Podarować życie

podarowac_zycie_lead

Heal the Living

reż. Katell Quillévéré

Jeżeli mam typowować w tym roku jedną sekwencję otwierającą, dla której warto wybrać się do kina, to jest to bez wątpienia pierwsze dziesięć minut filmu Podarować życie. Z nastolatkiem, budzącym się nad ranem w łóżku swojej dziewczyny, wychodzącym ukradkiem oknem, w ostatniej chwili robiącym słodko śpiącej partnerce zdjęciem telefonem komórkowy. Chłopak potem mknie na złamanie karku rowerem pustymi ulicami, by w centrum spotkać dwóch przyjaciół. Chłopcy w starym vanie zmierzają nad morze. Wskakują w pianki, biorą pod pachy deski surfingowe i wypływają, by zmierzyć się z falami. Bijąca z tej sekwencji wolność, energia i ekscytacja, trudna jest do oddania w jednym zdaniu. Reżyserce udało się nie tylko zbudować empatię z pokazanymi na ekranie postaciami, ale też uchwycić coś, co można zdefiniować jako „życie”. Które chwilę później zostanie drastycznie zakończone.

podarowac_zycie_04

Po tym preludium rozpoczyna się właściwy film, medyczny dramat z całą plejadą postaci o tym, jak serce jednej osoby trafia po jej śmierci do kogoś zupełnie innego. Oparty na bestsellerowej powieści Maylis de Kerangal „Reperować żywych” (i obdarzony dość pretensjonalnym, polskim tytułem) obraz jest na poły udaną agitką na rzecz dawców organów. Jak z każdym filmem propagandowym, tak i tutaj twórcom uciekła gdzieś wąska perspektywa na rzecz szerszego obrazu. A w tych małych obserwacjach i detalach tkwi siła Podarować życie.

podarowac_zycie_02

Film Katell Quillévéré nabiera kolorów za każdym razem, gdy głębiej poznajemy Simona (Gabin Verdet), chłopaka ze wspomnianej sekwencji otwierającej, i jego przeszłość. Widzimy na przykład scenę pierwszego spotkania z jego przyszłą dziewczyną, kiedy on chce zaimponować wybrance i ściga się z jadącym pod stromą górę tramwajem. Obserwujemy też cierpienie jego rodziców (Emmanuelle Seigner, Kool Shen), nie tak dawno temu rozwiedzionych, których śmiertelny wypadek syna gdzieś znów do siebie zbliży. Przyglądanie się zmaganiom tej rodziny, która podjąć będzie musiała niełatwą decyzję, oscylowanie wokół wątpliwości, jest najmocniejszym elementem filmu.

podarowac_zycie_03

Podarować życie nie kończy się wcale na jednym wątku, bo reżyserka elegancko wprowadza w narrację lekarzy, medyków, paramedyków i biurokratów zaangażowanych w cały proces, dając nawet pielęgniarce wiarygodne tło emocjonalne przez „pięć sekund w windzie”. Ten wątek prowadzi w końcu do potencjalnej odbiorczyni organu – Claire (Anne Dorval), byłej muzyk, cierpiącej na degeneracyjną chorobę serca. W scenach z udziałem tej kobiety, jej dwóch synów i byłej kochanki, tkwi wiele świetnie uchwyconych emocji, które pozytywnie rezonują w widzu. Quillévéré udaje przy tym, że między tymi trzema wątkami nie ma żadnego głębszego połączenia, a pokazując drobiazgowo drogę, jaką pokonać musi ludzkie serce, od momentu kiedy zapadnie decyzja o operacji, odwraca naszą uwagę od wątków metafizycznych. A jednak, mimo wszystko, właśnie w tym niewypowiedzianym tkwi największy banał, pewna oczywistość, rozgrywająca się na oczach widza. Jedno stracone życie prowadzi do uratowania innego. Metafizyka wisi w powietrzu. „Jego siła i energia będą z nią”. „Ma drugą szansę w życiu”. „Podaruj komuś przyszłość”. Do głowy cisną się różne inne hasła reklamowe i po zakończeniu niemalże czujemy się zobligowani, żeby zapisać się do klubu dawców narządów.

Rozumiem, co zamierzała osiągnąć Katell Quillévéré w Podarować życie i w wielu momentach poddałem się tej pomysłowo skonstruowanej i dobrze zagranej historii. Szkopuł w tym, że co chwila pojawiają się w niej jakieś zgrzyty, wybijające z rytmu – wybaczcie puentę – serce opowieści. Bo to ani dwa ujmujące dramaty rodzinne, ani szpitalna opera mydlana. Unosząca się nad obrazem filozoficzno – pozytywistyczna debata niweczy wszelkie subtelności opowiadanej historii.

Ocena: 6/10

Volta

Volta_01

Volta

reż. Juliusz Machulski

Oglądanie najnowszego filmu Machulskiego przypomina mi trochę słuchanie utworów Budki Suflera. Zespołu, który nagrał kilka niezłych przebojów dawno temu, a obecnie odcina kupony od tamtej sławy. Co nowsze nagrania są tylko cieniem poprzednich i w najlepszych momentach są kopiami starych hitów, w najgorszych – odstającymi od współczesności, zramolałym nudziarstwem. Tak dokładnie jest z Voltą – potrafi bawić jak za czasów Va Banque, ale przez większość czasu ciągnie się jak zlepek skeczy Kabaretu Moralnego Niepokoju – tych słabszych, niestety.

A zaczyna się nieźle, od parodii teleturnieju, oglądanego przez Brunona Voltę (Andrzej Zieliński). Bohater, mistrz PR, tworzenia wizerunków, ale też wyłapywania przekrętów w grach telewizyjnych, wprowadza nas w groteskowy świat prywatnych mediów i wielkiej polityki. Volta pracuje nad wizerunkiem ubiegającego się o stołek Prezydenta RP Dolnego (Jacek Braciak), skończonego idioty, który plecie głupoty w stylu największych polskich polityków. Na placu gry pojawia się korona Kazimierza Wielkiego – znaleziona przez przypadek w Lubelskim mieszkaniu na starówce przez Wiki (Olga Bołądź), uciekinierkę z więzienia. Jej droga przeplata się z Agą (Aleksandra Domańska), która jest dziewczyną Volty. A ten dostrzega w owej koronie szansę na przypieczętowanie zwycięstwa swojego podopiecznego jako manifestację jego polskości.

Zobacz również: recenzja filmu Pokot Agnieszki Holland

Zaczyna się prawdziwa gra pomiędzy różnymi postaciami – kto kogo wyroluje, komu uda się kogo zrobić w jajo. Finał łatwo przewidzieć, jak słyszany po raz setny dowcip wujka na imprezie rodzinnej. Śmiać się można, ale raczej to uśmiech zażenowania.

Volta przez pierwsze pół godziny potrafi być całkiem przyjemnym widowiskiem, ale im dalej w las, tym gorzej. Zamiast umiejętnie budować napięcie i akcję, Machulski stopniowo traci impet i wdaje się w rozwlekające film epizody i dygresje. Ja rozumiem, że historia tego, jak korona znalazła się w Lublinie, jest ważna dla akcji, ale zupełnie rozbija produkcję.

Volta_02

Podobnie z kolejnymi żarcikami, rodem ze słabych skeczy komediowych. Ogólnie czuję, jakbym oglądał jakąś przeciętną, telewizyjną produkcję, silącą się na „coś więcej”. Momentami jest zabawnie, ale poza „haha” i lekki uśmiech na twarzy nie wychodzimy. I to przy pozytywnym nastawieniu do filmu. Aktorzy nie mają tu za dużo do roboty, bo ciekawe postacie kobiece szybko uciekają w stereotypy, a znani aktorzy i osobistości parodiują samych siebie (Pazura, Szczepkowska, Monika Olejnik). Wiszące w powietrzu napięcie seksualne między bohaterkami odłożono szybko na bok – bo przecież ukazywanie homoseksualizmu w katolickim kraju może skończyć się protestami albo jakąś innym wyklęciem. Prawdziwą katorgą jest słuchanie o tym, jak wspaniały jest Lublin, obchodzący swoje 700-lecie. I momentami mam wrażenie, że Volta i cała fabuła jest tylko pretekstem do zareklamowania tego pięknego miasta. Ale może to tylko moje wrażenie. Te ujęcia z dronów, te cudne promienie słoneczne. Taki lukrowane pocztówki śle się tylko najmniej wymagającym odbiorcom.

Ocena 4/10

Nazywam się Cukinia

image

Ma Vie de Courgette

reż. Claude Barras

Są takie filmy, które nie potrzebują za dużo czasu, by do siebie przekonać, wciągnąć, wzruszyć i zostawić widza na sali płaczącego cicho podczas napisów końcowych. Tak właśnie sprawa ma się z francuską animacją Nazywam się Cukinia, docenioną przez publiczność festiwali filmowych San Sebastian i Warszawie oraz w Cannes, gdzie obraz miał swoją premierę. Niby to propozycja dla dzieci, ale nie do końca. Tematyki tej produkcji nie powstydziłoby się kino moralnego niepokoju.

tumblr_o5whgk1uoo1rb1rgoo6_1280_standa

Tytułowa Cukinia to imię, którym woli posługiwać się Ikar, dziewięcioletni chłopiec który właśnie stracił matkę. Otwierająca sekwencja, utrzymana w tragikomicznym nastroju, świetnie wprowadza w cały film. Marzący o byciu superbohaterem chłopiec, chowający się żłopiącym piwo rodzicem, nieszczęśliwy wypadek – chłopiec kończy jako sierota i trafia do domu dziecka. A tam – niespodzianka – cała gromada podobnych jak Cukinia dzieciaków. Skrzywdzonych, samotnych, opuszczonych. Spoko, można do tego dodać żewną muzykę i uronić łezkę. Ale reżyser Claude Barras wcale nie idzie na łatwiznę.

nazywam-sic499-cukinia-bajka-animowana-dla-dzieci-dorosc582ych-o-chc582opcu-z-sierocic584ca-opinie-recenzja-filmu

Twórca przedstawia swoich bohaterów z sercem i taktem. Jest w tym portrecie słabszych coś niesamowicie budującego – są to przecież młodzi, nie do końca rozumiejący świat ludzie, którzy jednak starają się zbudować, podświadomie, nowe życie. Najpierw mozolnie budując wspólnotę w domu dziecka. Cukinia, który wchodzi w towarzystwo z zewnątrz, jest zarówno tym obcym, którego wszyscy podświadomie nie chcą zaakceptować, a jednocześnie są jego ciekawi. Dojdzie do bójki, do pojednania, do szczerych wyznań mimochodem. Przede wszystkim jest jednak zabawnie – mnóstwo scen wywołuje szczery, zdrowy śmiech. Wiele filmów dla dorosłych nie porusza takich tematów jak molestowanie seksualne, przemoc w rodzinie w tak taktowny sposób, jak Nazywam się Cukinia. Mądry, ciepły film, momentami jest zbyt słodki. Ale to tylko na chwilę, nie za długo, by nie roztopić tej wspaniałej substancji w syropie z sacharyny.

Wspaniale zrealizowana animacja, wykorzystująca technikę poklatkową, jest bardzo krótka i właściwie żal, że się kończy, kiedy historia osiąga finał. Będą łzy w oczach – gwarantuję.

Ocena: 6/10

Premiera Polska: 02/06/2017

Historia pewnego życia

historia_pewnego_zycia_lead

Una vie / A Woman’s Life

reż. Stéphane Brizé

Stéphane Brizé wyborem na temat swojego filmu zaskoczył wielu. Pozornie opowieść o dziewiętnastowiecznej kobiecie, borykającej się ze swoim życiem, niewiele ma wspólnego z realistycznymi, społecznymi produkcjami, którymi zasłynął na świecie. Choćby taka Miara człowieka, nagrodzona podczas festiwalu w Cannes, wydaje się odległa lata świetlne od opartej na powieści Guya de Maupassanta historii. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej, Historia pewnego życia ma w sobie wiele charakterystycznych dla reżysera cech wspólnych z jego innymi filmami.

historia_pewnego_zycia_02

Kiedy podglądaliśmy Vincenta Lindona starającego się znaleźć pracę, potem stopniowo przechodzącego kolejne upokorzenia, w milczeniu i z niemal kamienną twarzą, mieliśmy wrażenie że cały świat jest przeciwko niemu. Podobnie ma się z Jeanne (Judith Chemla), której dwadzieścia siedem lat przemyka nam przed oczyma przez niespełna dwie godziny. Kobietę poznajemy w latach młodości, kiedy wraca ze szkoły do rodzinnego domu. Jej opiekunowie mają pokaźny majątek złożony z wielu farm gdzieś w północnej Francji. Dobrze sytuowana młoda dama jest pełna nadziei na to, co przyniesie jej przyszłość. Kiedy dość szybko na horyzoncie pojawia się amant – baron Julien de Lamare (Swann Arlaud) zawróci jej w głowie. I choć pochodzi z dobrej, choć gorzej sytuowanej rodziny, rodzice Jeanne mają poważne obawy, co do przyszłości tego związku. Okazują się one nie bezpodstawne.

historia_pewnego_zycia_03

W dość szybkim montażu, który dynamicznie prowadzi akcję filmu, przechodzimy od romantycznych chwil na łódce, do konsumpcji małżeństwa, które jest pierwszą oznaką rozczarowania na twarzy bohaterki. Brizé ze swoją scenarzystką dokonali fantastycznej roboty, kondensując grubą powieść do tych najważniejszych momentów. Skutkiem tego w Historii pewnego życia prawie nie ma zbędnych ujęć i scen. Każdy kadr został doskonale przemyślany, choć pierwsze trzydzieści minut filmu są niezwykle dezorientujące. Reżyser, zawierzając cierpliwości i inteligencji widza, praktycznie bez żadnych wskazówek, wrzuca go w życie swojej bohaterki. Zdając się na naszą erudycję, a może na umiłowania do rozwikływania łamigłówek, bawi się swoim materiałem. Narracja nie jest linearna, skaczemy w przód i w tył i początkowo trudno jest cokolwiek z tego zrozumieć. Podczas projekcji w Wenecji wiele osób, zmęczonych tymi zabiegami, zwyczajnie opuszczało salę. Nie będę więc owijał w bawełnę, że jest to film łatwy, prosty i przyjemny, bo taki nie jest. Ale gdzieś około godziny z tej wizualnej szarpaniny zaczyna wyłaniać się obraz, w którym dostrzec można coraz więcej elementów. W ten sposób Brizé zrealizował nie tak łatwą i oczywistą sztukę malowania płótna obiektywem kamery – dzieło sztuki powstaje wprost na naszych oczach. A satysfakcja większa, że jesteśmy jego współautorami.

historia_pewnego_zycia_01

Zobacz również: Miara człowieka – recenzja filmu

Największa siła Historii pewnego życia wyłania się jednak nie z technicznych sztuczek, ale z treści i charakterów postaci, o których opowiada film. Dzięki przebiegłemu montażowi, zawiłej linii fabularnej, która jest trochę jak wspomnienia głównej bohaterki, zmieniającym się kostiumom i kolorystyce ujęć (mroczniejszej z biegiem lat), udaje nam się zajrzeć do wnętrza psychiki Jeanne. Kobieta cierpiąca na rozczarowania, ciągle jest zdradzana i oszukiwana przez mężczyzn. Od pierwszego małżonka, który nie tylko kazał siedzieć jej w zimnym domu, a przy okazji zdradzał ze służącą, przez ojca, który również nie był wierny swojej partnerce, po syna – Paula (Finnegan Oldfield), oczko w głowie, który wydoi jej miłość do ostatniego grosza. Judith Chemla zagrała swoją postać idealnie, przy niewielkiej pomocy charakteryzacji umiejętnie pokazując swą bohaterkę na różnych etapach życia. Młoda, ubrana w kolorowe suknie, roześmiana kobieta, stopniowo w zmienia się w osowiałą, opatuloną szarymi łachami starą babę. Ale nawet w momencie, gdy widzowie rozumieją, że nie ma dla niej ratunku, ona ciągle brnie w swoją ułudę: chęć uzyskania choć odrobiny aprobaty, choć iskierki nieskazitelnej miłości ze strony mężczyzn, jest silniejszy niż logiczne myślenie.

Słodko-gorzka opowieść o pewnej kobiecie, wodzonej za nos przez mężczyzn, doprowadzonej na skraj szaleństwa i bankructwa, rezonuje równie mocno w dzisiejszych czasach. Pozbawiając historię wizualnych znaczników XIX wieku, jak kostiumów czy przedmiotów codziennego użytku, otrzymujemy ciągle aktualną przypowieść o rzeczywistości brutalnie stąpającej po idealistycznych marzeniach. Ową aktualność i namacalność wzmaga dodatkowo kamera – rozedrgana, z ręki, w ciasnych kadrach portretująca bohaterów. I gdyby sto pięćdziesiąt lat temu w Normandii Maupassant miał sprzęt, by nakręcić dokument, tak być może wyglądałaby Historia pewnego życia.

Ocena: 6/10

Wonder Woman

gal-gadot-as-wonder-woman-climbing-out-of-the-trenches-1000x600

Wonder Woman

reż. Patty Jenkins

Pytanie numer 1: czy Warner Bros. uda się wycisnąć z uniwersum komiksowego DC film lepszy niż The Dark Knight? Odpowiedź jest prosta – nie. Przynajmniej nie na razie. Ale Wonder Woman jest świetnym przykładem na to, że Zack Snyder nie musi reżyserować kolejnych filmów o Supermanie i jego ekipie. Im mniej jego wpływów, tym lepiej. I gdyby Patty Jenkins dostała wolną rękę, może byłoby znakomicie.

Zobacz również: recenzja filmu Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

Wonder Woman to typowe origin story, niczym pierwszy film o Kapitanie Ameryka. Diana (zmysłowa, cudowna, piękna, magnetyzująca Gal Gadot) dostaje przesyłkę z Wayne Enterprises. W walizeczce jest oryginał zdjęcia zrobionego dziesiątki lat temu. Na nim bohaterka w towarzystwie kilku mężczyzn, ubranych w mundury żołnierskie. Fotografia wywołuje wspomininia i cofamy się do przeszłości… Rajska wyspa Amazonek, kraina wodospadów i silnych kobiet. Mała Diana, córka królowej Hippolity (Connie Nielsen) marzy o zostaniu wojowniczką, wbrew woli matki. Dziecko rozpoczyna sekretny trening pod okiem Antiopy (Robin Wright), aby kiedyś móc walczyć z odwiecznym wrogiem jej ludu – bogiem Aresem. Kilkanaście lat później spokój na wyspie zakłóca przybycie pewnego żołnierza – Steve’a (Chris Pine). Za nim podążają następni. Rozpętuje się prawdziwa walka, kule świszczą, włócznie fruwają w slow-motion, trupy padają, ale nie leje się kropla krwi (poza draśnięciem Diany). Wielka Wojna (nazwana później I wojną światową) odciska śmiertelne piętno na ojczyźnie Amazonek. Księżniczka podejmuje decyzję – trzeba skończyć z tą wojną, raz na zawsze zniszczyć Aresa i wtedy pokój zapanuje na świecie. Diana ze Stevem ruszają na front.

ntg_r1_c6v72_170418_022jt_g_r709.106832.tif

Biedna Diana nie wie, w co się pakuje. Nieobce jej są style walki wręcz, ale spotkanie z wyrafinowaną kulturą zachodniej Europy jest prawdziwym szokiem. Trzeba okryć półnagie ciało i uważać, co się mówi wśród mężczyzn. Kobiety pełnią rolę służalczą – to dla Amazonki jest chyba największa potwarz. Wiele scen, w których Diana pokazuje absurdy naszej kultury, wywoła salwy śmiechu w kinie. Podobnie, jak wymiany zdań i sceny z bohaterem granym przez Chrisa Pine’a. Z przyjemnością ogląda się film, w którym ktoś napisał zabawne dialogi – jasne, koncept stary jak świat, ale mimo wszystko dobrze się ogląda. To właściwie można powiedzieć o całej Wonder Woman – nikt tu prochu nie wymyśla i twórcy starają się raczej nie udziwniać (jednotorowa narracja, brak flashbacków). Co wychodzi filmowi na dobre.

Zobacz również: recenzja filmu Kapitan Ameryka – pierwsze starcie

Środkowa część robi najlepsze wrażenie – Diana, Steve i ich trójka towarzyszy trafiają na front. Tu księżniczka doświadczy prawdziwych okropieństw wojny. Pacyfistyczny i feministyczny wydźwięk tej produkcji idą ręka w rękę. Mężczyźni ukazani są jako manipulatorzy, którzy kierują ten świat w stronę zagłady. Jednak nie spodziewajmy się tutaj Szeregowca Ryana – aby młodzi widzowie mogli pójść do kina, reżyserka zdecydowała się unikać krwi i makabrycznych szczegółów gdzie się da. Jedyny moment rodem z horroru to maska, którą nosi jedna z postaci. Jak wiadomo, złoczyńca piękny być nie może.

WONDER WOMAN

O grającej tytułową postać aktorce mógłbym pisać poematy, sławiące jej urodę, grację i siłę spojrzenia. Gadot radzi sobie nieźle też z banalnie zarysowaną psychologią jej bohaterki. Wygrywa, co się da. Umówmy się, że Oscara z tego nie będzie, ale była modelka nie ma się czego wstydzić. Jest wystarczająco dobra, żeby nas omamić. Właśnie stała się ikoną. Wonder Woman to Gal Gadot. Kropka.

W samej końcówce filmu zaczyna się robić ciężkawo. Nie chcę nic spojlerować, ale muszę napisać, że bez tej części byłbym w stanie dać nawet dwa oczka więcej. Nawet, jeżeli nie miałoby to sensu i nie kończyło jakże zbędnym Wielkim (duże „w” nieprzypadkowe) pojedynkiem. Bo znowu są przemowy, podniosła muzyka i ujęcia rodem z BvS. Zack Snyder pewnie siedział na planie i z tylnego krzesła krzyczał: „a teraz lewitujsz!”, „a teraz kawał ziemi lewituje!”, „a teraz wszyscy latamy!”. Robi się niepotrzebnie absurdalnie. Im więcej efektów specjalnych, tym gorzej. Chyba dotykamy pewnego apogeum jeżeli chodzi o CGI, bo filmowcy starają się aż za bardzo i dużo efektów wygląda tandetnie.

Zapomniałem już prawie, jak fajne to uczucie wyjść z filmu DC i nie czuć doła albo mieć ochotę rzucić wiązanką przekleństw. Wonder Woman spełnia swoje zadanie jako dobry, rozrywkowy film, nieźle balansując humor i powagę, próbując mówić o ważnych sprawach w prosty sposób. Jasne, gdzieniegdzie oczami wywracamy, ale częściej wpatrzeni jesteśmy w perfekcyjną Gal Gadot. Choćby dla niej warto wybrać się do kina, nieważne, czy jest się mężczyzną, czy kobietą.

Ocena: 6/10

Uciekaj!

uciekaj_lead

Uciekaj!

reż. Jordan Peele

Film Jordana Peele’a, od momentu debiutu podczas festiwalu filmowego Sundance, stał się małą sensacją i hitem box officu. Jak inaczej nazwać fakt, że przy niespełna pięciu milionach dolarów budżetu zarobił już ich prawie sto dziewięćdziesiąt. Jednak to nie pieniądze są największym punktem do dyskusji – w Uciekaj! przeglądają się lęki i bolączki współczesnej Ameryki. Jak żadnemu twórcy w ostatnich latach, Peele’owi udało się powiedzieć na głos to, co wielu boi się nawet pomyśleć.

Choć reżyser w wywiadach przyznaje, że chciał nakręcić film, którego nikt jeszcze nie zrobił, nie można stwierdzić, że wynalazł proch. Szokujący tematycznie, sprytnie usłany motywami znanymi z klasyków gatunku, Uciekaj! czerpie garściami z kanonu horrorów i thrillerów, takich jak Dziecko Rosemary Polańskiego, Towarzystwo Briana Yuzny czy Kult Robina Hardy’ego. Głównego bohatera, wrzuconego w serce społeczności, która tylko z pozoru jest otwarta i pomocna, a tak naprawdę skrywa mroczny sekret, czeka prawdziwy koszmar.

uciekaj_01

Bohaterem jest czarnoskóry Chris Washington (Daniel Kaluuya, kolejny Brytyjczyk „kradnący” role Amerykanom), fotograf o artystycznych aspiracjach, który ze swoją dziewczyną Rose Armitage (Allison Williams) wyjeżdża na weekendowy wypad do jej rodziców. Piękna, biała kobieta zarzeka się, że zarówno mama i tata są bardzo tolerancyjni i „pewnie głosowaliby na Obamę, gdyby mógł startować na trzecią kadencję”. I faktycznie – w domu niczym z bajki, na zielonych przedmieściach, mieszkają starsi państwo (Catherine Keener i Bradley Whitford), którzy są dla chłopaka swojej córki przemili. Oboje wykształceni, ale na luzie – on jest neurochirurgiem, ona – psychoterapeutką, potrafiącą wyleczyć każdego palacza z nałogu poprzez hipnozę. Jest sympatycznie, kawka, ciastko, śmiechy, pokazywanie rodzinnych zdjęć („mój ojciec był świetnym sportowcem, a lepszy od niego był tylko Jesse Owens”). Przypadkiem składa się, że w ten sam weekend w domu odbywa się spotkanie ze znajomymi i przyjaciółmi, oraz zjawia się też brat Rose – Jeremy. Wszystko pięknie, gdyby nie jeden szczegół, który nie daje Chrisowi spokoju. Dla państwa Armitage pracują dwie czarnoskóre osoby, których zachowanie przyprawia o ciarki na plecach.

Zobacz również: recenzja horroru The Witch

Peele od samego początku, czyli od sceny, w której Afroamerykanin spacerujący po przedmieściach zostaje porwany przez zamaskowanego człowieka, buduje atmosferę filmu. Zręcznie po drodze podrzuca wiele motywów, które później powracają w dość przewrotny sposób. Jak choćby wątek z potrąconym w drodze do rodziców jeleniem – poroże tego zwierzęcia odegra ważną rolę w finale. Albo historia z dzieciństwa Chrisa, kiedy stracił matkę. Przy uważnym oglądaniu odnaleźć można wiele niezwykle ciekawych tropów, które pokazują, jak przemyślanym i dopracowanym filmem jest Uciekaj! Tym bardziej rzecz ważna odnotowania, że do czynienia mamy z debiutem!

uciekaj_02

Konstrukcyjnie film jest zwarty i konsekwentny, ale tylko w dwóch trzecich, bo finał osłabia ogólnie dobre wrażenie. Przez większość trwania projekcji mamy wrażenie obcowania z czymś świeżym i odważnym, pełnym twórczych odwołań, natomiast pod sam koniec niepotrzebnie skręca w aleję zarezerwowaną dla filmów klasy B. Reżyserowi udaje się skutecznie grać z przyzwyczajeniami widza, mieszać horror z czarną komedią, kruszyć patos wizualnymi lub słownymi gagami. Jednak w najlepszych momentach Uciekaj! potrafi być mroczny jak smoła – i tutaj dochodzimy do głównej tematyki filmu.

Twórcy horroru z brutalną szczerością portretują współczesne Stany Zjednoczone, które udają, że dyskusja dotycząca pozycji Afroamerykanów w społeczeństwie jest zamknięta. Kontrowersyjnie wywlekają na wierzch największe obawy białych, ukazując ich jako inteligentne, bogate, ale starzejące się i snobistyczne towarzystwo, bojące się utraty swojej pozycji, walczące o zachowanie status quo. Uciekaj! traktować można jako swego rodzaju ostrzeżenie – spychanie ważnych problemów do podświadomości, ignorowanie pewnych zachowań i brak współczucia, prowadzą w końcu do tragedii.

Przez część widzów – albo raczej przez osoby, które go wogóle nie widziały – film odebrany został jako rasistowski. Takie spojrzenie, które wywołuje reakcję odmienną od oczekiwanej, jest tylko potwierdzeniem słuszności tego, że taki obraz powstał. Kino gatunku od zawsze działało jako wentyl bezpieczeństwa, reagując na sytuacje społecznie i polityczne. Produkcja Peele’a jest tym szlachetnym przykładem ważnego, zaangażowanego filmu, który równocześnie jest kapitalną, świetnie zrealizowaną rozrywką. Którego nie należy do końca traktowań poważnie, ale jednocześnie nie sposób całkowicie zlekceważyć.

Ocena: 8/10

You Were Never Really Here

YOU WERE NEVER REALLY HERE - LYNNE RAMSAY

You Were Never Really Here

reż. Lynne Ramsay

Jeszcze przed pokazem filmu Lynne Ramsay krążyły plotki, że reżyserka dramatu Musimy porozmawiać o Kevinie ciągle pracuje nad finalną wersją swojego nowego obrazu i zobaczymy jeszcze niedokończoną kopię. To prawda, brak napisów końcowych i dodana w ostatniej chwili ścieżka dźwiękowa autorstwa Johnny’ego Greenwooda (członek grupy Radiohead) mogły sugerować, że film czeka kilka technicznych poprawek. Nie wydaje mi się jednak, żeby You Were Never Really Here trzeba było jakoś diametralnie przerabiać. Pokazany w konkursie głównym tytuł ma w sobie surowość i energię, której brakuje w dzisiejszym kinie wielu doświadczonym reżyserom. Twórczyni instynktownie pojmuje formułę, że fabularnie w filmie nie trzeba wszystkiego wyjaśniać, zostawiając miejsca na niedopowiedzenia. A montaż, dźwięk oraz zdjęcia tworzą unikalną całość, współgrając ze sobą znakomicie. A aktorzy? Znane nazwiska są o tyle ważne, co świeże i młode twarze. Lynne Ramsay panuje nad wszystkim silną, pewną ręką.

You Were Never Really Here ma w sobie coś z Taksówkarza, Leona zawodowca i Drive. Joaquin Phoenix wciela się w Joe’ego, człowieka do wynajęcia, zajmującego się odbijaniem dzieci z rąk porywaczy, pedofilów i handlarzy żywym towarem. Mężczyzna kiedy nie realizuje niebezpiecznych zleceń, zajmuje się swoją starzejącą się matką (Judith Roberts). Bohater wraca z Cincinnati z raną na ramieniu, ale szybko pojawia się kolejna robota. Organizator jego brudnych aktywności John (John McDoman) powierza mu odnalezienie trzynastoletniej córki senatora Votto (Alex Manette), która najpewniej uprowadzona została przez kogoś zajmującego się prostytuowaniem nieletnich. Joe bez wahania podejmuje się wykonaniu zadania, nie widząc, w co jaki chaos się pakuje.

Streszczenie tej historii sugeruje brak oryginalności, ale wcale nie oddaje wielowarstwowości produkcji. Ten momentami brutalny film ma wizualne wskazówki, krótkie wstawki montażowe, które są przebłyskami z przeszłości Joe’ego, budują dodatkowe znaczenia. Z tych skrawków możemy dowiedzieć się, kim był w przeszłości bohater (żołnierz służący w Iraku lub Afganistanie, agent FBI) oraz jak jego dzieciństwo i trauma spowodowana przez ojca – oprawcę ukształtowała jego psychikę. Postać grana przez Phoenixa od samego początku jest ambiwalentna: na podstawie kilku ujęć (zbroczony krwią młotek, zdjęcie młodej Azjatki, należąca do kogoś złota biżuteria) nie wiemy, czy czasem nie jest zimnym mordercą, zabijającym dzieci. Jego zmęczona, zarośnięta gęstą brodą twarz, nie zdradza zbyt wiele emocji. Ramsay daje dzięki flashbackom daje nam unikalny wgląd w psychikę tego człowieka. Nie zdziwi nas zatem fakt, że ten zdeterminowany, świetnie wyszkolony taktycznie człowiek co chwila szuka okazji do popełnienia samobójstwa. Matka wydaje się być jedyną osobą, która trzyma go przy życiu.

You_Were_Never_Really_Here_lead1

Towarzyszący Phoenixowi aktorzy nie odwracają naszej uwagi i są raczej rzetelnymi wypełniaczami. Inaczej rzecz ma się z grającą uprowadzoną dziewczynkę Ninę Ekateriną Samsonową. Aktorka ma w sobie to samo dzikie spojrzenie, połączone z niewinną twarzą, które miały w przytoczonych wyżej filmach Natalie Portman i Jodie Foster na początku swojej kariery. Jej rola, krótka, ale kluczowa, jest jednym z jaśniejszych punktów produkcji.

Cenię sobie odwagę Ramsay na igranie z przyzwyczajeniami widza, na ciągłym wizualnym trzymaniu go w szachu. Kilka scen to prawdziwe majstersztyki. W obydwu reżyserka używa motywu muzycznego, który tnie niesynchronicznie z obrazem (w ścieżce dźwiękowej przy każdym cięciu powstają sekundowe dziury i przeskoki, niczym w zacinającej się winylowej płycie). Ten zabieg ma świetny efekt, burzący rytm sceny, dodający jej szorstkości i mam nadzieję, że twórczyni nie pokusi się na wypolerowanie tego efektu przed upublicznieniem finalnej wersji tego obrazu.

Kilkakrotnie w tym roku w Cannes okazało się, że kino gatunków ciągle może być interesujące, mimo iż wałkuje ono utarte schematy. Dzięki takim twórcom jak Lynne Ramsay wiemy, że sztuka przez duże S w filmie nie oznacza nudy i pretensjonalności. Odwaga i łatwość w badaniu granic sztuk wizualnych charakteryzuje najlepszych autorów kina. Brytyjska reżyserka na pewno się do nich zalicza.

Ocena: 9/10

Film wyróżniony został podczas 70. Festiwalu Filmowego w Cannes 2017 dwoma laurami: Lynne Ramsay otrzymała nagrodę za Najlepszy scenariusz, a Joaquin Phoenix – za Najlepszą rolę męską

The Beguiled

the_beguiled_03

The Beguiled

reż. Sofia Coppola

The Beguiled Sofii Coppoli to oparty na książce Thomasa P. Cullinana film opowiada o pewnym epizodzie z wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych z XIX wieku. Dziejąca się w jednym miejscu akcja i kostiumy zawsze grożą tym, że otrzymać możemy dobrze obsadzony teatr telewizji. Powieść zaadaptowana na ekran została już wcześniej, w 1971 roku – w Oszukanym główną rolę zagrał sam Clint Eastwood. Reżyserka Między słowamizarzekała się jednak, że nie robiła remake’u, choć siłą rzeczy jej produkcja będzie z poprzednim tytułem porównywana. Wynik jej pracy jest dobry i śmiało stanąć może obok produkcji Dona Siegela.

Filmowy zmysł Coppoli czuć od pierwszych ujęć, kiedy to kamera towarzyszy młodej dziewczynce zbierającej grzyby w lesie. Obiektyw od razu ukazuje duszny nastrój tej części kraju, z dębami oraz wiszącymi z nich złocistymi oplątwami i pięknym, miękkim światłem padającym przez gałęzie. Obok głosu dziecka nucącego piosenkę, w tle co chwilę eksploduje huk dział. Front jest bardzo blisko, jesteśmy w trzecim roku trwania bratobójczej wojny między Północą i Południem. Amy (Oona Laurence) natrafia na coś więcej, niż grzyby – schowanego w gąszczu rannego John McBurney (Colin Farrell), żołnierza wojsk Północy. Mężczyzna prosi o pomoc, a ponieważ jest wyjątkowo miły, dziewczynka, kierowana chrześcijańskim miłosierdziem, postanawia mu pomóc. Zabiera go do nie tak odległego seminarium dla młodych dam, prowadzonego przez Marthę Farnsworth (Nicole Kidman), w którym nauczycielką jest Edwina Dabney (Kirsten Dunst), a uczy się w sumie pięć młodych dziewczyn w różnym wieku – najstarsza z nich to Alicja (Elle Fanning). Wbrew pierwszemu instynktowi kobiety decydują się nie wydać żołnierza swoim wojskom, ale zaopiekować się nim do momentu, jak nie wyzdrowieje. Pojawienie się mężczyzny w domu zaburzy rytm i spokój codziennych obowiązków.

THE BEGUILED - SOFIA COPPOLA_02

Nie przepadam za pisaniem o tym, jak to kobieta w roli reżyserki zadbała o bardziej feministyczny wymiar oglądanej historii, ale nie da się uciec od tego stwierdzenia w przypadku The Beguiled. Coppola skupia się na pokazaniu, jak samotne panny w różnym wieku reagują na męską obecność. John jest dla nich symbolem czegoś, co było ostatnio nieobecne ze względu na wojnę – seksualnej świadomości, pożądania, flirtu, zainteresowania płcią przeciwną. Postać Farrella ma w sobie mnóstwo delikatności, szarmanckich manier i łagodności, co ułatwia z nim kontakt. Jednocześnie, przez silne, szorstkie dłonie, wyrazistą urodę i Irlandzki akcent jest w nim coś zwierzęco uwodzącego. McBurney to typowy czaruś, który znalazł sposób na każdą z kobiet w domu – nawet najmłodsze mieszkanki wydają się nim zafascynowane. Dla tych starszych jest nieobecnym mężem lub narzeczonym, który zginął w czasie wojny z Południem. Te młodsze traktują go jako starszego brata, opiekuna, a może nawet ojca. Z fascynacją oglądamy, jak panny pstrzą się w najlepsze suknie, ubierają biżuterię i odświętne broszki, by tylko zwrócić na siebie uwagę. Jankes prowadzi jednak bardzo niebezpieczną grę. Wkrada się do serc kobiet głównie z praktycznego powodu – chciałby zostać w domu jako gość, może jako ogrodnik, ale nie chce wpaść w ręce wroga. Taki plan ma Martha – czekają tylko, aż stan ich gościa się poprawi. To nie miłość motywuje jego działania – to strach przed śmiercią. Zresztą w ten sposób przetrwał pole walki – zwyczajnie z niego uciekając.

Zobacz również: Recenzja filmu Somewhere. Między miejscami

Film wyraźnie rozpada się na dwie części i można mieć zarzuty, że pierwsza z nich jest dość leniwa rozwija się ślamazarnie. Ujmuje jednak to, z jakim spokojem i konsekwencją Coppola pokazuje swoje bohaterki, każdej z nich dając więcej niż trzecioplanową rolę. Ale to w czworokącie Kidman – Dunst – Fanning – Ferrell tkwi kluczowe napięcie dla rozwoju akcji. Elle kradnie każdą scenę swoim szelmowskim uśmiechem, Nicole – stoickością i bezpośredniością, a Kirsten – dawno nie widzianą w jej rolach delikatnością i naiwnością. Colin wypada niestety tylko przeciętnie, ale głównie przez ograniczone ruchy jego postaci.

Nie do końca przekonały mnie kręcone przy naturalnym oświetleniu świec zdjęcia we wnętrzach. Są niezwykle ciemne i aż prosi się o to, by ktoś zapalił jakąś lampkę na naftę.

Reżyserka Marii Antoniny nie wyjedzie raczej z Cannes ze Złotą Palmą, ale może jakaś niespodziewana decyzja sprawi, że The Beguiled otrzyma którąś z mniejszych nagród. Tak czy inaczej, gorące nazwiska obsady i twórczyni na pewno sprawią, że produkcja osiągnie przyzwoity wynik w box officie.

Ocena: 7/10

Sofia Coppola otrzymała Nagrodę za reżyserię podczas 70. Festiwalu Filmowego w Cannes 2017. Była to dopiero druga w historii imprezy nagroda dla kobiety w tej kategorii.

Loveless

loveless_02

Nelyubov

reż. Andriej Zwiagincew

Andriej Zwiagincew ze swoim Loveless (Nelyubov) trafił do canneńskiego konkursu niemal w ostatnie chwili, bo zdjęcia do produkcji ukończył na początku kwietnia, tylko kilka dni przed terminem zgłaszania filmów na festiwal. Doskonale się złożyło, bo autor jest jednym z najważniejszych twórców we współczesnym kinie, nie tylko rosyjskim. Lewiatan, za który to tytuł otrzymał w Cannes w 2014 roku nagrodę za scenariusz, był filmem równie dobrym – zatem jaki laur przypadnie jego najnowszemu dziełu?

Temat braku miłości, powierzchowności ludzkich relacji i samotności pojawia się u Zwiagincewa nie po raz pierwszy. Podobnie z krytycznym spojrzeniem na rodzimą Rosję, które tutaj jest raczej tłem, niż samym w sobie motywem. Bez tych wszystkich elementów Loveless byłoby zupełnie innym filmem, bo reżyser pracuje niczym perfekcjonista. Każdy wątek, słowo, ujęcie, ma znaczenie. Niby od niechcenia ustawia kamerę, ale po chwili dokonuje delikatnego najazdu, burząc statyczność. Kadry są przemyślane, nie ma w nich miejsca na przypadek. I jeżeli widzowi udało się coś wyłapać, na pewno ten drobny szczegół ma jakieś znaczenie.

loveless_01

Loveless opowiada o rozpadzie rodziny, takiej małej apokalipsie, która rozgrywa się na tle innych wydarzeń. Zhenya (Maryana Spivak) i Borys (Alexei Rozin) są w trakcie rozwodu. Oboje znaleźli sobie nowych partnerów, choć ciągle ze sobą mieszkają. Ich każda rozmowa to lista oskarżeń, żali, wylewanie żółci i oskarżenia o utracone lata życia. Ona spędza coraz więcej czasu ze starszym od niej, bogatym kochankiem, którego dorastająca córka uczy się za granicą. On ma młodszą kobietę, która już teraz oczekuje jego dziecka i wymaga coraz więcej uwagi. Oboje, podczas kłótni w mieszkaniu, starają przerzucić na siebie odpowiedzialność za dwunastoletniego syna. W mistrzowsko zaaranżowanej scenie widzimy, jak Alexey (Matvey Novikov) reaguje na usłyszaną rozmowę. Na twarzy chłopca widzimy niewysłowioną rozpacz, która niemalże łamie widzowi serce.

Ale niczego nieświadomi rodzice kontynuują swoje beztroskie życie. Zhenya poddaje się zabiegom kosmetycznym w salonie, w którym pracuje, przed spotkaniem z kochankiem, wspólnym wyjściem do wystawnej restauracji i spędzeniem u niego nocy. Borys zastanawia się, jak zachować w tajemnicy przed radykalnie chrześcijańskim szefem fakt, że będzie brał rozwód. Po czym spotyka się z ciężarną partnerką – ukoronowaniem tego jest namiętna scena seksu między tym dwojgiem.

W międzyczasie Alexey znika. Niedoszli rozwodnicy orientują się dopiero po dwóch dniach. Zgłoszenie na policje kończy się tylko wypisaniem raportu – państwowe służby nie mają czasu, żeby zajmować się szukaniem każdego wyrostka. Do pomocy zaangażowana zostaje pozarządowa, obywatelska organizacja, pomagająca w odnajdywaniu zagubionych nieletnich. Zgodnie z oczekiwaniami rodem z hollywoodzkich filmów, byłaby to okazja do pojednania obojga rodziców. U Zwiagincewa nie ma o tym mowy.

Tytuł filmu odwołuje się nie tylko do niekochanego syna głównej pary. Loveless jest opisem społeczeństwa, w którym wszelkie uczucia są powierzchowne, a dbanie o siebie i oportunizm są niczym klapki na oczy w patrzeniu na innego człowieka. Wszechobecne smartfony i notorycznie wykonywane selfies odwracają uwagę od drugiej osoby: to ego jest centrum uwagi, spychając na margines nawet najbliższych. Ta samolubność, podlana propagandowym sosem płynącym z mediów, wydaje się być według reżysera prawdziwą katastrofą, apokalipsą, której nikt inny nie jest w stanie zauważyć. Społeczeństwo tkwi w beznadziejnym, błędnym kole nienawiści, który Zwiagincew portretuje poprzez ukazanie stosunków między Zhenyą i jej matką oraz nowym związkiem Borysa, który jest niemalże lustrzanym odbiciem układu z jego obecną żoną. Toksyczny elementy już powoli dochodzą do głosu.

Film twórcy Powrotu ojca ogląda się niemal z zapartym tchem, niczym rasowy dreszczowiec, w którym nic nie jest do końca przewidywalne. Kiedy reżyser wstawia główną parę do kostnicy, do ostatniej chwili nie będzie jasna, czyje ciało bohaterowie zobaczyli na stole. Ulokowane w pierwszej połowie filmu, dziwne ujęcie z perspektywy tajemniczej postaci, proszącej o numer pewną dziewczynę, sugeruje fakt, że chłopiec został porwany. Jednak nawet to jest tylko sferą domysłów widza.

Perfekcyjnie zrealizowany, stylistycznie utrzymany w zimnych barwach film, jest doskonałym przykładem tego, że kino gatunku i artystyczne istnieć mogą w tym samym kadrze. Z napięć między nimi rodzą się prawdziwe perły.

Ocena: 9/10

Film został wyróżniony Nagrodą Jury podczas 70. Festiwalu Filmowego w Cannes

120 uderzeń serca

120BPM_01

120 battements par minute

reż. Robin Campillo

120 uderzeń serca to historia organizacji ACT UP, francuskiego skrzydła siostrzanej, amerykańskiej grupy, która w latach 90. poprzez akcje protestacyjne i happeningi domagała się większej uwagi ludziom zarażonym wirusem HIV. Aktywiści skupiali się na atakowaniu firm farmaceutycznych i organizacji rządowych, które bezpośrednio wpływały na finansowanie leków i badania prowadzone nad nimi. Reżyserem filmu jest Robin Campillo, scenarzysta uhonorowanego Złotą Palmą filmu Klasa, który sam był działaczem tej organizacji w Paryżu. Nic dziwnego zatem, że jego spojrzenie jest tak precyzyjne. Pokazując kolejne spotkania, debaty i akcje grupy mamy wrażenie przyglądaniu się rzeczywistości. Świetnie napisane dialogi zawierają wszelkie istotne informacje, polityczne i społeczne tło jest zawsze obecne i wyraźnie nakreślone. Większość aktorów jest zupełnie anonimowa, co wzmaga autentyczność filmu. Najbardziej znane nazwisko to Adèle Haenel, która zagrała w ubiegłym roku u braci Dardenne w Nieznajomej dziewczynie.

Zobacz również: recenzja filmu Nieznajoma dziewczyna

120BPM_lead

Nie udało się niestety Campillo w tym trwającym ponad dwie godziny filmie do końca przekonać widza emocjonalnie. Zarówno statyczne zdjęcia, jak i powtarzalna kompozycja filmu sprawiają, że zostajemy na zewnątrz opowiadanej historii. Są elementy komiczne, jak choćby przepis na tworzenie sztucznej krwi w wannie, ale reżyser stara się też zbudować poruszającą historię związku pomiędzy Seanem i Nathanem – jest to trochę za mało, aby wejść w tą ważną z punktu widzenia historycznego opowieść.

Ocena: 5/10

Film uhonorowany został Grand Prix oraz Nagrodą FIPRESCI podczas 70. Festiwalu Filmowego w Cannes

The Square

THE SQUARE - RUBEN OSTLUND

Ruben Östlund kilka lat temu podbił Cannes filmem Turysta, prezentowanym w sekcji „Pewien przegląd”. Teraz trafił do konkursu głównego – zasłużenie, bo The Square to godny następca tamtego tytułu i rozwinięcie typowych dla twórcy wątków. Z perfekcyjnym zmysłem obserwatora, prześmiewcy i kuratora ludzkich zachowań, film szwedzkiego reżysera ma szansę być mocnym kandydatem w wyścigu po Złotą Palmę.

Pamiętacie, jak w Turyście wszystko rozpoczęło się od pewnego telefonu komórkowego zostawionego na stoliku w czasie lawiny? Tutaj również jest to przedmiot funkcjonujący jako punkt zapalny do całego ciągu zdarzeń. Christian (duński aktor Claes Bang) jest kuratorem muzeum sztuki nowoczesnej w Sztokholmie. Pewnego ranka zmierza do pracy i zostaje okradziony w sposób, który przypomina wydarzenie artystyczne przeprowadzone przez zawodowego kieszonkowca. Ginie jego iPhone, portfel i spinki do mankietów należące do jego dziadka. Próba odzyskania tych przedmiotów pochłonie całą jego uwagę, choć tak naprawdę powinien zajmować się czymś innym. W muzeum przygotowywana jest wystawa „The Square”, a zespół placówki wspólnie z firmą PRową pracują nad strategią promocji tego wydarzenia. Dodatkowo, Christian wplątuje się w romans z amerykańską dziennikarką Anne (Elisabeth Moss), zapominając o dwóch córkach, nad którymi przejąć ma opiekę od swojej byłej żony.

Östlund nieustannie stawia swojego bohatera pod ścianą, kwestionując jego wybory i poglądy. Począwszy od wywiadu, którego udziela Anne, przez decyzje podejmowane w pracy (koszmarne pomysły dotyczące promocji) i życie prywatne. Najbardziej karkołomna z nich, czyli napisanie listu do złodzieja, który rozdystrybuuje w całym bloku, w którym może być telefon (odnaleziony dzięki aplikacji „znajdź mój iPhone), odbije się na nim najmocniej. Bo coprawda odzyska skradzione przedmioty, ale też zezłości jednego z niewinnych mieszkańców, który domagał się będzie od mężczyzny prostych przeprosin. Jak zachowa się w tych niewygodnych dla niego sytuacjach Christian i co pomyślą o nim dorastające córki – z takim pytaniem zostawi nas na koniec reżyser. Podobnie jak w Turyście, to w oczach rodziny przegląda się prawdziwa twarz bohatera.

Osobny wątek należy się sztuce współczesnej, którą wziął na warsztat Östlund. Chyba nigdy tak głośno nie śmiałem się w kinie z absurdów, które wiążą się wystawami, performansami i ideologią im towarzyszącą. Od kupek gruzu w pustej przestrzeni, które aż proszą się o sprzątnięcie, przez instalację ze skrzypiącymi krzesłami, która jest groteskowym tłem do poważnej rozmowy, po tytułowy „The Square”, który ma być przestrzenią w której ludzie mają brać za drugiego odpowiedzialność, śmiechowi towarzyszą momenty szczerego zażenowania. I jeżeli scena publicznego spotkania i rozmowy z artystą (Dominic West), przerywanej wybuchami przekleństw jednego z widzów z zespołem Tourette’a wydaje się być łatwym i efekciarskim posunięciem, to już sekwencja w której artysta Oleg (Terry Notary) odgrywa małpę zaznaczającą swoją dominację w stadzie podczas uroczystej kolacji z zamożnymi patronami muzeum, jest nieprzyjemna i zabawna jednocześnie. Jest to kolejna scena typowa dla Östlunda, niosąca w sobie jednocześnie przekaz filmu, ale będąca też wizualnym majstersztykiem samym w sobie.

Mógłbym wskazać kilka słabszych punktów The Square, jak nie do końca rozwinięte wątki z artytą którego gra West i romans z dziennikarką (która dzieli mieszkanie z gorylem), odrobinę wydłużony czas trwania albo zbytnią epizodyczność, ale wcale mi one nie przeszkadzają. Nawet społeczny komentarz, w pojawiających się dość często obrazkach bezdomnych i żebrzących nie razie mnie prostolinijnością. Obejrzany film był pierwszą projekcją w tym roku w Cannes, podczas której ani razu nie spojrzałem na zegarek. A obrazy z tego filmu długo pozostaną w mojej głowie.

Ocena: 9/10

Film nagrodzony Złotą Palmą podczas 70. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Cannes 2017.

Ismaël’s Ghosts


Ismaël’s Ghosts

Reż. Arnaud Desplechin

W tym roku wieczór otwarcia Cannes nalał do Francuzów. Na 70. rocznicę imprezy nie wypadało wybrać produkcji z innego kraju. Arnaud Desplechin zaliczył swój debiut właśnie na Lazurowym Wybrzeżu dwadzieścia pięć lat temu. Jego najnowszy film spodobać się powinien głównie zwolennikom talentu reżysera, ale przyciągnąć do kin może także obsada – w Ismaël’s Ghosts (Les fantômes d’Ismaël) występują najbardziej rozchwytywani francuscy aktorzy młodego i średniego pokolenia.
Desplechin od samego początku kołuje i dezorientuje widza. Rozpoczyna swój film niczym polityczny dreszczowiec, w którym śledzić będziemy niejakiego Ivana (Louis Garrel), który otrzymuje pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Kiedy tylko robi się intrygująco, twórcy obnażają ten fragment, który powraca potem kilkukrotnie, jako scenariusz, nad którym pracuje Ismaël (Mathieu Amalric), reżyser przechodzący kryzys twórczy. Powoli poznajmy kolejne osoby z otoczenia bohatera – cierpiącego na depresję ojca jego byłej żony (László Szabó) i kochankę Sylvię (Charlotte Gainsbourg). Stosując retrospekcje, twórca pozwala nam się przyjrzeć początkowi znajomości kobiety i Ismaëla, ale szybko dorzuca do tej dwójki element wstrząsający. Oto nagle, zupełnie znikąd, po dwudziestu latach nieobecności, w życiu ekranowego reżysera zjawia się jego była żona Carlotta (Marion Cotillard). Kobieta zdaje się być tytułowym duchem, ale jest jak najbardziej osobą z krwi i kości. Powstały w ten sposób trójkąt nieustannie zmienia dynamikę pomiędzy postaciami.


Francuski twórca kilkukrotnie odwołuje się do koszmarów, które męczą prawie wszystkie postacie. To chyba najlepszy klucz, by interpretować ten obraz. Sny są w filmie Desplechina sferą niepożądaną, nad którą nie ma kontroli. Ismaël łyka kolejne tabletki, żeby spać tak mocno, by nie śnić. Ivan, bohater jego scenariusza, unika mar nocnych wspomagając się chemią. W filmie niczym w logice snu wątki przeplatają się ze sobą, przeszłość miesza się z teraźniejszością, pozorny spokój za chwilę kończy się cierpieniem. Zazdrość i kłamstwa bolą równie mocno co momenty prawdziwej miłości i erotyczne uniesienia. Postacie ewoluują i zmienią się – nikt do końca nie jest tym, za kogo go uważaliśmy. Gatunkowo obraz zmienia ton, od melodramatycznego po komediowy, jakby reżyser chciał jeszcze bardziej podkreślić synkretyzm swojej produkcji.

Niełatwy w odbiorze film często wprawia widza w irytację i sprawia, że oglądanie go jest dużym wyzwaniem. Aktorzy wypadają naprawdę dobrze, szczególnie Amalric świetnie sprawdza się w roli cierpiącego twórcy. Ta propozycja, na rozpoczęcie festiwalu, jest jednak miłą odmianą od niezobowiązujących filmów w stylu Cafe Society czy Księżna Monaco, które w otwierały imprezę w ostatnich latach.

Ocena: 5/10

T2: Trainspotting

t2-trainspotting_sick-boy_renton

T2: Trainspotting

reż. Danny Boyle

Dwadzieścia lat upłynęło od czasu, gdy rozstaliśmy się z Rentonem i spółką. W filmie, który niemalże stał się symbolem lat 90. było wszystko, co potrzebne, by stworzyć klasyk: młodzi aktorzy u progu kariery, reżyser-wizjoner, kultowa ścieżka dźwiękowa. Co oferuje kontynuacja Trainspottingu?

Kiedy spotkaliśmy paczkę przyjaciół z Edynburga po raz ostatni, w radiostacjach rozbrzmiewały największe hity Oasis, Blur, Pulp i Underworld, heroina była cool, a szesnaście tysięcy funtów, które chłopaki zarobiły na sprzedaży narkotyków, to całkiem przyzwoity szmal. Renton (Ewan McGregor) postanowił wykolegować resztę ekipy i zwiał z forsą gdzie pieprz rośnie. No tak, zostawił dolę Spudowi (Ewen Bremner), ale pozostałych zwyczajnie okradł. Nic dziwnego, że nie było po nim śladu do momentu, kiedy po dwóch dekadach ląduje w rodzinnej Szkocji. Wygląda na człowieka sukcesu, nie bierze narkotyków, mówi, że ma pracę, żonę i dzieci. Spud szybko przehulał swoje cztery patyki, toczy nierówną walkę z uzależnieniem, zmieniając co chwila życie rodzinne na kolejną dawkę hery. Simon – Sick Boy (John Lee Miller), prowadzi rodzinny, opustoszały pub, namiętnie wciąga kokę, a po godzinach, z pomocą bułgarskiej prostytutki Nikki (Anjela Nedyalkova) szantażuje bogatych i wysoko postawionych oficjeli. Spotkanie po latach z Rentonem zakończy się bardziej dramatycznie niż wymianą kilku zdań. W ruch pójdą pięści, krzesła i szklanki. Jest jeszcze porywczy i nieobliczalny Francis Begbie (Robert Carlyle), który nigdy nie wybaczył zdrady Rentonowi. Gorącogłowy Szkot siedzi w więzieniu – ale nie zamierza spędzać tam więcej czasu niż powinien. Po brawurowej uciecze, która otwiera film, wszystko wskazuje na to, że drogi czwórki bohaterów znowu się skrzyżują.

Trudno wyobrazić sobie, żeby jakikolwiek inny reżyser mógł zająć się ekranizacją sequela kultowego Trainspottingu, niż Danny Boyle, który cierpi na wizualne i stylistyczne ADHD. Kamera nie zaznaje spokoju, pokazuje akcję z najróżniejszych punktów widzenia, cała paleta filtrów kolorowych także idzie w ruch. Montażysta dba o to, żeby widz nie nudził się – tempo cięć momentami bywa zawrotne. Ale Boyle chwilami świadomie zwalnia tempo. Po pierwsze, panowie już nie w tym samym wieku (świetna parafraza biegu otwierającego oryginał – teraz Renton biegnie na bieżni w siłowni…). Po drugie – świat nie jest już tak beztroski jak kiedyś. Scenariusz, który ponownie napisał John Hodge, na podstawie powieści Irvine’a Walsha, to próba odpowiedzi na pytanie „co porabiałeś przez dwadzieścia lat?”. Przeszłość to główny temat T2 – wygląda zza każdego rogu Edynburga. Dosłownie, bo reżyser wplata co chwila fragmenty oryginalnego filmu. Może i na początku rażą, ale potem zaczynają istnieć w obrazie na zasadzie wspomnień, czyniąc całe przedsięwzięcie nostalgicznym do drugiego stopnia.

Jest w najnowszym filmie Boyle’a coś słodko-gorzkiego, poczucie przegranej lub utraconej młodości i jakaś bezsensowna próba jej odzyskania. Może dlatego Renton wraca do rodzinnego miasta – prawdziwy powód nigdy nie zostaje wyjaśniony. Okazuje się, że jego życie to fasada, za którą stoi bezdzietne małżeństwo i nadciągający rozwód. Może dlatego, kiedy ratuje życie Spuda i dowiaduje się o biznesie, który chce rozkręcić Simon (burdel pod przykrywką hotelu), wraca potrzeba dania sobie w żyłę raz jeszcze, za dobre, dawne czasy i zrobienia czegoś wspólnie. Słowa Spuda, które nierozgarnięty boahter chaotycznie spisuje na kartkach, okażą się jeszcze raz prorocze: „Na początku była okazja… potem była zdrada”.

Kiedy bohater McGregora ucieka przed Begbiem uliczkami Edynburga, przypomina mu się młodość. O ile w Trainspottingu mottem było „żyj chwilą”, teraz ta chwila już minęła. „Pochodzę z miejsca, gdzie przeszłość to coś, o czym chce się zapomnieć” – mówi mądrze Nikki, widząc jak Renton i Simon rozdrapują rany. Została tylko przeszłość i błędy młodości, za które trzeba będzie zapłacić. Frank wkurzony jest nie na żarty i gotów jest dosłownie ukręcić swojemu byłemu koledze głowę. Na horyzoncie znajduje się również kasa – całkiem poważna suma, przy której pamiętne szesnaście kawałków wygląda jak napiwek. I chyba nikt już nie wierzy, że pieniądze te dadzą komukolwiek szczęście.

t2 trainspotting spud

T2 o wiele bardziej od poprzednika stara się złożyć fabułę w historię z początkiem i końcem. W oryginale epizodyczność i brak wyraźnej struktury przekute został w zaletę, tutaj szukanie ram sprawia, że tempo kuleje, a wątki są ze sobą słabo powiązane, odsłaniając mankamenty scenariusza. Na ratunek znów rusza wizualna wyobraźnia twórców, zręcznie odwracając uwagę od mielizn w treści. A to cień Spuda wygląda niczym sylwetka Nosferatu z filmu F.W. Murnaua, albo pokój bohaterów zamienia się w stadion piłkarski, kiedy wspominają George’a Besta. Edynburg, niemalże piąty bohater filmu, w oczach operatora rozdarty jest pomiędzy nowoczesnością i brutalnym stąpaniem po przeszłości. Piętrzące się sterty gruzu kontrapunktują nowe elementy miast: szklane biurowce, nowoczesny tramwaj, błyszczące logo na lotnisku. Nie zmienia to faktu, że T2 wydaje się niepotrzebnie długi, z kilkoma poważnymi dziurami w scenariuszu (np. dlaczego policja nie szuka Begbiego?), z energią i czarem, które gdzieś wywietrzały przez te dwie dekady. Kobiece postacie, oprócz wspomnianej Nikki, są na marginesie – coż, może one zrobiły coś sensownego z życiem, a nie tkwią mentalnie w latach 90. Kelly MacDonald i Shirley Henderson przemykają przez ekran jak komety. Na sam koniec rozczarowanie kolejne – muzyka. Oryginał, który był prawdziwą kopalnią hitów, ma sequel, w którym najlepsze piosenki to te, które znamy z pierwowzoru. Jakość współczesnych przebojów nadaje się co najwyżej na muzykę ilustracyjną do zakupów w supermarkecie.

t2 trainspotting group

Drodzy Rentonie, Spudzie, Sick Boyu i Begbie! Naprawdę fajnie się z wami było spotkać po tylu latach, zobaczyć, że jeszcze czasem macie zwariowane pomysły i bywacie zabawni, wzruszający, potraficie przywalić w twarz i przytulić jak mało kto. I przebywanie z wami to może i rollercoaster, ale za to w jakim towarzystwie! Dajcie jednak na wstrzymanie – wystarczy już tej podróży w przeszłość. Przytoczę nieśmiertelne słowa hitu zespołu Universe – „tacy byliśmy jeszcze wczoraj, a dzisiaj tak jak sen – skończyło się”. Dziś „wybieram przyszłość”.

Premiera Wielka Brytania: 22/02/2017

Premiera Polska: 3/03/2017

Ocena: 6/10

Logan: Wolverine

logan_03

Logan

reż.

Mroczny jak czarna kawa i brutalny niczym ekranowe wyczyny Tarantino – najnowszy film z uniwersum X-Menów jest odważną próbą przearanżowania gatunku. Jeżeli zwątpiliście, że filmy oparte na komiksach będą kiedykolwiek rozrywką dla dorosłych – Logan: Wolverine znów rozbudza nadzieje. W kąt poszły autoironia i czarny humor znane z Deadpoola – to poważne kino przed duże P.

Co stało się z lubującym mocne alkohole i cygara przystojniakiem – Loganem? Jesteśmy w niedalekiej przyszłości i znanemu jako Wolverine mutantowi przybyło zmarszczek na twarzy, niezagojonych blizn i siwych włosów na brodzie. Logan (Hugh Jackman), ukrywający się pod fikcyjnym nazwiskiem, jest kierowcą limuzyny w południowym Teksasie. Musi znosić głośne wieczory panieńskie i kawalerskie, irytujących biznesmenów i inne kolorowe typy. Nie stroni od alkoholu i zdarza mu się obudzić z ciężką głową, czasem pakując się w tarapaty. W otwierającej sekwencji bohater, słaniając się na nogach i bełkocząc po nosem, krwawo rozprawia się z grupą lokalnych gangsterów.

Po pracy Logan przekracza południową granicę USA (która zdaje się mieć obiecany przez Trumpa mur) i zmierza do ulokowanej w środku pustyni osady. W ogromnym zbiorniku na wodę mieszka profesor Xavier (Patrick Stewart) – metalowa kopuła ma ograniczyć toksyczne działanie chorego mózgu Charlesa. Profesorem, faszerowanym lekami z nielegalnego źródła, opiekuje się też inny mutant, wrażliwy na światło i świetny tropiciel – Caliban (Stephen Merchant).

logan_02

Logan zawsze był cynikiem, teraz stracił wiarę w cokolwiek. Jego ciało wydaje się trawione być jakąś chorobą, a wszystkim działaniom przyświeca tylko potrzeba wywiezienia Xaviera z dala od cywilizacji (marzy im się łódź,gdzieś na środku oceanu). Kiedy pewna kobieta zwraca się do niego z prośbą o pomoc jej córce, na początku odmawia. Nagroda finansowa jest jedynym argumentem, który może zmienić jego zdanie. Do momentu, kiedy nie okaże się, że Laura (Dafne Keen) posiada pewne unikalne umiejętności.

Gatunkowo Logan: Wolverine balansuje pomiędzy filmem drogi, mrocznym thrillerem o ściganych uciekinierach, westernem a nawet – przewrotnym kinem familijnym. Bohaterowie ruszają w podróż po bezdrożach Ameryki do bezpiecznego miejsca – Edenu. Lokalizacja tej kryjówki nie mogłaby być bardziej autotematyczna: opiekunka Laura znalazła tą informację w jednym z komiksów o przygodach X-Menów, które tytułowy bohater odrzuca jako przerysowane kłamstwa. Po piętach stąpa im Pierce (Boyd Holbrook) na czele prywatnej militarnej jednostki, mającej odstawić dziewczynkę do centrum eksperymentalnego, z którego uciekła. Prowadzący doświadczenia na nowo narodzonych dzieciach doktor Zander Rice (Richard E Grant) chce za wszelką cenę odzyskać cenny obiekt badań.

W piaszczystych, zakurzonych plenerach oraz w górskiej scenerii, żaden z filmów z cyklu o mutantach nie sprawiał wrażenia westernu jak właśnie ten. Twórcy dodatkowo podkreślają to odniesienie, kiedy Xavier i Laura oglądają w hotelu klasyka gatunku – Shane’a. Opowieść o leciwym rewolwerowcu, który próbuje zbudować rodzinę mimo ściągającej go przeszłości, jest bardziej niż jasnym odwołaniem. Owa dziwna rodzina, w której Charles jest nestorem, Logan jego synem, a Laura – wnuczką profesora, jest chyba najmocniejszą emocjonalnie częścią filmu. Wszyscy aktorzy wygrywają ten związek bezbłędnie.

logan_01

Gdzieś w tle nie zabrakło typowych motywów z serii X-Men – opowieści o wykluczonych, zaszczutych i wykorzystywanych przez ludzi mutantach. Pod ostrzałem są też eksperymenty genetyczne, a w postaci doktor Rice’a przebijają podobieństwa do nazistowskiego doktora Mengele. W krytyce bogatych korporacji, rujnujących kraj i przeciętnego człowieka, aktualnie wybrzmiewa społeczno-polityczny krytycyzm naszych czasów.

Skoncentrowany na tytułowej postaci i jego dwójce najbliższych film nigdy nie ucieka w dygresje czy retrospekcje. Nie spodziewajcie się żadnych innych X-Menów, gościnnie wpadających na tzw. cameo. Logan jest kręgosłupem tej historii i dzięki świetnej roli Jackmana możemy naprawdę w nią wejść. Przy całej powadze filmu ciągle zdarza mu się rzucić komentarz lub ciętą ripostę. Bezbłędny jest też Stewart, który pod przykrywką zniedołężniałego starca ukrywa ciągle błyskotliwy umysł. Blado na ich tle wypadli złoczyńcy – znany z serialu Narcos Holbrook nie ma do zaoferowania więcej niż sarkastyczny uśmieszek, a Rice Granta ani przez chwilę nie budzi trwogi.

Doskonale sprawdza się połączenie gatunkowe i twórcom udało się utrzymać napięcie aż do ostatniego aktu filmu. Z kilku przyczyn, o których ze względu na spoilery nie wypada pisać, poważny pojedynek zaczyna wyglądać groteskowo. Szkoda, bo poprzedzające go sceny akcji zrealizowane są perfekcyjnie. Krwawe detale, odcinane organy, głębokie rany – przy odpowiedniej dawce efektów specjalnych Logan: Wolverine przez większość czasu jest antytezą komiksowego, przeznaczonego do popcornowej konsumpcji obrazu. W najlepszych momentach przypomina choćby Mrocznego rycerza i Max Max: Na drodze gniewu.

Studio Fox podjęło dość odważną, ale ryzykowną decyzję. Za odpowiednią dawką przemocy idzie oczywiście podwyższenie minimalnego wieku odbiorców filmu i ograniczenie zarobków z biletów. Wyjątkiem okazał się Deadpool, który mimo bycia przeznaczonym dla widzów od lat 18, zaliczył bardziej niż przyzwoitą sumkę w box officie. Z Loganem: Wolverine zapewne będzie podobna historia, ale ze względu na brak seksualnych odniesień, klasyfikacja wiekowa pewnie będzie niższa. Film Jamesa Mangolda trafić powinien w gusta tej samej publiczności. Jeżeli w całym natłoku efektów specjalnych i kolorowej palety postaci, brakowało wam w ostatnich filmach spod znaku X-Men treści i ludzkich emocji, Logan: Wolverine fantastycznie wypełnia tą pustkę. Najbardziej ludzki z mutantów w końcu doczekał się filmu, który jest świetnym ukoronowaniem obecności od siedemnastu lat tej postaci na ekranie.

Premiera Wielka Brytania: 1/03/2017

Premiera Polska: 3/03/2017

Ocena: 8/10

Pokot

0006b0sw851rqfyk-c122

Pokot (Spoor)

reż. Agnieszka Holland

Ekologiczny thriller Agnieszki Holland wywoła zapewne małą burzę w Polsce. Z pozoru to tyko głośny sprzeciw wobec przedmiotowego traktowania zwierząt, ale tak naprawdę mało komu w Pokocie się nie obrywa. Policja, władza, kościół, szkoła, biznesmeni – pod pręgieżem są wszystkie instytucje, które próbują utemperować każdego, myślącego inaczej niż większość człowieka. Do momentu kiedy ten nie weźmie spraw we własne ręce.

pokot 01 Agnieszka Mandat

Oparty na książce Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych film w sercu historii ma prawdziwą hipiskę wrażliwą na cierpienia zwierząt. Janina Duszejko (Agnieszka Mandat) jest emerytowaną inżynierką, obecnie mieszka w Sudetach, pracując dorywczo jako nauczycielka angielskiego, a jej pasją jest astrologia. Ma dwa ukochane psy, grono wielbiących ją uczniów oraz całkiem pokaźną grupę wrogów. Siwowłosa, energiczna kobieta nie raz donosiła na policję na swojego sąsiada-kłusownika o pseudonimie Wielka Stopa. Komendant (Andrzej Konopka) tylko tą sprawę ignoruje. Głośno protestowała także przeciwko polowaniom odbywającym się w okolicy. Jednymi z jej najzagorzalszych przeciwników są Wnętrzak (Borys Szyc), szemrany biznesmen, właściciel lisiej farmy oraz Prezes (Andrzej Grabowski), lokalny polityk. Nawet ksiądz (Marcin Bosak), odwiedzający dom kobiety, uważa jej słowa o obronie dziczyzny za pychę i bluźnierstwo: zwierzęta w końcu nie mają duszy i zostały stworzone, by służyć ludziom.

W małej miejscowości zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najpierw giną bez śladu psy bohaterki. Potem jej sąsiad Matoga (Wiktor Zborowski) znajduje Wielką Stopę martwego w swoim mieszkaniu – mężczyzna zadławił się kością z dziczyzny, którą nielegalnie upolował. Kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie komendant policji, a wiosną czeski etymolog Boros (Miroslav Krobot) odnajduje w lesie kolejne zwłoki, wiemy już, że to nie przypadek. Duszejko prowadzi śledztwo na własną rękę, ale jej wnioski nie są tak łatwe do przełknięcia – czyżby miłujący się w polowaniach mężczyźni stali się ofiarami dzikiej zwierzyny?

pokot 02 Agnieszka MandatKadr z filmu Pokot, reż. Agnieszka Holland. Agnieszka Mandat

Główna postać gromadzi wokół siebie podobnych, marginalizowanych przez społeczeństwo bohaterów. Dobra Nowina (Patrycja Volny) wyrwała się patologicznej rodziny, pracuje u Wnętrzaka, a ten od czasu do czasu wymaga od niej świadczeń wykraczających poza kompetencje zawodowe. Dyzio (Jakub Gierszał), specjalista od IT w komendzie policji, ukrywa przed przełożonymi swoją epilepsję, by tylko nie stracić pracy. Matoga wiedzie samotne życie i skrywa tragiczną historię z przeszłości swojej rodziny. Boros natomiast prowadzi samotną walkę z wiatrakami o ocalenie pewnego gatunku owadów, których larwy niszczone są „na skalę holokaustu” podczas wyrzynania drzew. Holland daje tym samym głos tym wszystkim, których interesy nie są reprezentowane w męskim, brutalnym świecie, którego metaforą tutaj są polowania. Biorą w nich udział w końcu najważniejsi ludzie w okolicy, mający władzę i pieniądze, wpływający na ludzi, kształtujący umysły młodzieży. Obok ujęć zabijanej dziczyzny, zwierząt w klatkach, korpusów obdartych ze skóry, widzimy też kobiety paradujące w posiadłości Wnętrzaka w strojach króliczków, poniżane żony, pracownice… Traktowanie przyrody przedmiotowo to tylko pierwszy krok do ograniczenia wolności kolejnej grupie. Na to, zdaniem twórców, nie powinno być naszej zgody.

Zobacz również: Milczenie – recenzja filmu Martina Scorsese

Polityczno-społeczne przesłanie Pokotu ukryte jest pod rozmytą formą gatunkową. Z jednej strony mamy tu kryminał, gdzie polska Miss Marple prowadzi swoje śledztwo. Z drugiej strony pojawia się spora dawka czarnego humoru, która rozładowuje najbardziej poważne sytuacje (aluzja do zbierania grzybów jako ulubionego sportu, jednoczący Polaków). Jest też pewna doza bajkowości w całej tej opowieści – rozgrywającej się dosłownie „za górami, za lasami”, gdzie dobrzy ludzie próbują przeciwstawić się nieprawości. Kontrastuje to z ujęciami zabijanej na polowaniach zwierzyny – krótkimi, brutalnymi wstawkami, które tłumaczyć mają zachowanie bohaterki. Jest w tym zestawieniu jakieś pójście na łatwiznę. W swoim przesłaniu film Holland jest momentami zbyt czarno-biały, jakby autorka bała się pozostawienia niedomówień. Cierpią przez to niektórzy bohaterowie – najbardziej chyba Dyzio, dobry, delikatny chłopak ze smykałką do urządzeń elektronicznych – jego postać wygląda, jakby zabłąkała się tu z planu jakiegoś mało ambitnego serialu komediowego w stylu Teoria wielkiego podrywu. Zaś wątek z astrologiczną pasją bohaterki jest zbyt mało wyeksponowany, by wnieść coś ważnego do filmu, funkcjonuje w nim jako swoiste kuriozum.

pokot 03 Agnieszka MandatKadr z filmu Pokot, reż. Agnieszka Holland. Agnieszka Mandat

Od strony produkcyjnej Pokot jest wysoką szkołą jazdy. Fantastyczne zdjęcia, wiele pięknych mastershotów oraz długich ujęć, w których kamera płynie przez kolejne pomieszczenia, sprawiają, że film jest prawdziwą ucztą dla oka. Twórcy odnajdują piękno w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, a polska przyroda prezentuje się wprost czarująco. Aktorsko jest również świetnie, bo zarówno Mandat w roli głównej potrafi magnetycznie przyciągnąć naszą uwagę, obdarzając wiekową Duszejko energią i godnością, jak i aktorzy odtwarzający bardziej epizodyczne role (Szyc, Grabowski) wykorzystują każdą sekundę, by pokazać, kim są ich postacie.

Jestem pewien, że prawicowe media mocno skrytykują film Holland, że jest antypolski, antychrześcijański i antyrządowy. Nie dajmy się ogłupić – mimo kilku niewielkich mankamentów Pokot prowokuje – tylko i aż – do ważnej debaty, a nie nawołuje do krwawej rewolucji. Tak, dla równowagi do patriotycznych dzieł, romantycznych komedii i brutalnego, męskiego kina, chcę oglądać więcej filmów o hipiskach w średnim wieku, samotnych matkach, ekologach, cyklistach i weganach. Niech każdy w Polsce ma swój głos.

Ocena: 7/10

Premiera Polska: 24/02/2017

Oryginalny tekst dla portalu moviesroom.pl z Berlinale 2017

Return to Montauk

Return to Montauk, Rückkehr nach Montauk

Return to Montauk

reż. Volker Schlöndorff

Najnowszy film leciwego reżysera, któremu za dwa lata stuknie osiemdziesiątka, jest mocno zanurzony w literaturze. Nie tylko scenariusz, napisany przez Irlandczyka Cólma Toibína (autor powieści Brooklyn), oparty jest luźno na noweli Maxa Frischa (jemu również obraz jest dedykowany). Także głównym bohaterem jest – niespodzianka – pisarz. Max (Stellan Skarsgård) przyjeżdża do Nowego Jorku, by promować swoją najnowszą powieść. Jednym z głównych wątków utworu literackiego jest roztrząsanie przeszłości – autor wspomina namiętny romans z pewną kobietą, których drogi rozeszły się dość gwałtownie. Niewykorzystana szansa, decyzje, których do końca życia będziemy żałować – to również temat filmu. Jednak wracanie do przeszłości jest może i podróżą sentymentalną, ale przede wszystkim – rozdrapywaniem starych ran.

Max, pomimo iż jest żonaty, a jego partnerka Clara (Susanne Wolff) ciężko pracuje w Nowym Jorku, by wypromować jego książkę, postanawia za jej plecami spotkać się tą mityczną kobietą. Rebecca (Nina Hoss) wita go bardziej niż lodowato. Po szesnastu latach od rozstania jest świetnie zarabiającą prawniczką, która wydaje się straciła zupełne zainteresowanie swoim dawnym kochankiem. Odrzuca jego zaproszenie na spotkanie promocyjne, ale ten zjawia się niezapowiedziany w jej domu. Następnego dnia kobieta zaprasza go na wyprawę do Montauk, gdzie kiedyś spędzili pamiętny weekend, opisany przez niego w książce. Max okaże się starym, naiwnym głupcem, który zupełnie nie zdaje sobie sprawy, czym owa podróż w przeszłość okaże się być.

RÜCKKEHR NACH MONTAUK /RETURN TO MONTAUK

Film Schlöndorffa, świetny od strony realizatorskiej, ma kilka problemów. Trudno znaleźć emocjonalny punkt zaczepienia. Szwendające się po ekranie postacie ani nie są sympatyczne, ani jakoś bardzo interesujące. Max jest zblazowanym dupkiem, który nie widzi świata poza swoim nosem. Jego żony do końca nie można zrozumieć – niby go kocha, a przymyka oko na jego kretyńskie zachowanie. Rebecca jest lodowata niczym Królowa Śniegu. W końcu, kiedy już prawie się poddajemy, dwadzieścia minut przed końcem, dochodzi w końcu do uwolnienia drzemiącej gdzieś namiętności. Tyko dzięki bezbłędnej kreacji Niny Hoss udaje się z widza wycisnąć łzę. Kto przetrwał, ten otrzymał nagrodę.

Gorzki film o samotności i straconych szansach wyglądał dobrze na papierze. Na ekranie zabrało jakże potrzebnej empatii, by móc zrozumieć to, co czują bohaterowie. A to, w przypadku Return to Montauk, to grzech największy.

Ocena: 5/10

Berlinale 2017, konkurs główny

The Other Side of Hope

Toivon tuolla puolen_01.jpg

Toivon tuolla puolen

reż. Aki Kaurismaki

W pierwszych ujęciach filmu z góry węgla na statku w porcie w Helsinkach wyłania się postać ludzka. Mężczyzna wstaje, otrząsa pył z ubrania i wychodzi. Instynktownie wiemy, że jest nielegalnym imigrantem, który przybył do nowego kraju. Scena, która w wydaniu innego reżysera byłaby może zbyt poważna, albo nieodpowiednio zabawna, u Kaurismakiego jest pretekstem do nieskrępowanej salwy śmiechu. Fiński reżyser nie stracił nic ze swojego unikalnego stylu, a sześcioletnia przerwa zrobiła mu naprawdę dobrze. Jego dowcip się wyostrzył, zmysł obserwacji jest niezwykle uważny, a tematyka to strzał w dziesiątkę. The Other Side of Hope bez wątpienia stanie się hitem w wielu krajach.

toivon-tuolla-puolen_02

Fala uchodźców przetaczająca się przez Europę przewija się w mediach i w kinie i Kaurismaki pokazuje swoją wersję. Khaled (Sherwan Haji) po przebyciu praktycznie całego kontynentu (otarł się o Polskę, gdzie w Gdańsku skini pobili go i ukryć się musiał na statku) trafia do Finlandii. Bierze kąpiel w publicznej łaźni i zgłasza się na Policję, by prosić o azyl. „Witamy, nie jesteś pierwszy” – mówi bez większych emocji na twarzy policjant. Pochodzący z Aleppo w Syrii mężczyzna opowiada swoją historię urzędnikom, którzy decydują się go deportować z powrotem do kraju, stwierdzając, że jest tam wystarczająco bezpiecznie. Khaled ucieka, by w końcu jego drogi przecięły się – drugi raz – z Wikströmem (Sakari Kuosmanen), który po odejściu od żony rozpoczął nowy biznes. Pozbył się koszul, którymi sprzedażą zajmował się wcześniej, wygrał pokaźną sumę w karty i kupił restaurację z trójką pracowników i psem. Dwóch bohaterów spotyka się przy tylnych drzwiach „eleganckiego” przybytku „Złota pinta” – i od razu dają sobie po nosie. W następnej scenie Khaled je zupę w restauracji Wikströma, a cała grupa zastanawia się, jak mu pomóc.

toivon-tuolla-puolen_03

Emocje w filmie zmieniają się diametralnie – jest smutek, żal, samotność, szczęście, spełnienie – ale nie widać tego na twarzach aktorów. Właściwie cała ekipa jest, delikatnie mówiąc, oszczędna w środkach wyrazu. Zupełna beznamiętność wynagradzana jest w kilku genialnych momentach, jak na przykład Wikström uśmiechający się delikatnie po wygraniu stosu pieniędzy. Film Kaurismakirgo przypomina trochę nieme kino, w którym reżyser zabronił aktorom ekspresji, a mówią tylko dlatego, że nie wypada już pokazywać plansz z napisami. A kiedy już mówią wiemy, że jest to ważne. Dlatego tak istotna jest wizualna strona filmu, która komunikuje więcej niż tysiące słów. Zdjęcia ze statycznej kamery i w pieczołowicie skomponowanych kadrach tylko w tym pomagają. Nostalgiczne, modernistyczne meble w mieszkaniu oraz jego samochód Wikströma sugerują pewien bezczas. Plakat Jimmiego Hendrixa w jego restauracji pasuje tam jak pięść do nosa, ale jest idealnym komentarzem do poziomu przybytku. Kiedy właściciel decyduje się zmienić profil knajpy na bar sushi, wszyscy wkładają kimona i zaczynają serwować sushi z solonego śledzia. Takich motywów jest w filmie na pęczki – nie wypada ich wszystkich opowiedzieć, trzeba je po prostu zobaczyć. A ponieważ Kaurismaki kocha muzykę, także od strony dźwiękowej film jest trudny do zignorowania. Ulubiony zespół reżysera – Kati Outine – pojawia się na ekranie więcej niż raz.

toivon-tuolla-puolen_04

Najważniejsze jednak w The Other Side of Hope jest to, że Aki opowiada, bez zbędnego zadęcia i sentymentalizmu, poruszającą historię przyjaźni i braterstwa ponad rasowymi podziałami. Na jednym biegunie stawia organizacje państwowe, które wbrew deklaracjom nie potrafią pomóc potrzebującym. Na drugim – zwykłych obywateli, których poczucie małej wspólnoty jest silniejsze niż uprzedzenia. Oczywiście, nie wszędzie jest tak różowo. A to grupa pijanych facetów zaczepia Khaleda na przystanku, wyzywając go od „wielbłądziarzy”. Później ktoś inny nazwie go Żydem. Na szczęście, zdaje się mówić reżyser, nie wszyscy są skończonymi troglodytami.

Ocena: 9/10

The Party

theparty01

The Party

reż. Sally Potter

Kiedy w pierwszym ujęciu filmu otwierają się drzwi eleganckiego domu, a widza wita lufa pistoletu wiemy, już że czeka nas nieprzeciętna impreza. Sally Potter zaprasza na krótką, ale skondensowaną wizytę w domu w Londynie, gdzie 7 osób wyjawi sobie wszystkie sekrety.

Janet (Kriston Scott Thomas) organizuje przyjęcie, by uczcić swój awans. Otrzymała właśnie pozycję w rządzie (minister zdrowia) i celebruje z najbliższymi. Jej mąż Bill (Timothy Spall) siedzi z nieobecnym wzrokiem w pokoju gościnnym i raczy się winem, słuchając głośno winylowych płyt. Najpierw zjawia się tryskająca sarkazmem April (Patricia Clarkson) ze swoim partnerem Gottfriedem (Bruno Ganz), znawcą medytacji i wyznawca new-age. Potem wpada Martha (Cherry Jones), profesorka i wyzwolona lesbijka, zaraz za nią jej partnerka Jinny (Emily Mortimer), która musi podzielić się z nią bardzo dobrą nowiną. Ostatnia ma się zjawić Melissa, ale do drzwi puka tylko jej mąż Tom (Cillian Murphy), wyraźnie zdenerwowany, zaczynający imprezę od „wciągnięcia kreski” w toalecie. Wkrótce padną pierwsze słowa, które ranić będą bardziej niż szkło z rozbitej przez przypadek szyby.

theparty02

Sally Potter (Orlando, Ginger i Rosa) postawiła na gwarantującą jakość obsadę, która zapewni wysoki poziom wykonania czegoś, co wygląda na sztukę teatralną. I faktycznie, dyskusje są przednie, riposty ostre jak brzytwy, a każdy z bohaterów jest wyraźny i unikalny. Grupa intelektualistów o lewicowych poglądach szybko zacznie ścinać się na różne tematy. Pieniądze, zdrada, polityka, macierzyństwo, medycyna – z minuty na minutę robi się coraz gorącej. Ta lekka, burżuazyjna farsa obchodzi mnie niestety mniej niż zeszłoroczny śnieg.

Widzieliśmy to już w kinie nie raz: jedno miejsce, zamknięte ramy czasowe, świetni aktorzy przerzucający się zabawnymi i prowokującymi linijkami. Kolejny raz czuję się, jakbym udał się do teatru, a nie do kina. Fakt, Potter z pomocą operatora i czarno-białych zdjęć stara się pokazywać różne kąty, uzyskując w wielu momentach ciekawy efekt. Ale ani przesłanie filmu, jeżeli jakiekolwiek jest, ani dobre aktorstwo nie sprawiły, że zapamiętam go na dłużej.

Ocena: 4/10

Berlinale 2017, konkurs główny

Félicité

felicite_01

Félicité

reż. Alain Gomis

Zaczyna się niczym nigdy nie nakręcony, afrykański film braci Dardenne, a kończy… jakby nie mogło się skończyć. Kolejny film w konkursie głównym Berlinale, w którym brak ograniczeń przy montażu i produkcji skutkują tym, że połowa filmu wypełniona jest jakąś niepotrzebną miałkością.

W centrum historii jest tytułowa Félicité (Véro Tshanda Beya) – piosenkarka, niezależna, silna, nie dająca sobie w kaszę dmuchać kobieta, która pewnego poranka dowiaduje się, że jej syn trafił w ciężkim stanie do szpitala. Nie szczędząc pieniędzy chce zapewnić mu najlepszą opiekę. Oprócz odłożonych pieniędzy ta dumna kobieta będzie musiała prosić bliższych i dalszych znajomych o pomoc. Ponieważ w Kinszasie większości ludzi się nie przelewa, o pożyczkę nie jest łatwo. Kiedy już uda jej się zebrać wymaganą przez lekarzy sumę, okaże się, że syn stracił nogę.

Félicité pomaga Tabu (Papi Mpaka), za dnia mechanik, wieczorami imprezowicz nie stroniący od alkoholu. Każdego wieczora zjawia się w barze, w którym śpiewa Félicité z zespołem, upija się do nieprzytomności i wszczyna jakąś awanturę, kończąc noc z twarzą na glebie. Ponieważ Tabu zaczął naprawiać lodówkę kobiety (lajtmotyw ciągnący się cały film), przebywa z nią coraz więcej czasu. I z jej synem, który od czasu wypadku decyduje się nie kontaktować z otaczającymi go ludźmi.

felicite_02

Sprawy socjalne w filmie Gomisa są równie ważne co uczucia ludzkie. Z ciekawością oglądamy główną bohaterkę, osobę szorstką, twardą i niedostępną, jak zmienia się jej relacje z najbliższymi, a szczególnie z Tabu. To nie jest film, w którym dzieją się wielkie dramaty i pada mnóstwo ważnych słów. Tutaj mały uśmiech czy dotyk są kluczowymi, małymi cudami.

Na równi z wizualnym stylem (kamera z ręki, naturalne oświetlenie) plasuje się muzyka, zarówno wykonywana przez główną bohaterkę, naszpikowana emocjami, jak i klasyczne kompozycje wykonywane przez chór i orkiestrę. Félicité jest podróżą po biednym, skalanym konfliktami i uprzedzeniami kraju i kontynencie, gdzie prawdziwą duszą są jego mieszkańcy. Szkoda tylko, że reżyser nie skusił się o skrócenie trzeciej części produkcji – po przybyciu chłopca do domu akcja traci zupełnie swoje tempo, a widz niecierpliwie wyczekuje oczywistego zakończenia.

Ocena: 5/10

Berlinale 2017, konkurs główny

On Body and Soul

on_body_and_soul

Testről és lélekről

reż. Ildikó Enyedi

Jaka jest szansa, że dwóm zupełnie obcym osobom śni się ten sam sen? On jest jeleniem, ona łanią, wędrują po lesie, w śniegu, w pobliżu niewielkiej sadzawki. Los sprawia, że spotykają się także w prawdziwym świecie.

Maria (Alexandra Borbély) rozpoczyna pracę w ubojni bydła w Budapeszcie jako kontroler jakości. Jest w tej pięknej, młodej kobiecie coś innego. Zawsze siada sama podczas przerwy obiadowej, w milczeniu. Pracę traktuje ze stuprocentową powagą i dokładnością. Autystyczna, z zaburzeniami obsesyjno-konwulsyjnymi i awersją do dotyku, nie jest najłatwiejszą partnerką do rozmowy. Kiedy znajomość spróbuje nawiązać dwukrotnie od niej starszy dyrektor finansowy Endre (Géza Morcsányi), kobieta ucieknie w popłochu. Dopiero przez ewaluację psycholożki, która bada wszystkich pracowników zakładu, wyjdzie na jaw, że sny obojga są identyczne. Co z początku wygląda na głupi żart, przeradza się w dość skomplikowany romans.

Enyedi nigdy nie robiła filmów łatwych i oczywistych. Ten również jest mieszanką rzeczywistości z duchowością i sprawami nadnaturalnymi. Sednem opowieści jest jednak trudność w zbliżaniu się do siebie, potrzeba bliskości i miłość. Historia opowiedziana jest z jakże potrzebnym humorem, choć ten dawkowany jest bardzo delikatnie. Nie można tego powiedzieć o formie, która momentami zaczyna przygniatać tą prostą historię. Długie ujęcia, zbliżenia, powtarzane sceny – aż prosi się, żeby ktoś skrócił ten materiał o jakieś dwa kwadranse, nadając filmowi jakże potrzebnego tempa w drugiej połowie. Jako że akcja dzieje się w ubojni, nie obeszło się też bez kilku długich sekwencji zabijania bydła – w sam raz, by przekabacić kogoś na wegetarianizm. Reżyserka dosłownie pokazała film o duszy i o ciele.

Ocena: 5/10

Berlinale 2017, konkurs główny

The Dinner

the_dinner_steve_coogan_laura_linney

The Dinner

reż. Oren Moverman

Nietrudno wyobrazić sobie co się wydarzy, gdy dwie pary z problemami i przeszłością znajdą się razem w restauracji. Dość szybko stare sprawy zaczną wypływać na wierzch, a nowe kłopoty tylko dolewają oliwy do ognia. Nie pomoże nawet wykwintna kuchnia i wytworne wnętrze – szczególnie w sytuacji, kiedy jeden z biesiadników ma poważne problemy psychiczne.

The Dinner jest ekranizacją bestsellerowej holenderskiej powieści Herman Kocha i ma wszystkie elementy, który powinien mieć potencjalny hit. Świetnych aktorów, nietuzinkowego reżysera i intrygujące pytanie w swoim sednie. Niestety, ze względu na swoją neurotyczną konstrukcję, brak konsekwencji w prowadzeniu głównego wątku oraz brak chemii między bohaterami, będzie z tego niewypał, który przemówi tylko do bardziej wymagającej publiczności.

Steve Coogan, bez brytyjskiego akcentu i typowego uśmieszku na twarzy, gra Paula Lohmana, byłego nauczyciela, młodszego brata kongresmena – Stana, w którego wciela się Richard Gere. Ten jest typowym człowiekiem sukcesu, który obecnie stara się przepchnąć przez kongres ustawę o refundowaniu leczenia psychiatrycznego. Druga żona Stana to Katelyn (Rebecca Hall), typowa „żona trofeum” – młodsza od poprzedniczki, która znalazła drogę do serca polityka będąc najpierw jego asystentką. Claire, żona Paula (Laura Linney), to prawdziwa lwica w przebraniu łani, która potrafi bronić swojego syna do ostatniej kropli krwi. No właśnie, rzeczony syn, wraz z dwójką dzieci Stana (w tym jeden adoptowany), będą przyczyną owego spotkania. Chłopcy nabroili – i to konkretnie. Na wadze staje ich przyszłość, ale też kariera ich rodziców. Ale zanim dowiemy się więcej o nich samych, w retrospekcjach poznamy bliżej związki między parą, chorobę psychiczną Paula i walkę z rakiem Claire. Finałowe piętnaście minut będzie prawdziwą kulminacją emocji… ale o rozwiązaniu akcji nie dowiemy się nic.

Gdyby nie Coogan, który zagrał najdojrzalszą rolę w karierze (oczywiście zaraz po Alanie Partridge’u!), pewnie wyszedłbym z kina przed końcem seansu. Jego postać ma w sobie magnetyzm, szaleństwo i czarny, ciężki humor i sarkazm, z którego raczej nie wypada się śmiać. Steve nie szarżuje, choć jego postać, przeżywająca załamanie nerwowe, aż się o to prosi. Chwilami go rozumiemy, kiedy docina obsługującemu ich kelnerowi, będąc na granicy bezczelności. Budzi przerażenie i śmiech, kiedy wychodzi z klasy trzaskając drzwiami, wyzywając swoich uczniów od idiotów. Na końcu i my, widzowie, uświadamiamy sobie, że on jest najbardziej samotną osobą w tym gronie.

Dobrze radzi sobie jeszcze Rebecca Hall, ale zarówno Gere i Linney popadają w przeciętność. Skory do wizualnych przerysowań reżyser (przypomnijcie sobie Brudnego glinę z Woodym Harrelsonem) idzie o krok za daleko, ale nie można mu odebrać ambicji w próbie oddania mentalnego stanu głównego bohatera. Jednak do poziomu Kto się boi Wirginii Wolf, światowej klasy wariacji na temat „dwie pary skaczą sobie do gardeł”, tej produkcji dość daleko.

Ocena: 4/10

Berlinale 2017, konkurs główny

Django

django_reda-kateb

Django

reż. Etienne Comar

Debiutancki film francuskiego reżysera opowiada historię sławnego gitarzysty Django Reinhardta , który w latach 30. i 40. czarował mieszkańców Paryża swoją muzyką. Wybuchowa mieszanka jazzu, swingu, bluesa oraz muzyki cygańskiej, niesamowita technika gry oraz talent przysporzyły mu fanów na całym świecie. Twórcy skupili się na krótkim epizodzie w jego życiu, kiedy to pomiędzy 1943 a 45 rokiem przyszło mu walczyć o przetrwanie w okupowanym przez faszystów kraju.

W czasie rosnących prześladowań Romów w Europie, pochodzący z cygańskiej rodziny Django i jego muzyka są swoistym fenomenem. Gitarzysta ze swoim zespołem potrafią sprzedać pełną salę, na której bawią się także hitlerowscy oficjele. Mimo tego, iż jego twórczość określana jest mianem „małpiej muzyki”, wysoko postawieni oficerowie organizują Django trasę koncertową po Niemczech, gdzie oglądać będzie go mógł Goebbels, a może i sam Hitler. Oczywiście, muzyk musiałby zmienić tempo, odrzucić bluesa i swing – i powinno być dobrze. Ale jak każdy artysta, tym bardziej z cygańską duszą, Reinhardta nie ma zamiaru łatwo się uginać. Ba, czasami nawet trudno go zaciągnąć na własny występ. Za namową damę nocnego życia w Paryżu, Louise de Klerk (Cécile De France), Django zabiera rodzinę na granicę ze Szwajcarią, gdzie ruch oporu ma pomóc im w przedostaniu się do neutralnego państwa.

django_reda-kateb_cecile_de_france

Grający głównego bohatera Reda Kateb świetnie oddaje nonszalancję i magnetyzm Django, ale on jest jednym z niewielu jasnych punktów produkcji. Drugim jest oczywiście muzyka, która broni się sama. W sposób, jaki zostaje pokazana, w różnych kontekstach (grupa cyganów grających w lesie, duży koncert, przygrywanie do tańca w lokalnej tawernie) i w różnych nastrojach, jeszcze dodaje jej magii. W sekwencji koncertu w zamku dla nazistowskich oficjeli twórcy podkreślają też uwodzicielską, niemalże czarującą moc gitary Django. To niestety jeden z niewielu momentów, kiedy czujemy ciary na skórze. Bo większość filmu utonęła w dość ślamazarnym sposobie prowadzenia akcji – kolejne sceny doklejane są do siebie na siłę, przez co trudniej wejść w świat przedstawiony. Cierpią na tym także postacie – poza główną parą reszta nie zostaje w pamięci ani na chwilę. I jest jeszcze jeden, irytujący element – ani przez moment, może poza otwierającą sekwencją, nie daje się wyczuć, że mamy do czynienia z sytuacją, w której ktoś może zginąć. Wojna, jak to często we francuskich filmach bywa, znów przedstawiona została przy użyciu klisz. Romantyczna wizja Paryża z czasów okupacji nijak nie pasuje do opowieści o eksterminacji i śmierci setek tysięcy ludzi, których jedyną wadą było ich pochodzenie.

Ocena 4/10

Berlinale 2017, konkurs główny

Split

splitrec_04

Split

reż. M. Night Shyamalan

Całe szczęście, że po paśmie przeciętnych obrazów, twórca Szóstego zmysłu znów wraca do formy mocnym, wciągającym filmem, w którym stopniowania napięcia, zwroty akcji i bohaterowie są na bardzo wysokim poziomie. James McAvoy wciela się w główną postać – Kevina, Particię, Dennisa… – w sumie aż 23 osobowości w jednym ciele. Jego bohater cierpi na rozdwojenie (albo raczej rozwielokrotnienie) jaźni – kiedy ciemna strona jego osobowości przejmie kontrolę, rozpocznie się prawdziwa mroczna jazda. Kevin porywa trzy nastolatki, które mają mu posłużyć jako ofiary do bliżej nieokreślonego rytuału. Ale jedna z dziewczyn – Casey (Anya Taylor-Joy) – okaże się nie takim łatwym trofeum.

Jak to w filmach Shyamalana bywa, karty odkrywane są stopniowo. O głównym bohaterze dowiadujemy się głównie przez jego relację z doktor Karen Fletcher (Betty Buckley), która w  osobach z rozdwojeniem osobowości widzi nadludzi. Także historia Casey okaże się więcej niż tylko tłem. Reżyser polega na psychologicznej budowie postaci, by zakończenie mogło zostać kupione przez widzów. I to mu się udaje, ale mimo wszystko finał pozostawia niewielki niedosyt. Także McAvoy pokazuje mniej niż reklamowane 23 tożsamości, ale i tak odwalił kawał niezłej roboty.

Jeżeli podobał wam się 10 Cloverfield Lane to Split trafi w wasz gust.

Ocena: 7/10

Premiera Wielka Brytania: 20/01/2017

Premiera Polska: 20/01/2017

Milczenie

milczenie_14

Silence

reż. Michael Scorsese

Najnowsze dzieło reżysera Taksówkarza i Wilka z Wall Street tylko pozornie jest filmem zupełnie innym od jego poprzedników. Pod epicką maską kina kostiumowego czają się powracające jak bumerang w produkcjach Scorsese motywy wiary, grzechu i odkupienia. Jednak dawno już amerykański mistrz kina nie wystawiał swojej widowni na tak dużą próbę cierpliwości.

O realizacji filmowej wersji Milczenia, książki Shusaku Endo opisującej terror, z jakim spotkali się księża katoliccy w Japonii w XVII wieku, Martin marzył od kilkudziesięciu lat. Historia dwóch jezuitów szukających w kraju kwitnącej wiśni swojego mentora, który ponoć wyrzekł się wiary, wprost idealnie wpisuje się w filmografię reżysera. Scorsese swoich bohaterów czynił zagubionych w świecie, szukających wskazówek w religii już od debiutanckiego Kto puka do moich drzwi, przez Ulice nędzyOstatnie kuszenie Chrystusa czy Przylądek strachu. Nawet w najbardziej komercyjnych filmach elementy religijne odgrywają istotną rolę – Henry Hill grany przez Raya Liottę w Chłopcach z ferajny to przecież „mafijny Judasz”, a Jack Nicholson jako Frank Costello odgrywa rolę Szatana – manipulatora w InfiltracjiMilczenie wykłada w tej tamtyce kawa na ławę i stawia szereg pytań, na które odpowiedzi nie będą już tak oczywiste.

milczenie_18

Kiedy ojcowie Sebastião Rodrigues (Andrew Garfield) i Francisco Garupe (Adam Driver) wyruszają z Portugalii do Japonii, widzimy dwóch młodych idealistów, pragnących poznać prawdę dotyczącą losów ojca Cristóvão Ferreiry (Liam Neeson) w egzotycznym i niebezpiecznym kraju. Uzbrojeni tylko i wyłącznie w nieskazitelną wiarę w Jezusa Chrystusa docierają do miejsca, w którym bycie chrześcijaninem jest równoznaczne ze śmiercią. W pierwszych scenach filmu widzimy, jak brutalnie katowani są katoliccy duchowni przez japońskie władze. Szogun powołał nawet urząd inkwizytora, którego zadaniem było odnajdywanie chrześcijan i ich nauczycieli oraz zmuszanie ich do wyrzeczenia się wiary. Ponoć taki los spotkał właśnie Ferreirę – w to młodzi jezuici nie są w stanie uwierzyć. Chyba, że przekonają się o tym na własne oczy.

Scorsese nie przedstawia szerokiego kontekstu historycznego dla swojego obrazu, przez co wejście w świat przedstawiony może być odrobinę trudne. Zawierza jednak swoim postaciom – bardziej interesuje go „mała historia” niż wielki, panoramiczny fresk. Pierwsza część filmu przedstawia przybycie bohaterów na wyspiarski kraj, pod osłoną mgły (która towarzyszy nam w wielu ujęciach), w strachu i przerażeniu. Głodni i zmarznięci księża otrzymują schronienie od lokalnych wieśniaków, praktykujących obrzędy chrześcijańskie nocami, w obawie przed prześladowaniami. Dwóch księży, krzewicieli wiary, jest dla nich niczym prawdziwy cud, dobra wróżba. Choć zdają sobie sprawę, że odprawianie obrzędów może skończyć się tragedią, ojcowie Rodriguez i Garupe czują się niczym pierwsi ojcowie kościoła, nauczający w katakumbach. O tym, jak bezwzględni są inkwizytorzy, księża dowiedzą się niebawem, gdy trzech mężczyzn zostaje ukrzyżowanych na skałach i topionych przez wody przypływu na oczach milczących mieszkańców wioski. Wkrótce także ojciec Rodriguez, zdradzony (nie pierwszy raz, nie ostatni) przez swojego przewodnika Kichijiro, trafi w ręce Inoue (Issei Ogata), który powoli wdrażał będzie plan upokorzenia misjonarza. Nie przez fizyczne tortury, których wprost oczekują wychowani w chrześcijańskiej doktrynie martyrologii księża, ale przez powolne, psychologiczne łamanie jego osobowości.

milczenie_8

Andrew Garfield, któremu przypada centralna postać w filmie, doskonale oddaje rolę młodego, zapatrzonego, momentami dosłownie, w Chrystusa księdza. Jego bezgraniczna wiara jest zarówno błogosławieństwem, pozwalającym mu działać, ale i przekleństwem, które przesłania mu szerszy obraz oraz obraca cnotę w pychę. Czy Japończycy tak naprawdę pojmują religię chrześcijańską w całej okazałości, czy jest to dla nich tylko jedna z odmian buddyzmu? Skąd ma wiedzieć to ksiądz, który nie posługuje się językiem tubylców. Rodrigues widzi w sobie ucieleśnienie Jezusa, czuje, że idzie jego śladami w krzewieniu wiary – czy jednak takie porównanie nie jest grzechem? W końcu misjonarz wątpi – stąd pytanie o tytułowe milczenie Boga w obliczu krzywd, które spotykają jego wyznawców. Scorsese pozostawia wiele niedopowiedzeń i otwartych pytań, unika moralizowania. Dzięki temu jego film przypomina raczej zadumę i medytację, niż wartką, przynoszącą absolutne odkupienie przypowieść.

Z powolnym i medytacyjnym tempem filmu wiąże się jego komercyjna słabość. Pewien jestem, że dla wielu Milczenie, mimo fantastycznych zdjęć, doskonałych walorów produkcyjnych oraz świetnego aktorstwa, nie będzie filmem porywającym. To jeden z tych rzadkich współcześnie przypadków, gdzie kino komercyjne penetruje sprawy duchowe i filozoficzne, pochyla się nad psychologią i rozwojem postaci w sposób zarezerwowany niemal dla kina niszowego, oglądanego głównie podczas festiwali filmowych. Mimo wszystko warto mu dać szansę – lub inaczej: uwierzyć w jego moc. Jest w Milczeniu uwodząca, stoicka siła, od której nie mogłem oderwać wzroku. Czasem są to majestatyczne ujęcia przyrody oraz mgła, która niemalże pochłania bohaterów. Gdzieś przychodzą na myśl filmy Herzoga (z okresu Fitzcarraldo) albo Misja Rolanda Joffe. Jest kilka fenomenalnych scen, gdzie czarny humor rozładowuje patos i napięcie, w czym zasługa świetnego aktorstwa. I na długo zapadające sekwencje rozmów z ojcem Ferreirą, spokojnym i wyciszonym, pogodzonym ze sobą, ze swoją przeszłością i losem. W oczach ojca Rodrigues nie tylko widać łzy. Gdzieś słychać także, jak w milczeniu łamie się jego dusza.

Ocena: 8/10

Premiera Wielka Brytania: 1/01/2017

Premiera Polska: 17/02/2017

Legion samobójców

15-suicide-squad

Suicide Squad

reż. David Ayer

Występują: Margot Robbie, Will Smith, Cara Delevingne, Ben Affleck, Jared Leto, Scott Eastwood, Jai Courtney, Joel Kinnaman, Adewale Akinnuoye-Agbaje, Viola Davis

Premiera Wielka Brytania: 5/08/2016

Premiera Polska: 5/08/2016

Ocena: 4/10

Łotr 1. Gwiezdne wojny

rogue-one-banner-2-1-1000x600

Rogue One: A Star Wars Story

reż. Gareth Edwards

Od czasu przejęcia maszynki do robienia pieniędzy, jakimi są Gwiezdne wojny, przez Disneya, fani serii są w siódmym niebie. Saga, odświeżona przez J.J. Abramsa w Przebudzeniu mocy, ciągle ma się dobrze i będzie powracać co roku w okolicach świąt. Łotr 1 nie zaniża poprzeczki poprzednika – to fenomenalne kino rozrywkowe, które kolejny raz sięga do korzeni. Prosta historia, wyraźne postaci i cieszące oko efekty specjalne. Nikt, kto kocha serię stworzoną przez Georga Lucasa, nie będzie rozczarowany.

Podtytuł obrazu w reżyserii Garetha Edwardsa (Godzilla) sugeruje, że mamy do czynienia z jedną z pobocznych historii uniwersum Gwiezdnych wojen. Jest to opowieść o niebezpiecznej misji wykradzenia planów Gwiazdy śmierci. O tym, czy akcja się udała, nie muszę chyba nikomu mówić – w końcu Nowej nadziei nie widział tylko ktoś, kto ostatnie czterdzieści lat spędził na bezludnej wyspie. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów fabuły, pokrótce tylko wspomnę o tym, co pewnie wiecie już ze zwiastunów. W centrum historii znajduje się Jyn Erso (Felicity Jones), młoda kobieta mająca na bakier z prawem i porządkiem w Imperium, której tatuś – Galen (Mads Mikkelsen) zaprojektował Gwiazdę Śmierci. Jyn trafia najpierw w ręce Rebeliantów, a potem do tajnej kryjówki byłego opiekuna – Sawa (Forest Whitaker), by dowiedzieć się, że jej ojciec ciągle żyje i ma dla niej ważną wiadomość.

Po drodze bohaterka niemalże naturalnie kompletuje drużynę straceńców. Cassian Andor (Diego Luna) to żołnierz wykonujący (do czasu) ślepo zleconą przez przełożonych misję. Towarzyszy mu przeprogramowany robot, który służył kiedyś Imperium – K-2SO (Alan Tudyk), główny dostarczyciel żartów i komicznych ripost. Podczas strzelaniny ze szturmowcami skórę ratuje im nietypowa para – Chirrut (Donnie Yen) i Baze (Wen Jiang) – pierwszy to ślepiec, doskonale władający bronią, czujący w sobie Moc, a drugi – jego ochroniarz, uzbrojony po zęby. W końcu, do grupy dołącza Bodhi (Riz Ahmed), pilot Imperium, który zdezerterował po namowie Galena i ma specjalną wiadomość od inżyniera.

maxresdefault-1000x600

Scenarzyści, idąc śladem siódmej części głównej serii, powrócili do źródeł. Nie ma długich tyrad politycznych, knucia, spiskowania, nudnych dywagacji w których zagubił się Lucas w prequelach. Postacie i ich dynamika są solą tego filmu – każdy z bohaterów ma jakiś powód, żeby podjąć walkę, każdy z nich przechodzi też małą zmianę w swoim nastawieniu. I choć fabuła napędzana jest kinetycznie, przez potrzebę działania i akcję, owo działanie wychodzi z głębi duszy postaci. W połowie filmu trudno tej ekipy nie kochać – każdy z nich jest niebanalny i wyjątkowy, od wątłego fizycznie, ale niezłomnego Luny w roli Cassina, przez ślepego mnicha, po wiecznie pesymistycznego robota. I oczywiście Jyn, którą Jones obdarzyła swoją unikalną urodą, charyzmą i umiejętnościami. Kobieta wspaniale motywująca grupę facetów do działania, bez romantycznych czy seksualnych konotacji, to prawdziwa rzadkość. Oczywiście, wszyscy pamiętają o Mocy – to ona podtrzymuje nadzieję. Bez serca, które dają filmowi postacie, mielibyśmy tylko i wyłącznie do czynienia z jakąś sieczką, o której nie pamięta się tuż po wyjściu z kina.

Wizualnie czeka widzów prawdziwa uczta. Nie mówię tylko o wspaniałych efektach specjalnych, o których zapomina się dość szybko, bo wyglądają tak realistycznie. Kawał dobrej roboty odwalili scenografowie, autorzy kostiumów i makijażu. Ponieważ akcja Łotra 1 rozgrywa się tuż przed Nową nadzieją, wizualnie film przypomina właśnie pierwszy film z cyklu. Statki kosmiczne, wahadłowce, mundury rebeliantów, a nawet fryzury i wąsy prosto z lat 70. – ten film jest tak głęboko osadzony w DNA Gwiezdnych wojen, jak odwieczna walka dobra ze złem, o której opowiada saga. Fanatycy serii będą wracać do tytułu wielokrotnie – ilość detali, którą oferuje film Edwardsa jest trudna do przyswojenia podczas jednej projekcji. A jednocześnie da się go obejrzeć zupełnie na świeżo, bez potrzeby bycia „geekiem”. I ta uniwersalność oraz cudownie lekka rozrywkowość, są największymi plusami produkcji – to film, który pokochać może każdy.

orson-krennic_4c6477e2-1000x600

Mimo dość pozytywnego przesłania, o tlącym się wśród rebeliantów płomyku nadziei, Łotr 1 jest filmem dość mrocznym i paradoksalnie smutnym. Nie jest to jednak zasługa czarnych charakterów – Imperium, reprezentowane przez Orsona Krennica (Ben Mendelsohn) wypada dość jednowymiarowo i nieciekawie. Gdyby nie nasz stary i dobry znajomy, który sieje grozę, byłoy nudno. Nie wiem na ile wina w tym scenariusza, na ile montażu. Wydaje mi się, że z jego rysu osobowości na ekranie został tylko zapatrzony w siebie, niemalże maniakalny przywódca, który nie potrafi oddać swojego projektu nikomu innemu. Co go motywuje? Trudno powiedzieć. Znakomity aktor robi co może, ale w kilku sytuacjach zostaje mu tylko robienie groźnej miny i pokrzykiwanie. Nie do końca jestem przekonany też do jego peleryny – w wielu ujęciach wygląda komicznie, jako jedyna osoba starająca się konkurować z Supermanem.

Szukając dziury w całym muszę dodać, że początek filmu zdezorientował mnie odrobinę – ciągłe skakanie na nowe planety (w dwadzieścia minut odwiedzamy aż 5 różnych miejsc) irytuje. Miałem nieprzyjemne deja vu z Mrocznego widma, ale to uczucie zupełnie minęło gdzieś w połowie seansu, kiedy zaczęło robić się naprawdę gorąco. Kolejne sceny akcji są prawdziwymi majstersztykami, a finałowa potyczka na bajecznych plażach jest wprost fenomenalna. Zabrakło mi natomiast rozwinięcia historii niektórych bohaterów – zobaczenie, jak Jyn dorasta pod okiem Sawa i zdobywa swoje zdolności, byłoby niezwykle interesujące. Także epizodyczna postać grana przez Whitakera sprowadzona została do karykatury. Nie tylko przez automatyczne części w jego ciele – aktor obrał jakąś irytującą manierę wymawiania swoich kwestii, co brzmi co najmniej dziwnie. Szkoda również, że przy całej różnorodności ras w galaktyce, do głównej ekipy załapali się tylko Ziemianie i robot. Ale mając w pamięci jak „cudowną” postacią był Jar Jar Bings, niech tak pozostanie w tym wypadku.

Kilka małych niedociągnięć nie powinno zepsuć projekcji jednego z najlepszych blockbusterów tego roku. Łotr 1 to sprawnie zrealizowane, poruszające kino rozrywkowe, do którego można wracać wielokrotnie. To produkcja, która zasłużyła w pełni, by przejść do żelaznego kanonu Gwiezdnych Wojen.

Ocena: 8/10

Premiera Wielka Brytania: 13/12/2016

Premiera Polska: 15/12/2016

Lion. Droga do domu

lion-dev-patel

Lion

reż. Garth Davis

Zagubiony chłopiec, tęsknota za domem, poszukiwanie kulturowej tożsamości – tematy, których dotyka debiutancki film w reżyserii Gartha Davisa, przypadną do gustu wrażliwej na wzruszające historie widowni. Oraz miłośnikom aplikacji Google Earth, która okaże się czymś więcej niż tylko wirtualnym oknem na świat.

Oglądanie Lion. Droga do domu sprawia największą przyjemność, jeżeli wie się o tej opartej na faktach historii jak najmniej. Inaczej niecierpliwie czeka się na spodziewane zakończenie. Więc jeżeli nie wiecie nic o pięcioletnim hindusie, który tak bardzo się zgubił, że trafił aż na inny kontynent, możecie przeskoczyć najbliższe trzy akapity.

Fabuła rozpada się na trzy dość nierówne części. Świetne wprowadzenie pokazuje nam dwóch braci, pięciolatka Saroo oraz starszego od niego Guddu, którzy starają się pomóc przetrwać żyjącej w skrajnym ubóstwie matce (Priyanka Bose). Chłopcy mieszkają w małej miejscowości w Indiach, a przebiegające przez nią tory kolejowe są z jednej strony oknem na świat i źródłem utrzymania, z drugiej okażą się źródłem wielkiego dramatu. Saroo jest zapatrzony ślepo w starszego brata i prawie nie odpuszcza go na krok. Guddu zabiera chłopca ze sobą wieczorem w poszukiwaniu pracy. Kiedy chłopcy się rozdzielą, Saroo zaśnie w jednym z wagonów na stacji i obudzi się w pociągu wywożącym go daleko od domu. Chłopiec nie zna nazwiska matki, nie pamięta nazwy swojej miejscowości i w dodatku mówi dialekcie Bengali, a wszyscy wokół porozumiewają się Hindi.

Saroo trafia ponad dwa tysiące kilometrów od domu do Kalkuty, otoczony podobnymi jemu sierotami, żebrzącymi o jedzenie, mieszkającymi na ulicach tej metropolii. Bohater ma tyle szczęścia, że wymyka się żerującym na dzieciach szajkom pedofilów i trafia do sierocińca. Tam zostaje wypatrzony przez miłą australijską rodzinę (Nicole Kidman i David Wenham) i szybko przez nich adoptowany. Sue i John Brierley zabierają go Melbourne, gdzie chłopak styka się z zupełnie innym światem. Wejście do domu nowej rodziny, pełnego sprzętów AGD rodem z połowy lat 80., jest dla wychowanego w skrajnym ubóstwie chłopca niczym podróż na inną planetę. Do trójki niedługo potem dołącza Mantosh, drugie adoptowane dziecko również pochodzące z Indii.

Akcja skacze o dwadzieścia lat, gdzie dorosły już Saroo (Dev Patel), duma Brierley’ów, studiuje hotelarstwo i randkuje z piękną Amerykanką Lucy (Rooney Mara), podczas gdy drugi z synów nie może poradzić sobie z traumatyczną przeszłością, ma problemy z psychiką, nadużywa alkoholu. Ten dość nijaki i niewiele wnoszący do całości epizod tylko każe nam oczekiwać na finał, czyli obudzone wspomnieniami poszukiwanie prawdziwego domu. Patel z ułożonego mężczyzny przeistacza się niemalże w opętanego maniaka, godziny spędzając przed komputerem, próbując odtworzyć swoją podróż jako dziecko, wieszając na ścianie mapy, stając się niemalże ekspertem od indyjskich kolei. Aktor pokazuje kunszt swojego fachu i chyba pierwszy raz od Slumdog: Milioner z ulicy zagrał rolę wartą dłuższej wzmianki.

lion-movie-poster-dev-patel

Nie chcę nikogo oszukiwać i powiem wprost: czeka nas łzawy, ściskający za gardło finał. Nie jest na szczęście krańcowo kiczowaty, głównie dzięki dobremu aktorstwu i silnej empatii do postaci, którą udaje się stworzyć autorom filmu. Grający młodego Saroo Sunny Pawar ma w sobie niezwykły magnetyzm i radość – wróżę mu świetlaną przyszłość. Od strony realizacyjnej też nie ma się do czego przyczepić – Garth Davis zaczynał swoją karierę w świecie reklamy, więc z każdego ujęcia potrafi wycisnąć naprawdę dużo. Ujęcia lotnicze Indii i Australii oddają świetnie różnice pomiędzy tymi krajami. Twórcy uchwycili też słodko-gorzki, idealistyczny obraz rodzinnych stron Saroo, zderzony z uporządkowanymi, ale stonowanymi kolorystyczne kadrami z Melbourne.

Choć Lion chce być epicką opowieścią, momentami brakuje mu na to pomysłu. Brnie w ślepą uliczkę w środkowej części filmu, sztucznie wydłużając oczekiwanie na finał. Jest to też opowieść bardzo jednostronna, opowiedziana tylko z perspektywy głównego bohatera. Aż prosi się o dodanie wątku rodziny, która również musiała chłopca szukać. Jeżeli nie, to choćby drugi plan (w tym role Kidman i Mara) mogłyby być trochę bardziej interesujący. Jest też w końcu owo użycie nowej technologii, które zasadniczo zmienia losy bohatera. Z programem filmy Google jest trochę jak z FedExem w Cast Away. Niby to nieodłączna część fabuły, ale tak naprawdę, czuje się, że oglądamy przydługą reklamę. Podtytuł filmu powinien brzmieć raczej: Z Google Earth do domu. Przynajmniej nikt nie miałby wątpliwości.

Ocena: 6/10

#Cannes2016 – Lament

thewailing

Gok-seong / The Wailing

reż. Na Hong-jin

Niezbyt często trafiam na film, który kompletnie zaskakuje, prześcigając jakiekolwiek o nim wyobrażenia. Lament okazał się kompletną jazdą bez trzymanki, gatunkowym misz-maszem z kulturowymi i społecznymi odniesieniami, który jakimś cudem w całej swej złożoności działa na całej płaszczyźnie. Gdyby jeszcze nie był taki długi…

Ocena: 8/10

Premiera światowa Cannes: 12/05/2016

Premiara Wielka Brytania: 25/11/2016

Premiera Polska: 2/12/2016