandarynka być może treściowo i technicznie jest w zupełnie innym miejscu niż The Florida Project, ale reżyser znów mówi o tym samym: odziera Amerykę z resztek złudzeń i marzeń. Nieprzypadkowo umiejscawia akcję filmu w Orlando na Florydzie, tuż obok Disneylandu, hurtowo odwiedzanego przez rodziny zarówno ze Stanów, jak i z całego świata. Jednak bohaterowie, będąc tak blisko, są równocześnie lata świetlne od centrum rozrywki Disneya.

the_florida_project-1_marc_schmidt

Podobnie jak w poprzednim filmie, Baker używa naturszczyków do zagrania kluczowych ról. Trójka dziecięcych bohaterów, na czele z grającą sześcioletnią Moonee Brooklynn Prince, gra wprost niesamowicie. Dzieciaki włóczą się po okolicach moteli, w których mieszkają ich rodziny. Kolorowe przybytki o fantazyjnych nazwach – Magiczny Zamek, Wonderland – skrywają dramatyczne historie ludzi żyjących na granicy nędzy, często pozbawionych mieszkań, których nie stać na długoterminowy wynajem, a tym bardziej kupno własnego domu. Tych historii możemy się tylko domyślać, bo Baker nie skupia się zbyt na przeszłości. Matka Moonee, dwudziestokilkuletnia Halley (Bria Vinaite) zresztą o niej nie myśli. Dla niej najważniejsze jest tu i teraz: spotkanie z koleżanką, naubliżanie menadżerowi motelu – Bobby’emu (Willem Dafoe, jednya gwiazda w obsadzie), darmowe jedzenie od przyjaciółki. Kobieta żyje z dnia na dzień, a kiedy potrzebuje pieniędzy, sprzedaje perfumy nagabując klientów pod bogatszymi hotelami. Jej lekkomyślność aż prosi się o karę i będzie długo oczekiwanym, niezbyt zaskakującym finałem.

the_florida_project-3_marc_schmidt

Wcale jednak nie ogląda się ze znudzeniem The Florida Project czekając na koniec, tylko z zaciekawieniem ogląda się przygody młodych bohaterów, którzy urozmaicają sobie czas jak mogą. Ponieważ nie mają zbyt wymyślnych wzorów do naśladowania, zarówno słownictwo i zachowanie pochodzi z najgorszego źródła: od rodziców. W jednej z pierwszych scen filmu Moonee, Scooty i Dicky idą do sąsiedniego motelu i organizują konkurs plucia na stojący pod tarasem samochód. Przyłapani przez właścicielkę nie uciekają od razu, ale obrzucają ją stekiem wyzwisk. Kilka scen później żebrzą o pieniądze o lody, wyłączają prąd w motelu i podpalają jeden z hoteli-widm. Kiedy przyglądamy się Halley wiadomo już, skąd dziewczynka, która jest główną prowodyrką tych zachowań, bierze wzór.

The Florida Project jest kapitalnym połączeniem lekkiego tonu opowieści, świetnych postaci z wizją gnijącej od środka Ameryki, w której kolorowa fasada stara się ukryć zepsute wnętrze i poważne problemy. Perypetie młodych bohaterów są może zabawne, ale jednocześnie bije od nich smutek. Tutaj nie da się nie myśleć o przyszłości – kim będą te dzieci, kiedy dorosną i czy czeka ich taki sam los jak rodziców? Jedynym staromodnym bohaterem jest Bobby – chyba jedyne typowe, amerykańskie imię w całym filmie. Postać Dafoe jest trochę jak dobry wujek, opiekun czy anioł stróż. Przymyka oko na przewinienia, odroczy o jeden dzień zaległy czynsz, pomoże jak trzeba. Szkoda tylko, że będąca w spirali autodestrukcji Halley nie potrafi tego docenić.

Najnowszy film Seana Bakera powinien podzielić los Mandarynki i stać się rewelacją nadchodzącego sezonu. Pokazywany podczas tegorocznego festiwalu filmowego w Cannes był jednym z najlepszych tytułów, które udało mi się obejrzeć podczas tej imprezy.

Ocena: 9/10

Tamte dni, tamte noce

call-me-by-your-name_lead

Call Me By Your Name

reż. Luca Guadagnino

Twórca Jestem miłością i Nienasyconych w najnowszej produkcji, opartej na powieści André Acimana, tonuje swoje stylistyczne zapędy. Pozbawiony artystycznych zbliżeń, operetkowej ścieżki dźwiękowej i dziwnych punktów widzenia kamery film nie zatraca jednak emocji i nastroju, który z łatwością buduje reżyser. Jest lato na początku lat 80. gdzieś w północnych Włoszech. Oznacza to, że będzie wiele ujęć skąpanych w słońcu skwerów, gałęzi uginających się pod ciężarem soczystych owców, scen z posiłkami jedzonych w cieniu drzew i wieczornych imprez, a ścieżkę dźwiękową wypełnią cykady, grające niekończącą się pieśń. A gdzieś w tle rozegra się pewna historia miłosna.

call-me-by-your-name-03

Oliver (Armie Hammer, Kryptonim U.N.C.L.E.), dwudziestoparoletni pracownik naukowy z New Jersey, odwiedza w Italii rodzinę profesora Perlmana (Michael Stuhlbarg, Poważny człowiek), która mieszka w Europie w czasie wakacji letnich i zimowych. Przystojny Amerykanin na pomóc w badaniach naukowych, ale tych widzimy na ekranie niewiele. Jest to główne czas na spędzanie czasu z synem profesora, Elio (Timothee Chalamet, serial Homeland), z francuskimi dziewczynami mieszkającymi po sąsiedzku, oraz z lokalnymi mieszkańcami, jedząc, pijąc, odpoczywając i korzystając z cudownego, włoskiego słońca. Elio jest przeciwieństwem pewnego siebie, wyrzeźbionego niczym greccy bogowie Oliviera, który zwraca swoją urodą i wzrostem uwagę wszystkich wkoło. Syn wykładowcy ma siedemnaście lat, jest wątłej budowy, mimo inteligencji i wielu talentów brak mu pewności siebie oraz doświadczenia. To lato będzie jednak wyjątkowe, bo chłopak stanie się mężczyzną i pierwszy raz przyjdzie mu zasmakować miłości. Nie będzie to jednak ta osoba, która mogłaby się z początku wydawać.

call_me_by_your_name_02

Określenie Call Me By Your Name filmem z gatunku LGBT byłoby jego spłyceniem, podobnie jak stwierdzenie, że jest to „uniwersalna historia miłosna”. Guadagnino udało się stworzyć coś, co jest i jednym, i drugim. Nade wszystko jednak mamy do czynienia z piękną opowieścią o inicjacji oraz o poznawaniu własnej orientacji seksualnej. Elio jakby naturalnie zbliża się do Francuzki Chiary, przyjaciółki, z którą zdaje się spędzać każde wakacje. To tylko kwestia czasu, kiedy oboje spróbują kochać się pierwszy raz. Ale ciekawość i instynkt podpowiadają chłopakowi coś innego, a katalizatorem tych uczuć jest Olivier. Odrobinę starszy mężczyzna nie jest nachalny – wręcz przeciwnie, odsuwa się na bok, nie chce być postrzegany jako perwersyjny, czeka na znak Elio. Który długo nie nadchodzi i obaj bawią się w podchody, wylegując się razem nad stawem, zostawiając drzwi do swoich pokojów otwarte, spędzając wspólnie czas. Kiedy w końcu dojdzie do zbliżenia, któryś z nich zapyta: zmarnowaliśmy tyle dni i nocy, dlaczego to trwało tak długo?

61st BFI London Film Festival - Headline Galas, Strand Galas and Special Presentations

Uniwersalność opowiadanej przez Guadagnino historii tkwi właśnie w tym doświadczeniu pierwszej miłości, tego mitycznego lata, które nie mogło się skończyć, a gdy romans rozkwitł, minęło jak z bicza trzasł. I jest on pewnie taki sam dla wielu ludzi, niezależnie od orientacji seksualnej. Druga część, podsumowana jest w monologu, który do swego syna wygłasza profesor Perlman, który pewnie wielu dojrzewających, młodych ludzi, chciałoby usłyszeć od swoich rodziców, a nigdy tak się nie stało. Słowa bohatera, w których jest zrozumienie, akceptacja, ale też żal za tym, co sam utracił, to jedna z najważniejszych przemów, jakie udało mi się usłyszeć w kinie LGBT.

O Call Me By Your Name pisze się w zachwytach od debiutu podczas festiwalu w Sundance. Na początku przyszłego roku o sile tego obrazu przekonają się widzowie w kinach, kiedy to trafi on do Polski. Nie zdziwcie się, gdy posypią się dla niego nominacje do Oscara.

Ocena: 8/10

Szczęściarz

lucky_lead

Lucky

reż. John Carroll Lynch

Swoją przygodę z aktorstwem zaczął sześćdziesiąt lat temu, ale dopiero na przełomie lat 70. i 80. zagrał swoje najważniejsze role: Obcy. Ósmy pasażer Nostromo, Paryż Teksas, Ostatnie kuszenie Chrystusa, a potem Dzikość serca czy Twin Peaks. Te i pozostałe sto kilkadziesiąt filmów z jego udziałem nie byłyby takie same bez jego wkładu. Zmarły we wrześniu tego roku Harry Dean Stanton pozostawił po sobie jeszcze jeden tytuł, który jest swoistym epitafium tej ikony amerykańskiego kina.

Dziewięćdziesięcioletni Lucky (Stanton) mieszka sam w domu w małym miasteczku gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych. Jego dni wypełniają rutynowe czynności, która nadają jego życiu rytm. Poranna joga, szklanka mleka, kubek kawy, spacer do lokalnej restauracji, by posiedzieć i rozwiązywać krzyżówki, wypad do sklepu po mleko i papierosy, popołudnie spędzone przed telewizorem oglądając ulubione teleturnieje, wieczór w barze przy szklance krwawej mary. Małomówny bohater spotyka codziennie te same osoby, z którymi wymienia kilka zdań, czasem uprzejmości, czasem kąśliwe komentarze. Nie trudno oprzeć się wrażeniu, że Lucky żyje jest szczęśliwy ze swoimi rutynami w swoim małym świecie. Któregoś dnia rankiem bohater zostanie zawrotu głowy i przewróci się. Po wizycie u lekarza i diagnozie – „starzejesz się!” – nic już nie będzie dle niego takie same.

lucky_red_rgb

Konstrukcja filmu jest epizodyczna i brak w niej typowej „akcji”, która popychałaby narrację. Powracają się te same motywy, jak rozmowy z przyjaciółmi w barze, restauracji, telefon do przyjaciela (nigdy nie pokazanego w filmie), czy historia żółwia przyjaciela (w tej roli David Lynch), który uciekł z podwórka. Reżyser kreśli obraz małej, zwartej społeczności, w której każdy ma swoje miejsce, gdzie nawet najmniejsze zaburzenie rytmu codziennego życia zwraca uwagę pozostałych. Tak stanie się, kiedy któregoś dnia Lucky nie pojawi się na śniadaniu i sympatyczna kelnerka przyjedzie do niego do domu, by zobaczyć, czy coś mu się nie stało. „Skąd wiedziałaś, gdzie jest mój dom?” zapyta szczerze zdziwiony staruszek. „Wszyscy wiedzą gdzie mieszkasz” – odpowie mu kobieta. Takiego pogodnego, lekkiego humoru w filmie jest mnóstwo i nadaje on ton produkcji.

lucky_bloodymary

Najważniejszym motywem Lucky jest jednak starość i przeczuwanie nadchodzącej śmieci. Tytułowa postać, były marynarz, który służył w czasie II wojny światowej, chyba nawet nie myślał o tym, aż do momentu, kiedy ciało pierwszy raz odmówiło mu posłuszeństwa. Ponieważ spędzamy czas z bohaterem, widać po nim, jak ten fakt zmienił jego nastrój. Mężczyzna jest przerażony nieuchronnością losu, kontempluje przemijanie i wieczność, a kolejne rozmowy ze znajomymi nie wydają się być remedium na ten stan. Dopiero przypadkowe spotkanie w barze z innym weteranem (Tom Skerritt) i komiczna wymiana zdań z agentem ubezpieczeniowym (Ron Livingston) przyniosą swego rodzaju odpowiedź.

Scenariusz do filmu napisał były asystent Stantona, który pracował z nim przez ostatnie siedemnaście lat. Ten osobisty ton da się wyczuć w produkcji – dominuje w niej pogodny, dobroduszny ton, a sama historia jest niezwykłą afirmacją życia. Bez silenia się o pretensjonalne monologi, czy używanie sentymentalnych chwytów, przy użyciu nienachalnego symbolizmu i kilku żartobliwych tekstów, Lucky ma więcej ukrytej mądrości niż tony książek.

Ocena: 8/10

 

Thor: Ragnarok

thor_ragnarok_pec582en

Thor. Ragnarok

reż. Taika Waititi

Spodziewałem się wszystkiego. Naszpikowanego efektami specjalnymi i gwiazdami akcyjniaka. Dającego po oczach i uszach eskapistycznego kina science-fiction i fantasy. Ba, byłem przygotowany nawet na mroczny dramat. Naprawdę, nie spodziewałem się czystej komedii. Ze wszystkich gatunków filmowych to właśnie ten dominuje w Thor: Ragnarok. A jak żarty są dobre, to zapomina się o reszcie. I najnowszy tytuł z kinowego Marvela jest świetną, niezobowiązującą rozrywką, pod którą czają się wszelkie grzechy całej serii.

Zacznę od tego, że film rozpada się na dwie części. Pierwsza z nich odbywa się w królestwie Asgardu, do którego Thor (Chris Hemsworth) powraca po wielu przygodach, zastając Lokiego (Tom Hiddleston) na tronie. Przyrodni brat udaje Odyna (Anthony Hopkins), który wysłany został na emeryturę gdzieś na Ziemię. Rodzeństwo spotka się z ojcem, a ten ostrzeże ich przed nadchodzącym Ragnarokiem w postaci bogini śmieci – Heli (Cate Blanchett). Ta, poprzez nieuwagę Lokiego, dostaje się do maszyny teleportującej razem z bohaterami. Mężczyźni zostają przez nią wypchnięci podczas podróży i lądują na śmietnisku wszechświata – planecie Sakaar, rządzonej przez Grandmastera (Jeff Goldblum) – tu rozpoczyna się druga część widowiska. Obie historie prowadzone są równolegle. W tej poważniejszej części obrazu Hela urządza piekło mieszkańcom Asgardu, podczas gdy w tej bardziej rozrywkowej Thor stara się wydostać z wiezienia i wrócić do domu. Spotyka tu starego druha z Avengersów – Hulka (Mark Ruffalo), który nie pamięta, z kim ma do czynienia, oraz poznaje Walkirię (Tessa Thompson, znana z serialu Westworld), wojowniczkę plemienia pokonanego wieki temu przez Helę.

null

Ton ten drugiej sekwencji, która jest najlżejszą, najbardziej odjechaną częścią filmu z uniwersum Marvela, przypomina najlepsze momenty pierwszych Strażników Galaktyki. To kolorowy, psychodeliczny teledysk, z abstrakcyjnymi pomysłami i zabawnymi postaciami (Taika Waititi jako Korg kradnie dosłownie każdą scenę), który ogląda się niczym kampowe kino klasy B zrealizowane za grube miliony. Prawdziwa operetka kosmiczna z wartką akcją, niezłą dynamiką między bohaterami i niezapomnianymi tekstami. Brakuje tylko numerów śpiewanych. Dialogów w tych sekwencjach nie powstydziliby się scenarzyści serialu Przyjaciele. Aktorskie talenty Goldbluma, Ruffalo i Hemswortha mają wspaniałe pole do popisu. Zapomnijcie o zabawnych wstawkach w poprzednich filmach tego cyklu – każdy z nich blednie przy najgorszym dowcipie w nowym Thorze. Dla równowagi Cate Blanchette jest zimną, psychopatyczną terrorystką, która wywija dziwnie rękami i ponoć posiada wielką moc, ale nie potrafi znaleźć ukrytego miecza w królestwie wielkości Żoliborza. Ta część to niby Marvel pełną gębą, ale pozbawiony jakiegokolwiek napięcia, istniejąca tylko po ty, by nauczyć tytułowego bohatera pewnej lekcji.

thor_ragnarok_02

Od jakiegoś czasu opera mydlana MCU zaczyna nużyć. Doktor Strange, Strażnicy Galaktyki vol. 2 i nowy Spider-Man powielają tylko sprawdzone pomysły. Każdy film robiony jest od linijki i ani nie zaskakuje, ani nie ekscytuje, jak porządne kino akcji powinno. Ogląda się dobrze i zapomina po seansie. Nie zdziwiły mnie komentarze Roberta Downey’a Jr., że chce opuścić ten statek, zanim zacznie on tonąć. Niczego nowego nie spodziewałem się po filmie z przygodami najnudniejszego i najbardziej poważnego z Avengersów („jestem synem Odyna”, „jestem bogiem błyskawic” to jego typowe odzywki), ale Taika Waititi zrobił nam psikusa. Ten nowozelandzki reżyser, znany głównie z niezależnych, wyśmienitych komedii Co robimy w ukryciu i Dzikie łowy (obydwa dostępne na Netflixie) wycisnął z komiksowego materiału każdy możliwy dowcip. Lekki ton był jednym z wyróżników marvelowskich ekranizacji, tutaj stał się ich zbawcą, prawdziwym katharsis ciężko pracującym na końcowy efekt. Gdyby nie komediowe walory tego filmu, to nie dałoby się go oglądać bez chwytania się za głowę. Fabularnie bowiem jest to kolejna, przewidywalna do bólu, pozbawiona jakichkolwiek niespodzianek produkcja.

thor_ragnarok_01

Fani będą zachwyceni, bo Thor: Ragnarok odfajkowuje wszystkie ważne motywy kina o marvelowskich superbohaterach: heros próbujący uporać się ze swoimi mocami i demonami, walczący o słuszną sprawę; potężni przeciwnicy na jego drodze; złoczyńcy przechodzący na dobrą stronę; komiczni towarzysze i cięte dialogi; słynne „cameo”, gdzie pojawi się Stan Lee; dwie „ukryte” sceny po napisach. Jest tu również bezpośrednia zapowiedź kolejnego tytułu: Avengers: Infinity War. Rzecz jasna są też wysokiej klasy walory produkcyjne, od efektów specjalnych, po charakteryzacje i stroje, ale poniżej pewnego poziomu zejść nie można. Ten tytuł może być niestety łabędzim śpiewem MCU. Choć widzowie walą drzwiami i oknami, formuła się wypala, a brak odważnych decyzji i wałkowanie w kółko tych samych motywów i bohaterów doprowadzi do zapaści serii, w najlepszym wypadku – jej powolnej śmierci. Sprowadzanie na pokład nowych, niezależnych reżyserów, jak Taika Waititi, wychodzi tym produkcjom na dobre. Niestety, bez zupełnej wolności Studio Marvel pozostanie zakładnikiem własnego sukcesu.

Ocena: 7/10

Ana, Mon Amour

ana_mon_amour_lead

Ana, Mon Amour

reż.  Călin Peter Netzer

Rumuńska Nowa Fala regularnie dostarcza ambitne, wyzywające filmy, kapitalnie portretujące rzeczywistość tego kraju, ale mówiące też o większych, bardzo uniwersalnych problemach. Călin Peter Netzer zgarnął cztery lata temu główną nagrodę na festiwalu w Berlinie filmem Pozycja dziecka. Nie udało mu się powtórzyć tego sukcesu w tym roku, choć i tak Ana, Mon Amour została doceniona Srebrnym Niedźwiedziem za wybitny wkład artystyczny w kategorii montażu. Jest to bez wątpienia ambitny projekt, który nie wyszedł mu do końca, głównie przez dość skomplikowaną formę i ocierającą się o pretensjonalność treść.

ana_mon_amour_03

Reżyser wrzuca widza od początku w sam środek historii. A dokładniej – w środek zdania. Obserwujemy parę młodych studentów, prowadzących dyskusję o Nietzschem, rasizmie i historii. To nasza para protagonistów, Toma (Mircea Postelnicu) i Ana (Diana Cavallioti), niby zanurzeni w rozmowie, tak naprawdę badający teren przed zbliżeniem seksualnym, do którego za chwilę dojdzie. Rozedrgana kamera z ręki pieczołowicie podąża za wzrokiem bohaterów, oddając intymność i napięcie w dyskusji. Chwilę potem Ana dostaje ataku paniki, jej ciało sztywnieje i Toma musi zabrać dziewczynę na pogotowie. W tej scenie rodzi się między bohaterami związek i dynamika, który będzie początkowo czymś, co połączy tych dwoje, ale potem doprowadzi do rozpadu ich związku. Nie zdradzam tutaj niczego, bo dla Netzera nie jest ważny koniec historii, tylko jak do niego dochodzi.

Zobacz również: Sieranevada – recenzja rumuńskiego dramatu

Reżyser tak nonszalancko podszedł do tej kwestii, że rozłupał oś czasową i fabularną na drobne klocuszki i rozrzucił je niby zupełnie przypadkowo. Rozgrywający się na przestrzeni okołu dziesięciu lat film oglądamy skacząc w przód i w tył, a brak uważnego oglądania przyprawi widza o frustrację i ból głowy. Na szczęście twórca daje nam wskazówki, na jaki okres życia bohaterów patrzymy, głownie przez ich fryzury. Toma, który na studiach nosił wielką grzywę, zaczyna z biegiem lat łysieć. Ana, nosząca długie, czarne, nieuporządkowane włosy, pod koniec filmu ma elegancką, profesjonalną blond fryzurę.

Spójrzmy na to, jakie wnioski nasuwają się z obserwacji bohaterów w różnych etapach ich życia. Otóż początkowa znajomość opierała się na ścisłej zależności: Ana, ze względu na swoją chorobę, wymagała opieki i pomocy finansowej (drogie lekarstwa), na co Toma bez problemu przystaje. Mężczyzną nie kieruje jednak empatia i bezinteresowność, ale cechy charakteru. Po tym, jak poznajemy jego rodziców, jasne będzie, że bohater po swoim ojcu przejął potrzebę kontrolowania innych, bycia panem sytuacji. Ana, której stan psychiczny jest zapewne wynikiem traumy z dzieciństwa i okresu dorastania (na przykład jej ojczym kąpał ją do wieku 14 lat), jest idealną do tego osobą. On czuje się zrealizowany, ona otrzymuje odpowiednią opiekę. Sytuacja zaczyna się jednak zmieniać i z biegiem czasu kobieta zaczyna zdrowieć. Nie dowiemy się jednak jak i dlaczego. Ponoć pomogły wizyty u psychologa, ale tych nie widzimy. Jesteśmy za to świadkami sesji, jakim u psychoanalityka poddaje się Toma, cierpiący na wybuchy zazdrości, robiący się agresywny w stosunku do swojej żony. Zmieniająca się między parą dynamika o pełne sto osiemdziesiąt stopni jest najciekawszym elementem tej produkcji. To gorzka historia rodzącej się miłości, która gaśnie z czasem i przeradza się w koszmar. Obie osoby się zmieniają, co wpływa na związek między nimi. Jednak sposób, w jaki reżyser tam doszedł, jest już mniej przekonujący.

ana_mon_amour_02

Problemem Ana, Mon Amour jest niepotrzebnie skomplikowana forma, przeszkadzająca w zrozumieniu postaci. Wrażenie przypomina patrzenie na coś przed lornetkę, którą co chwilę ktoś wytrąca nam z ręki. Widz traci cierpliwość, a reżyser zdaje się szukać skrótów myślowych w najważniejszych kwestiach, jak choćby kuracja tytułowej bohaterki. Od strony treści zaś nie jestem w stanie powiedzieć, czy reżyser nabija się z psychoanalizy, czy traktuje ją zupełnie poważnie, bo właśnie wpadły mu w ręce dzieła zebrane Freuda. Z tej dychotomii wynika kolejna frustracja, choć aktorzy starają się jak mogą i od strony warsztatu, zaangażowania i przekazywanych emocji trudno do czegoś się przyczepić.

ana_mon_amour_01

Netzerowi wyszło dobrze to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni w przypadku rumuńskich filmów: obserwacja detali, społecznych zachowań, realizmu bijącego z każdego prawie kadru. Momentami twórca popada w naturalizm, w dosadnych scenach intymnych zbliżeń. Ale tego dobrego jest więcej: od kapitalnej sceny spowiedzi w kościele, przez codzienne użeranie się z systemem, służbą zdrowia, rodzinami. Jest to nie tak odległy kraj, w którym wiele bolączek życia jego mieszkańców na pewno rezonować będą w polskich widzach.

Ocena: 6/10

Piękny kraj

gods_own_country_still_sundance_-_publicity_-_h_2017

God’s Own Country

reż. Francis Lee

Na wskroś brytyjski film, z pięknymi pejzażami angielskiej wsi, ale też z młodym, seksualnie sfrustrowanym człowiekiem w centrum historii. Johnny Saxby (Josh O’Connor) przejmuje obowiązki na rodzinnej farmie w Yorkshire, po tym, jak jego ojciec podupadł na zdrowiu. Chłopak marzy pewnie o życiu i pracy w mieście, spotkaniach ze znajomymi, przygodnym seksie i częstych imprezach. Natomiast przychodzi mu wstawać z kurami, cały dzień brodzić w błocie, zajmować się owcami oraz dużym gospodarstwem. Z zaciśniętymi zębami byle jak wykonuje swoje obowiązki, byle tylko do wieczora, kiedy można wchłonąć kolejną pintę ciepłego piwa. Jego życie ulega zmianie, kiedy na farmie pojawia się zatrudniony przez ojca Rumun Gheorghe (Alexandru Secareanu). Johnny najpierw traktuje go jako kolejnego, niepotrzebnego emigranta, który ledwo mówi po angielsku. Kiedy spędza z nim coraz więcej czasu pozna go zupełnie z innej strony.

Porównania do Tajemnicy Brokeback Mountain są jak najbardziej oczywiste – dzika przyroda, dwóch prawdziwych mężczyzn, rodząca się fascynacja między nimi. Piękny kraj to jednak film z kilkoma innymi podtekstami. Na pewno działa jako surowa, minimalistyczna opowieść o miłości, odkrywaniu siebie, uczeniu się słuchania swojego ciała, serca i rozumu. Sprawdza się również jako alegoria walki pomiędzy kulturą i naturą, próbą okiełznania tego, co społecznie akceptowalne z tym, co gra w duszy. W końcu znaleźć tu można również daleko posuniętą analogię współczesnej Wielkiej Brytanii, która nie potrafi zdecydować się, czy emigrantów kochać czy traktować z buta. Wspaniałą konkluzją filmu Francisa Lee jest myśl, że kontakty międzyludzkie wzbogacają naszą osobowości, uczą nas tolerancji, otwierają na innych.

Stonowane kolorystycznie zdjęcia Pięknego kraju urzekają i doskonale oddają prostotę i surowość tej historii. Młodzi aktorzy świetnie oddają skomplikowaną dynamikę między nimi. Film balansuje na granicy naturalizmu, ale unika epatowania szokującymi szczegółami. Porusza emocjonalnie i wciąga w opowiadaną historię. Jak na debiut całkiem niezła robota.

Ocena: 7/10

Mięso

fefeefef-820x490

Raw

reż. Julia Ducournau

Kiedy wybieramy się do kina na film, o którym poszła już fama, że ludzie na jego projekcjach mdleli i trzeba było ich hurtem wynosić, to oczekiwania są nieprzeciętne. Owszem, trochę przesadziłem, bo podczas pokazów w Toronto pewnie ktoś zjadł obiad i obejrzał potem Mięso, albo zwyczajnie chciał dostać zwrot kasy. Tak czy inaczej, darmowej reklamie nie patrzy się w… coś. Może i opinie, że jest to najbardziej szokujący horror ostatnich lat są przesadzone, osobiście uważam, że debiutancki film Julii Ducournau zasługuje na uwagę i jest jedną z najciekawszych produkcji wpisującą się w gatunek horroru w ostatnich dwóch latach (premiera odbyła się… w maju w 2016 roku, w Cannes. Tam nikt nie mdlał).

Jeżeli pomyślę o najbardziej przerażających filmach, jaki udało mi się ostatnio zobaczyć, wymienić muszę Co za mną chodzi i Czarownicę. Obydwa tytuły nie są typowymi horrorami, ocierają się o różne stytlistyki i dzięki temu trzymają widza w niepewności. A ta, czyli fakt nieprzewidywalności, trudności okiełznania tego, co wydarzy się za chwilę na ekranie, potęgują strach. W Mięsie jest jeszcze jeden poziom – niezwykle realistyczna, trzymająca się życia historia. Która zaczyna się pozornie niewinnie – Justine (Garance Marillier) rozpoczyna studia na wydziale weterynarii. Dziewczyna, podobnie jak cała rodzina, jest wegetarianką, ale już podczas inicjacji pierwszego rocznika przyjdzie jej złamać zasady. Wśród wielu upokarzających rytuałów, jak polewanie ciepłą krwią, wyrzucanie materacy przez okna, jest też zjedzenie marynowanej w formaldehydzie wątróbki. Kto próbował po dłuższym czasie odmawiania sobie mięsa zjeść soczystego steaka, wie dobrze, że żołądek nie reaguje najlepiej. Tak jest też w przypadku bohaterki, tylko jej żołądek najpierw się buntuje, a potem zaczyna stopniowo domagać się więcej. I to nie warzyw.

13-raw-garance-1-w710-h473

Mięso można interpretować na kilka sposobów. Najbardziej oczywisty i banalny jest ten wegetariański, że jedzenie zwierząt to nic dobrego, budzi w nas dziką bestię, sprowadza człowieczeństwo do prymitywnego stanu. Tych pierwotnych zachowań jest zresztą w filmie wiele, od inicjacji, dominacji w grupie, przez zaznaczanie swojego terenu, po zwycięstwo najsilniejszych. Ducournau przedstawiła studia jako formę plemiennej społeczności, z jej niemalże pogańskimi imprezami, rytuałami i zależnościami (starsza siostra opiekuje się młodszą, ale tylko do pewnego momentu i na własnych warunkach). O wiele ciekawszy jest motyw rozwijającej się seksualności, równocześnie z rosnącym apetytem na krwawe przysmaki. Budzące się w młodej kobiecie pożądanie przejmuje władze nad jej umysłem, a połączone z alkoholem zamienia ją niemalże w zwierzę (skojarzenia z Opętaniem Żuławskiego jak najbardziej na miejscu). Feministyczny w wymowie film nie ma w sobie nic pretensjonalnego. Wręcz przeciwnie – to odświeżające, by zobaczyć w horrorze kobiety, które nie muszą polegać na facetów ani się ich bać. Justine jest dziewicą i mieszkanie w wyzwolonych, frywolnych akademikach, zupełnie zmienia o otwiera ją na nowe doświadczenia. To kolejny motyw – dorastanie, uczenie się świata, poznawanie własnych granic. A nawet ich przekraczanie, pytanie o zasady moralne, społeczne konwenanse i restrykcje. W końcu jest wątek dysfunkcyjnej rodziny, która skrywa przed bohaterką sekret. Nic w związku pomiędzy rodzicami i córkami nie jest normalne, choć z początku się takie wydaje. W dodatku zależność między siostrami przypomina sadystyczne tortury jednej przez drugą. Wyzwolone spod rodzicielskiego oka dziewczyny zachowują się mniej niż odpowiedzialnie. Kto ma starsze rodzeństwo, wie co mam na myśli. Na sam koniec dostajemy już typowy horror, odwołanie do kina gatunku, wyolbrzymiony przez posępną muzykę – to mrugnięcie okiem do widza dodaje tylko smaczku całości.

1486503827_raw_juliaducournau_garancemarillier

Wiele osób narzeka, że film jest powolny, nudny, a straszności w nim tyle, co kto napłakał. Prawdą jest, że fani kina gore czy zombie-kanibalistycznych makabr będą zawiedzeni. Tu liczy się nastrój tworzony przez muzykę i światło, doskonałe zdjęcia, świetne aktorstwo… i to „coś”. Dla widzów lubiących konsekwentne, stopniowe budowanie napięcia Mięso może okazać się niezłą ucztą filmową. Miejscami wyzywającą, zmuszającą do myślenia, zaskakującą, pozostającą na długo w głowie. Jak na debiut Julia Ducournau spisała się świetnie.

Ocena: 8/10

Kingsman: Złoty krąg

kingsman_zloty_krag_lead

Kingsman: The Golden Circle

reż. Matthew Vaughn

Jest takie przysłowie, z kurą, złotymi jajami i że się nie robi z niej rosołu. Albo coś w ten deseń. Wiadomo, o co chodzi. Przysłowie to dokładnie opisuje sytuację z filmem Kingsman: Tajne służby, który rozbił bank dochodów z box officu w 2015 roku. A że obok czterystu milionów dolarów dochodu mało kto przejdzie obojętnie, sequel był tylko kwestią czasu. Z tą samą ekipą realizatorów, tymi samymi aktorami oraz kilkoma nowymi twarzami Złoty krąg ma wielkie szanse na zrobienie jeszcze lepszej sumki w kinach. Szkopuł w tym, że z pierwszej części zostały tylko popłuczyny, smakujące niczym tani burbon pędzony pod szyldem szlachetnej whisky.

Jeżeli wizytę w kinie zaczynasz od zadania sobie pytania: „czy tego bohatera czasem nie zabili w poprzednim filmie?”, to zapala się czerwona lampka. Bo to niby reboot, prequel czy jak? Ale, okazuje się, że nie – i nie zdradzę pewnie zbyt dużo, jeżeli powiem, że Colin Firth powraca do Kingsmana, mimo iż zarobił wcześniej kulkę w głowę od samego Samuela L. Jacksona. Dzięki wspaniałej technologii i szybkiej reakcji udało się go uratować. Może w grę wchodziła też magia i sam Nocny Król wpadł na plan ze swoim smokiem? Galahad Firtha to niejedyny „żywy trup” tej produkcji, która wyznacza nowe trendy w klasie „zabili go i uciekł”. Jest jeszcze Charlie (Edward Holcroft), któremu przecież urwało głowę. Ale nie! To było ramię! I z nową, mechaniczną kończyną, niedoszły rekrut Kingsmanów zjawia się pod ich eleganckim sklepem, by stłuc na kwaśne jabłko Eggsy’ego (Taron Egerton). Od widowiskowej bijatyki i pościgu po wyjątkowo pustych ulicach Londynu, w rytm przeboju Prince’a, zaczyna się zresztą ten film. Znowu okazuje się, że Matthew Vaughn potrafi z pomysłem kręcić zapierające dech w piersiach sceny akcji, przy których wyczyny Daniela Craiga jako 007 wyglądają jak dziecinna zabawa. Niestety, Kingsman: Złoty krąg składa się także z tak zwanej fabuły, choć w tym przypadku to słowo jest nadużyciem.

kingsman_zloty_krag_02

W poprzedniej części historia żółtodzioba, chłopaka z ulicy, odkrywającego świat szpiegów i milionerów złoczyńców, była fascynująca i wciągająca, choć zdawała się być dość ograna. Biła z niej za to świeżość i poczucie obcowania z czymś oryginalnym. Tutaj Vaughn i Jane Goldman nie tylko odwołują się do popkultury, ale zaczynają cytować samych siebie. Powtórkę ma kultowa scena z pubu, choć tym razem kto inny posprząta podłogę gośćmi; jest istny hommage do W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości w sekwencji w górach czy nawiązanie do krwawej jatki z filmu Fargo (choć tu krwi brak). Zamiast osobistego dramatu otrzymujemy światowy kryzys, który jest grubymi nićmi szyty. Poppy (Julianne Moore) chce opanować świat swoimi narkotykami, wysyłając żądania z groteskowego, ukrytego w dżungli muzeum urządzonego w stylu retro. Żeby nas to bardziej przejęło, życie dwóch bohaterów zawiśnie na włosku. Ale czym mamy się przejmować? Czegoś takiego, jak szokująca masakra z kościoła w pierwszej części, już nie doświadczymy. Bohaterowie powstający z grobu to tylko wierzchołek góry lodowej problemów tej produkcji. Wielu widzów pewnie stwierdzi, że to wszystko jest pastiszem, zamierzoną grą z konwencją, filmem nie pretendującym do bycia poważnym. Niby to prawda, ale gdzieś w oglądającym opowiadana historia musi rezonować. Gdy zabity bohater powstaje z martwych okazuje się, że nie trzeba się o nikogo przejmować, bo pewnie zaraz powróci. A kiedy z ekranu wybrzmiewają kolejne fałszywe nuty, zabawa z konwencją zaczyna irytować.

kingsman_zloty_krag_04

Scenariusz z minuty na minutę brnie w coraz większe absurdy, co było zaletą Tajnych służb, a tu wydaje się być niepotrzebnym biciem piany. Dwóch bohaterów, którzy przetrwali anihilację Kingsmana, musi stawić czoła potężnemu wrogowi, a z pomocą przyjdzie im siostrzana organizacja wywiadowcza Statesman funkcjonująca w USA pod przykrywką destylarni whiskey (zwracam uwagę na literkę „e” w amerykańskiej pisowni tego słowa). Agenci zamiast eleganckich garniturów noszą dżinsy, flanelowe koszule, kowbojskie buty, kapelusze i okulary kierowców ciężarówek. Taki pretekst, żeby zobaczyć Channinga Tatuma i Jeffa Bridgesa, noszących głupawe ksywy Tequila i Champ, mówiących z południowym akcentem. Przez góra dziesięć minut na ekranie. Halle Berry (Gigner) sprowadzona zostaje do roli Merlina (Mark Strong), czyli przez kilka minut nawija sprzed ekranu komputera. Tyle było gwiazd Hollywood, czek skasowany i do domu. Na szczęście Pedro Pascal (Whiskey) ma więcej do zagrania i jego postać okazuje się przez chwilę dwuwymiarowa. To miła odmiana w paradzie papierowych, słabo napisanych bohaterów oraz byle jakiego aktorstwa, co jest kolejnym gwoździem do trumny tej produkcji.

kingsman_zloty_krag_03

Nigdy nie byłem fanem Tarona Egertona i tu też mam do niego poważne wątpliwości. Przyszło mu zagrać trochę bardziej skomplikowane emocje i chłopak wymięka. Kiedy próbuje się wzruszyć albo przejąć właściwie nie widać na jego twarzy głębszej myśli. Dzieciaki w podstawówce operują lepszą gamą emocji. Robienie z siebie głupa wychodzi mu nieźle, ale nie oszukujmy się – ten przystojniak to lep na kobiecą część publiczności. Cóż, męska część też nie jest rozpieszczona jakością – Hanna Alström gra księżniczkę Tilde, dziewczynę Eggsy’ego, ale jest sucha jak wiór, a chemia między tą parą sprowadza się do uśmiechania do siebie. Chwilowo temperaturę podnosi Poppy Delevingne jako Clara w najbardziej niedorzecznym epizodzie filmu, gdy udajemy się na festiwal w Glastonbury, by bohater mógł umieścić nadajnik w jej pochwie. Gag godny Borata zasłużył na prawie dwadzieścia minut czasu ekranowego, a do akcji wnosi niewiele. Miałem też wrażenie, że Colin Firth czuje się zażenowany udziałem w tej produkcji. Cokolwiek chciał przekazać swoją podkręconą na maksa pokerową miną, zupełnie mnie ominęło. Julianne Moore sprowadziła swoją postać do groteski – psychopata to w jej wydaniu słodka pani, wydająca wyroki śmierci z uśmiechem na twarzy. Otaczające ją psy-roboty wywołują tylko zażenowanie. Kto dostarcza jej tej nieprzeciętnej technologii? Tego już się nie dowiemy. Na pewno ktoś, kto robił efekty specjalne, nie dostanie premii. Chciał trochę przyoszczędzić i film gdzieniegdzie wygląda plastikowo, zupełnie psując zabawę.

No dobra – ktoś powie – mam gdzieś dobry scenariusz, wybitne aktorstwo i oryginalność. Chcę w kinie spędzić czas na dobrej rozrywce! I pewnie by tak było, gdyby Kingsman: Złoty krąg trwał o wiele krócej niż dwie godziny i dwadzieścia minut. Rozumiem, że twórcy chcieli dać każdej ze swoich przeciętnych postaci odpowiedni czas na zabłyśnięcie, wytłumaczyć swoją mizerną i wątłą fabułę, pokazać kilka malowniczych okolic, a także dorzucić wątpliwe dylematy moralne o narkotykach i polityczne wtręty. Skutek jest jeden – z ekranu wieje nudą. Sceny akcji przekładane są długimi, mało śmiesznymi lub zupełnie nie poruszającymi sekwencjami, które nie mogą się skończyć. I gdyby nie Elton John, który dostał najlepsze teksty, nosi najlepsze kostiumy i nawet ocala życie jednego z bohaterów, spisałbym ten film na straty. Ten weteran muzyki popularnej i ikona ruchu LGBT, grający samego siebie, krzyczy w pewnym momencie to, co myślałem przez większość czasu: „co się tu, k…a, wyprawia?!”. Otóż wyprawia się bezceremonialne zarabianie pieniędzy na taniej podróbie markowego produktu.

Ocena: 4/10

Custody

A038_C008_0715P8

Jusqu’à la garde

reż. Xavier Legrand

Prawdziwy gatunkowy misz-masz, rozwijający się organicznie przed oczami widza. Na początku mamy dramat społeczny, którzy uwielbiają kręcić Francuzi. Potem oglądamy jeszcze więcej realistycznego kina, które stopniowo zaczyna przechodzić w dramat psychologiczny, dreszczowiec, a kończy się jak najstraszniejszy horror. Tym bardziej przerażający i prawdziwy, że doświadczają go codziennie rodziny na całym świecie.

Przed sędziną, w towarzystwie swoich adwokatów, spotykają się Antoine (Denis Ménochet) i Miriam (Léa Drucker), walcząc o opiekę nad niepełnoletnim synem – Julienem (Thomas Gioria). Z przedstawionych przez dzieci relacji – Julien ma pełnoletnią już siostrę, Joséphine (Mathilde Auneveu) – wynika, że ojciec jest brutalnym, nieprzyjemnym typem, który przysparza samych problemów, a każde spotkanie z nim kończy się wybuchem agresji. W słowach prawniczki mężczyzny, Antoine ma nieposzlakowaną opinię wśród kolegów w pracy, a niektóre zachowania wynikają tylko i wyłącznie z ojcowskiego instynktu i chęci opieki nad synem, która to możliwość została mu odebrana. Domyślamy się, że w czasie takich rozpraw obie strony wytaczają najcięższe działa, a bez konkretnych dowodów kończy jest to tylko jedna opinia przeciw drugiej. Sędzina w końcu przyznaje ojcu prawo do spotykania się z synem, który może z nim spędzać co drugi weekend. W tym czasie Miriam wyprowadza się od rodziców i wynajmuje mieszkanie, o którego lokalizacji nie chce powiedzieć mężowi.

Jusqu_a_la_garde_4

Xavier Legrand doskonale dobrał aktorów do swoich ról i Denis Ménochet radzi sobie perfekcyjnie, oddając niuanse swojej postaci. Antoine wygląda może jak poczciwy misiu i ma minę zbitego chłopca, ale stopniowo pokazuje swoją prawdziwą twarz ogarniętego obsesją, wybuchowego mężczyzny, manipulatora, brutala, który powinien szukać opieki psychicznej. „Stopniowo” jest tu kluczowym słowem, bo nic nie wydarza się od razu. Na początku jest to podniesiony głos, potem gesty zdenerwowania, trzaskanie drzwiami, aż sytuacja wymknie się spod kontroli. Oglądanie Léi Drucker jest równie wstrząsające – w oczach jej widać strach i przerażanie, jest niczym czujne zwierzę, które w każdej chwili może stać się ofiarą drapieżnika. Jest jednocześnie silną i opiekuńczą matką, która nie da się łatwo złamać.

Reżyser poparł swój film doskonałym rozeznaniem w temacie i w każdym ujęciu czuć autentyczność. Oszczędna i surowa forma oraz brak muzyki przybliżają produkcję do rzeczywistości. Temat przemocy domowej, brak zrozumienia ze strony władz, dziurawy system sądowniczy, doprowadzający do tragedii, obojętność sąsiadów i przyjaciół mocno rezonują w widzu. Jusqu’à la garde to być może jeden z najważniejszych filmów społecznych powstałych ostatnio w Europie.

Ocena: 9/10

Hannah

4173-052.psd

Hannah

reż. Andrea Pallaoro

Film  zaczyna się jak sequel Miłości Michaela Hanekego. Starsza para w mieszkaniu, jedzą w milczeniu obiad, zajmują się domowymi sprawami, kładą się bez słowa do łóżka. Następnego dnia wychodzą, on żegna się czule z psem, jakby miało go długo nie być. Po chwili wszystko jest jasne – kobieta odwozi swojego męża do więzienia. Być może wraca z przepustki, nie wiemy. Hannah to film niewielu słów, ale to, co trzeba, sygnalizowane jest za pomocą obrazu oraz gry aktorskiej.

3675-003-044-REDO.psd

Przez większość czasu kamera skupia się na tytułowej Hannie (wybitna Charlotte Rampling), która w milczeniu cierpi za przestępstwo popełnione przez swojego partnera (André Wilms). Co się wydarzyło nie jest do końca wyjaśnione. Jakaś kobieta puka do jej drzwi, żądając rozmowy jak „matka z matką”, bo jej syn ma ciągłą traumę. Jej karta członkowska na basen miejski zostanie anulowana. Syn nie chce jej widzieć. Za szafą znajduje pewne fotografie, które ze wstydem roztrzęsiona chowa i wyrzuca do śmietnika. Wreszcie ostatnia wskazówka zdaje się potwierdzać, czego się już domyślamy: mąż zostaje pobity w więzieniu, co często zdarza się pedofilom. To właściwie tyle wskazówek, bo Hannah nie jest przecież obrazem o jej mężu.

Hannah_1

Rampling wygrywa praktycznie cały film twarzą, pełną bólu, rozczarowania i wstydu. Słów w filmie jest niewiele, zbudowany jest on na niedopowiedzeniach i zdjęciach, skupiający się na tytułowej postaci. Rola głównej bohaterki mówi więcej niż niekończące się dialogi. Pozbawiona kontaktu z synem i wnukiem, przyjaciół i sąsiadów, jest zupełnie sama. Jej substytutem rodziny staje się niewidomy chłopak, który razem z matką mieszka w luksusowym domu, w którym pracuje jako gosposia. Większość słów, które wypowiada Hannah, pada podczas warsztatów aktorskich, w których bierze udział. Tam, gdzieś przypadkiem, wybrzmi gorzki komentarz do jej sytuacji. Widać, że tego, co najbardziej pragnie kobieta, jest zanurzenie się w jakiejś fikcji, zagranie roli innej, niż musi grać w swoim życiu – żony, wiernie odwiedzającej swojego męża. Jedną z najbardziej magicznych scen jest moment, gdy Hannah ogląda przez okno kwiaciarni scenę kręconego na ulicy filmu. Na chwilę może poczuć, że dotyka innej rzeczywistości.

Ocena: 8/10

Racer and the Jailbird

Le_fidele_2

Le fidèle

reż. Michaël R. Roskam

Matthias Schoenaerts (Z daleka od zgiełku, Rust and bone) i Adèle Exarchopoulos (Złota Palma za Życie Adeli) grają zakochaną szaleńczo parę w najnowszej produkcji Michaëla R. Roskama (Brudny szmal). Reżyser wraca do rodzinnego kraju i w Brukseli lokuje historię pięknej kierowcy rajdowej i przystojnego przestępcy okradającego banki.

Le_fidele_3

Gigi (Schoenaerts) poznaje Bibi (Exarchopoulos) podczas wyścigu samochodowego. Para umawia się na pierwszą randkę i szybko lądują w łóżku. Ojciec dziewczyny nie do końca pochwala związek z tym mężczyzną, bo wyczuwa od niego kłopoty. Nie myli się – Gigi pod przykrywką sprzedaży samochodów ma grupę przyjaciół, z którymi zawodowo napada na banki. Dziewczyna nic o tym nie wie, a on skrzętnie to ukrywa, udając że jedzie do Polski za każdym razem, kiedy ma robotę. Po jednym udanym skoku bardzo szybko przyjdzie kolejny, po którym bohater chce wycofać się ze swego zawodu. Jak wiemy z innych filmów, coś pójdzie nie tak i zamiast wyprawy do Argentyny, Gigiego czeka długa odsiadka za kratami.

Le_fidele_1

Dziwny to film, bo właściwie rozpada się na dwie części. Pierwsza jest w miarę ograna, skupia się na romansie niewinnej dziewczyny ze zbirem. Zbir – wiadomo – pod wpływem niewiasty chce się poprawić, ale nie może opuścić kumpli. Wydawałoby się, że tak to się gdzieś skończy, ale nie – w kolejnej części dzieją się dość niespodziewane rzeczy, których nie mogę zdradzać ze względów na spoilery. Powiem tylko, że publiczność przecierała oczy ze zdziwienia i wyła ze śmiechu, kiedy bohater kopnął pieska i zamiast przeprosić, uciekał przed policją.

Le_fidele_4

Logika i konsekwencja nie są mocną stroną scenariusza, bo już w pierwszych dziesięciu minutach Gigi wyznaje, po udanym seksie, że okrada banki. Dziewczyna puszcza to mimo uszu i jest bardzo zdziwiona jakiś czas później, kiedy to okaże się prawdą. Partner biznesowy ojca okazuje się przestępcą, który oferuje Bibi pewną usługę – ta zupełnie jest już potem nie wspomniana. Gigi ma w mieszkaniu kolekcję samochodzików wyścigowych – skąd? Nie wiemy. Takich dziwnych motywów, które rozsadzają wiarygodność, jest w filmie kilka. Dobrze gra natomiast dynamika głównych postaci – oboje uzależnieni są od adrenaliny, szukają jej na codzień i na swój sposób ryzykują życiem. Szkoda, że para ta zmarnowała czas na dość przeciętną produkcję.

Ocena: 5/10

Mektoub, My Love: Canto Uno

Mektoub__My_Love_Canto_Uno__1

Mektoub, My Love: Canto Uno

reż. Abdellatif Kechiche

Fabułę tego filmu można streścić w jednym zdaniu: mieszkający i studiujący w Paryżu Asim, aspirujący scenarzysta, przyjeżdża na wakacje na południe Francji, by spędzić beztroski czas z rodziną i przyjaciółmi z dzieciństwa. Za tą trzygodzinną wideo-pocztówką z urlopu stoi Abdellatif Kechiche, który cztery lata temu zgarnął główną nagrodę w Cannes za kontrowersyjne Życie Adeli. Tu również zapowiadało się, że będzie skandal, bo po dwóch minutach wrzuceni jesteśmy do sypialni, w której para bohaterów namiętnie uprawia seks. Zbliżenia, pot, pocałunki, dzika przyjemność – tak w Hollywood nie pokazuje się fizycznej miłości. Rozbudza to tylko apetyt na później. I właśnie, cały czas Mektoub, My Love: Canto Uno balansuje na krawędzi, wciągając widza w swój świat. Może niektórym widzom zabrakło spełnienia, bo pokaz zakończyły gorące oklaski mieszające się z głośnym buczeniem.

Mektoub__My_Love_Canto_Uno__4

Młodość, pożądanie, celebracja życia, wolności, kultury, rodziny i przyjaciół. Bolączki dorastania, złamane serce, zdrada, zawiść, odrzucenie, samotność. Wszystkie te określenia pasują do nowego obrazu Kechiche’a, ale można znaleźć o wiele więcej. Po raz pierwszy w swojej karierze tunezyjski reżyser posunął się tak bardzo w stronę kina Erica Rohmera, pozostawiając fabułę, punkty zwrotne, dramatyczne zagrywki fabularne na marginesie. Tu liczy się nastrój, wciągnięcie widza w świat przedstawiony, zaczarowanie go i zapomnienie o całym świecie. Na Mektoubie nie sposób zmrużyć oko, choć pozornie nic się nie dzieje. Amin (Shaïn Boumédine) najpierw przyłapuje swojego kuzyna Tony’ego (Salim Kechiouche) uprawiającego seks z Ofelią (Ophélie Bau), spędza z nią chwilę, wspominając dawne czasy, rozmawiając o jej nieobecnym narzeczonym, który jest żołnierzem. Potem dwóch bohaterów idzie na plażę, gdzie poznają dwie dziewczyny z Nice – Céline (Lou Luttiau) i Charlotte (Alexia Chardard). Tony od razu zaczyna romansować z tą drugą, Amin wymienia z Céline zalotne spojrzenia. Potem przychodzi wieczór, wspólna wyprawa do restauracji, gdzie do postaci dołączają kolejni znajomi i rodzina. Niby nic, a atmosfera jest elektryczna, ze sceny na scenę jest coraz bardziej seksowna. Alkohol, muzyka, flirt, żarty, niekończące się pocałunki na powitanie, potem także śmielsze, bardziej frywolne zachowanie.

Mektoub__My_Love_Canto_Uno__2

Od samego początku jesteśmy z Aminem, wierzymy w przeznaczenie, że on powinien być z Céline. On sam jest outsiderem, kimś kto przyjechał z Paryża w dawne strony, dlatego ogląda wszystko z zewnątrz, kuszony przez kuzyna, Ofelię, inne dziewczyny, które poznaje wieczorami. Dopiero kiedy spotka Rosjankę, z którą może porozmawiać o kinie, poczuje się w swoim miejscu. „Wszyscy tutaj dużo gadają, ale mało wiedzą” podsumuje w jednym zdaniu. Nie ma w tym złości, pychy czy poczucia bycia lepszym – on zwyczajnie szuka swojego miejsca. Kechiche nie idzie łatwą drogą, co chwila mami widza, rozbudza oczekiwania, a potem je studzi. Młodość to gra, ciągły flirt i podchody. Tak erotycznego filmu, w którym praktycznie nie ma seksu i nagich ciał, nie powstydziłby się mistrz Verhoeven.

Mektoub__My_Love_Canto_Uno__5

Mektoub, My Love urasta do bardzo lekkiej opowieści o dorastaniu i próbowaniu odnalezienia swojego powołania. Twórca wspaniale osadza akcję filmu w połowie lat 90., z rodzącą się kulturą muzyki house i techno w tle, ale też w epoce przed telefonami komórkowymi i internetem. Gdyby akcja rozgrywała się w dzisiejszych czasach, wiele tych dyskusji toczyłoby się przez internet, a dziewczyny poznawałoby się na Tinderze. Ale Kechiche kolejny raz pokazuje też swoją drugą twarz: jest podglądaczem, starszym, obleśnym panem, który lubi piękne, młode dziewczyny z okrągłymi tyłkami i w tym aspekcie nie potrafi się powstrzymać. Ujęć kamery wędrującej w górę i w dół wzdłuż ponętnego ciała Ofelii i jej koleżanek jest momentami za dużo. Jego kino ociera się o mizoginię, gdzie kobiety traktowane są jak przedmioty. Ale tylko z wizualnie – każda z postaci jest z krwi i kości, są wielowymiarowe i trzymają się życia. Reżyser patrzy, ale nie ocenia – każdego z bohaterów obdarza miłością.

W wielu widzach Mektoub, My Love będzie rezonował jako kapitalna próba uchwycenia tych mitycznych wakacji, czasu spędzonego z przyjaciółmi, podczas których ktoś komuś złamał serce, a wielka miłość okazała się niewypałem. I jeżeli wejdziemy w ten świat, trzy godziny miną jak z bicza strzelił. Pozostała część widowni może się nieźle wynudzić.

Ocena: 8/10

Angels Wear White

Angels_Wear_White__1

Jia Nian Hua

reż. Vivian Qu

Drugi film Vivian Qu jest małym arcydziełem, biorącym pod lupę niełatwy motyw gwałtu i pozycję kobiet w chińskim społeczeństwie. Nie ma tu fałszywej nuty, epatowania niepotrzebną przemocą i okropnymi detalami. Ogląda się go i tak wystarczająco niekomfortowo.

Angels_Wear_White__2

W małym hotelu w nadmorskim kurorcie dochodzi do domniemanego gwałtu dorosłego mężczyzny na dwóch dwunastolatkach. Mężczyzna wynajmuje im pokój, do którego potem wchodzi, gdy dziewczynki wypiją kilka piw. Oglądamy tą historię z perspektywy pracującej nielegalnie w hotelu dziewczyny, która najprawdopodobniej również jest nieletnia, nie ma dokumentów i boi się donieść o całej sprawie policji, bo może przez to stracić swoją posadę. Kobieta próbuje wybrnąć z sytuacji, ale nieustannie odbija się pomiędzy stróżami prawa, prowadzącą śledztwo prokurator, a lokalnymi mafiozami. W sprawę zaangażowany są też lokalne władze, więc nie wygląda na to, że rozejdzie się ona po kościach.

Angels_Wear_White__3

Vivian Qu perfekcyjnie mówi o pozycji kobiet w Chinach, które gorzko podsumowuje jedna z postaci: „jeżeli mam się urodzić ponownie, nie chcę być kobietą. Nie dam rady przechodzić przez to piekło raz jeszcze”. Upokarzane, wykorzystywane, traktowane jak przedmioty, Angels Wear White jest obrazem rozpaczy, którego doskonałą metaforą jest ogromny posąg Marylin Monroe stojący na plaży. Z jednej strony atrakcja turystyczna, z drugiej obiekt seksualny, a w końcu zawadzający komuś śmieć i słup ogłoszeniowy. Reżyserka, która wyprodukowała również świetny Czarny węgiel, kruchy lód, precyzyjnie pokazuje realia społeczno-polityczne Chin: korupcję, mafię istniejącą na równi z lokalnym rządem, pogoń za pieniądzem zaślepiającą instynkty rodzicielskie. Wspaniałe zdjęcia z ręki, z długimi ujęciami, dodają obrazowi autentyzmu. Kolejny faworyt do Złotego Lwa.

Ocena: 9/10

Sweet Country

Sweet_Country_lead

Sweet Country

reż. Warwick Thornton

Dwóch weteranów, będących ikonami australijskiego kina w jednym filmie – tylko ta perspektywa powinna przyciągnąć widzów przed ekrany. Sam Neill (Park Jurajski) i Bryan Brown (F/X) nie grają może najważniejszych ról w produkcji Warwicka Thorntona, ale trudno oprzeć się ich magnetyzmowi. Reżyser Samsona i Dalili podejmuje kolejny raz tematykę rozrachunku z brutalną i rasistowską przeszłością Australii, gdzie rdzenni mieszkańcy, traktowani jak niewolnicy przez kolonialistów, zostali niemalże zmieceni z mapy. Choć film silnie odwołuje się do ikonografii Westernu, nie wszystko jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać.

Sweet_Country_2

Bohaterem jest Sam (Hamilton Morris), Aborygen mieszkający i pracujący u Freda Smitha (Neill), religijnego i sprawiedliwego człowieka, traktującego rdzennych jak równych sobie. Fred, na prośbę Harry’ego Marcha (Ewen Leslie), który zamieszkał w sąsiedniej osadzie, użycza Sama, wraz z żoną i siostrzenicą, by pomogli mu przygotować dom i zagrodę. March jest weteranem wojennym i najwyraźniej lata spędzone na polu bitwy zostawiły rys na jego psychice: jest niestabilny, agresywny i pije na umór. Mężczyzna gwałci żonę Sama (o czym ten dowie się dopiero później) i wyrzuca parę ze swojej posiadłości. Kiedy później trafi na farmę Smitha, gdy ten jest nieobecny, dojdzie do brutalnego incydentu, w wyniku którego Sam zabija Harry’ego w obronie własnej. Dla czarnoskórego mężczyzny oznacza to pewną śmierć i wraz ze swoją partnerką postanawia uciec przed czekającym go linczem.

Sweet_Country_3

W tym rozgrywającym się w latach 20. w północnej Australii filmie Thornton przedstawia różne pokolenia mieszkańców kontynentu, uwikłanych w skomplikowane zależności. Młodsi i starsi, biali i czarni, żyją niemalże w społeczeństwu kastowym, gdzie każdy zna swoje miejsce – jedni są panami, drudzy im służą. Niczym w otwierającym ujęciu filmu – wrzuceni do jednego garnka, z podkręconą temperaturą, musi w końcu zawrzeć. Każde odstępstwo od normy traktowane jest jako zaburzenie pewnego porządku. Najmłodszemu pokoleniu, którego przedstawicielem jest Philomac, czternastoletni czarnoskóry chłopiec, przyjdzie dojrzewać pomiędzy społecznymi przemianami i konfliktem kulturowym rozgrywającym się w tym czasie w Australii. To właśnie z jego perspektywy pokazane są najważniejsze wydarzenia w filmie, jako że w nich leży przyszłość tego narodu.

Sweet Country, jak sugeruje przewrotnie tytuł, jest marzeniem o lepszym świecie, o kraju, w którym żyje się lepiej i dostatniej. Póki co, bohaterowie zmagać się muszą z surową przyrodą i otaczającymi ich zasadami. Smutny w wymowie, doskonale zrealizowany film, gdzie muzykę zastąpiły dźwięki natury, zostanie na długo w pamięci widzów.

Ocena: 8/10

Książę i dybuk

The_Prince_and_the_Dybbuk_2

Książę i dybuk

reż. Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski

Michał Waszyński to postać dziś zapomniana, o której głośno było w polskim świecie filmowym dwudziestolecia międzywojennego, a dziś jest jednym z nazwisk, którego uczą się studenci filmoznawstwa. Jednak fascynująca historia tego człowieka zasługuje na więcej niż krótką notatkę w podręczniku. Elwira Niewiera i Piotr Rosołowski zrealizowali kapitalny dokument, który uchyla rąbka tajemnicy i pozwala lepiej zrozumieć mężczyznę, którego w powojennych Włoszech nazywano Polskim Księciem.

The_Prince_and_the_Dybbuk_4

Twórcy filmu odwiedzili kilka krajów, rozmawiali z osobami, które znały Michała osobiście lub krótko z nim pracowały. Udało im się także dotrzeć do rodziny Waszyńskiego, która obecnie żyje w Izraelu. Doskonałą ilustracją są również filmy, które na potęgę realizował bohater dokumentu: od lekkich komedii z Eugeniuszem Bodo, przez przeklęty przez Goebellsa film Dybuk, nagrania armii Andersa walczącej o Monte Casino, po wielkie hity Hollywood z Sofią Loren, Avą Gardner i Claudią Cardinale, których był producentem. Wyłania się z tego portretu postać człowieka, który równie mocno kochał tworzyć kino, co kreować fikcję w swoim życiu. Opuścił dom rodzinny w młodym wieku, wyrzekł się nazwiska i wiary, co prześladowało go potem latami. Choć udało mu się rozpocząć zupełnie nowe życie w Rzymie, otoczyć wianuszkiem miłośników, gwiazd, a także stworzyć rodzinę, był osobą niezwykle skrytą i samotną. Przyglądanie się jego filmom z tej perspektywy otwiera do nich nową ścieżkę interpretacji.

Książę i dybuk jest znakomicie nakręcony, dobór materiału jest przemyślany i pozostawia zdrowy niedosyt. Niebanalnie zmontowany, trzyma widza w ciągłej ciekawości. Prawdziwa historia rodem ze szpiegowskiego filmu. Waszyński byłby z tego dumny

Ocena: 8/10

Loving Pablo

_MG_2324.CR2

Loving Pablo

reż. Fernando Leon de Aranoa

Nośna postać Pablo Escobara trafia na duży ekran w świetnej obsadzie, chcąc bez wątpienia przekuć sukces serialu Narcos Netflixa na dobre wyniki w kinach. Pomóc mają Javier Bardem jako król narkobiznesu oraz Penelope Cruz jako Virginia Vallejo, popularna dziennikarka i gwiazda telewizyjna, która wplątała się w burzliwy romans z Escobarem. Ich znajomość, choć początkowo była kluczem do jeszcze większej popularności oraz bogactwa, złamała jej karierę w Kolumbii oraz sprawiło, że jej życie było w bezustannym niebezpieczeństwie. Loving Pablo oparte jest na jej książce i ona jest narratorką opowieści. Akcja rozgrywa się pomiędzy początkiem lat 80., kiedy założono kartel Medelin, a 1993 rokiem, gdy Virginia w końcu opuściła swoją ojczyznę.

Wszyscy fani serialu mogą spokojnie odpuścić sobie tą produkcję, bo nie wnosi ona nic nowego do wizerunku Pablo Escobara. Nawet romans z Vallejo był tam lepiej przedstawiony. Ale faktografia i pobieżność nie są największymi wadami tego filmu, bo pewnie znajdą się tacy, którzy wybiorą się do kin żeby zobaczyć parę świetnych aktorów na ekranie. Penelope jest naprawdę dobra i znakomicie radzi sobie z flirtowaniem, byciem gwiazdą i przerażeniem. Natomiast Bardem wiele razy wygląda raczej jak karykatura niż ambitny patron. Chyba głównie przez swoją tuszę i maskę, zniekształcającą jego twarz. Jeszcze zapomniałbym wspomnieć (co mówi samo za siebie) o postaci granej przez Petera Sarsgaarda – jego agent Neymar wydaje się być zupełnie bezużytecznym pionkiem w walce z Escobarem. Ale cóż, trzeba było obstawić jakiegoś Amerykanina w obsadzie.

Ze zrozumiałych względów dla widzów w krajach anglojęzycznych powodów większość dialogów toczy się w języku Szekspira (w Ameryce ciężko sprzedać film z napisami). To może być jednak strzał w stopę, bo aktorzy mówią z tak ciężkim hiszpańskim akcentem, że naprawdę trudno ich zrozumieć. Dodanie napisów przekreśli cały sens tego zabiegu. Poza tym do wartości produkcyjnych nie ma większych zastrzeżeń – dobre zdjęcia i malownicze lokacje sprawiają, że obraz jest miły dla oka. Ale nic poza tym.

Ocena: 40/100

mother!

null

mother!

reż. Darren Aronofsky

Wielu do Wenecji przyjechało właśnie zobaczyć ten, a nie inne filmy. Aronofsky, trzy lata po nieudanym Noe: Wybrany przez Boga, powraca tytułem bliższym horrorowi, choć o konwencjonalnym kinie gatunku u tego twórcy nie może być mowy. Co wcale nie znaczy, że reżyser stracił zainteresowanie wiarą i jej różnymi aspektami. mother! głęboko utkany jest wieloma religijnymi odwołaniami, nawiązuje również do kultury, sztuki i innych produkcji w tym stylu. Ten gęsty i mroczny jak smoła film interpretować będziemy jeszcze na długo po premierze. Spróbujmy za to na gorąco zrozumieć, o co do końca twórcy Czarnego łabędzia chodzi.

null

mother! zaczyna się od ujęcia płonącej kobiety, a następnie kryształu umieszczanego w specjalnym uchwycie w zniszczonym domu przez mężczyznę. Magiczna siła tego kamienia odnawia budynek, który spod zgliszczy znów nabiera kształtów. Trafiamy do sypialni, gdzie pod prześcieradłem widzimy sylwetkę kobiety, która właśnie się budzi i krzyczy „Baby?”. Słowo te ma dwa znaczenia – może chodzić o dziecko, albo o ukochanego – i w tym przypadku nie mamy wątpliwości, że postać określona w napisach jako „matka” (Jennifer Lawrence), szuka w ogromnym, skrzypiącym domu swojego męża. „On” (Javier Bardem) jest uznanym poetą i pisarzem, borykającym się z kryzysem twórczym. Mieszkają na zupełnym pustkowiu, pośród zielonych traw, bez drogi dojazdowej, sąsiadów i zasięgu telefonów komórkowych. „Matka” pracuje nad wykończeniem ich posiadłości, on próbuje tworzyć. Wieczorem do drzwi puka niespodziewany gość – „mężczyzna” (Ed Harris) szukał hotelu, a trafił przypadkiem do nich. „On” postanawia go ugościć na noc, mino zrozumiałego sprzeciwu „matki”. Po chwili panowie rozmawiają jak starzy znajomi, upijają się wspólnie, kończąc wieczór z „człowiekiem” wymiotującym do toalety. Następnego dnia do drzwi zawitają kolejni goście: żona „mężczyzny” (kradnąca każdą scenę Michelle Pfeiffer), seksowna i arogancka, namawiająca „matkę” na danie mężowi dziecka, oraz ich synowie (Brian Gleeson i Domhnall Gleeson), wpadający z pretensjami dotyczącymi zostawionego im spadku. Bijatyka pomiędzy rodzeństwem kończy się śmiertelnym ranieniem jednego z nich. Koszmar dziejący się na oczach „matki” wydaje się nie mieć końca. A to dopiero początek.

null

Aronofsky bardzo umiejętnie korzysta z wizualnych i dźwiękowych elementów metafizycznego horroru oraz motywu nawiedzonego domu. Każda z postaci ma w sobie coś mrocznego, co będzie manifestowało się oszpeconym ciałem, chorobą, perwersją czy przemocą. Pojawiają się nawiązania do Lśnienia Kubricka oraz Dziecka Rosemary Polańskiego. Zdarzenia, rozgrywające się w domu bohaterów, są niczym koszmar, z którego nie można się obudzić. Atmosfera robi się coraz bardziej gęsta, napływu ludzi nie można zatrzymać, sytuacja wymyka się spod kontroli. W pewnym momencie przez dom przetaczają się wojny, protesty, zamienia się w więzienie, schron i kościół. Sam budynek natomiast został wyposażony we wszelkiego atrybuty żywego organizmu: podłogi skrzypią, rury dzwonią, deski w podłodze mają krwawiącą ranę w kształcie waginy – dom zdaje się oddychać, wibrować i cierpieć na równi z tytułową bohaterką. Jennifer Lawrence radzi sobie znakomicie – ma w sobie nieskazitelną niewinność i naiwność, która pozwala lepiej zrozumieć motywację jej postaci. Pomagają również zdjęcia – ich lwia część nakręcona jest z jej perspektywy. Oczywiście, pod płaszczykiem straszącego (kilkukrotnie bardzo skutecznie) filmu skrywa się pełna znaczeń i odwołań warstwa. Próba jej odszyfrowania może okazać się conajmniej karkołomna. Ale spróbujmy.

null

Z jednej strony mother! jest opowieścią o ślepej miłości i oddaniu. Bohaterka na plakacie promocyjnym dosłownie oddaje partnerowi serce. „On” bardziej niż w nią, zapatrzony jest sam w siebie – za grzech pychy (kolejny trop) przyjdzie mu słono zapłacić. Bohater grany przez Bardema odblokowuje się dopiero po kontakcie z innymi ludźmi, czerpie z nich inspiracje, którą oddaje od razu swoim wielbicielom – tu pojawia się motyw fanatyzmu, religii i bezwarunkowego oddania swojemu przywódcy. Są odwołania do totalitaryzmu, wojny z terrorystami, konfliktów zbrojnych. Pojawiają się odniesienia do historii biblijnych, jak do konfliktu Kaina z Ablem czy raju Adama i Ewy, który rozpada się zaproszeniu do niego szatana. W drugiej części film nawiązuje do Nowego Testamentu, mesjasza, przebaczenia za grzechy, wracając do sprawdzonej, dobrej, starotestamentowej kary. Natomiast cała opowieść ubrana jest w pewną cykliczność, która dominuje w przyrodzie. W ten sposób interpretować można „matkę” jako Gaję lub Ziemię, która wbrew niszczącej sile człowieka potrafi się odradzać. Uff…

Po zebraniu powyższych myśli można odnieść wrażenie, że w tym dwugodzinnym tytule Darren Aronofsky postanowił zawrzeć wszystkie swoje fobie i motywy z poprzednich produkcji. W pewnym momencie jest od tego tak gęsto, że materiał przerasta opowieść i niczym filmowy budynek zaczyna istnieć własnym życiem. Rozbuchana treść i forma rozsadzają jakiekolwiek znane ramy gatunku filmowego, co jest plusem. Bez wątpienia mother! jest przedsięwzięciem ambitnym, nietuzinkowym, ale momentami popadającym w pretensjonalność. Twórca dał się ponieść własnej pysze, wierze w nieomylność, przez co naraził się niezrozumienie, momentami na niezamierzoną śmieszność. Odbiorcy jego filmu wyjdą z kina oczarowani i oświeceni lub zdezorientowani i zirytowani. Dla kina jako sztuki wiadomość to znakomita. Nie ma nic gorszego jak produkcja, która pozostawia widza obojętnym. O mother! dyskutować się będzie jeszcze bardzo długo.

PS. Poniższą ocenę proszę potraktować bardziej niż zazwyczaj subiektywnie.

Ocena: 8/10