Dunkierka

dunkirk_1.jpg

Dunkirk

reż. Christopher Nolan

Jest rok 1940, zjednoczone siły Wielkiej Brytanii i Francji dostały w tyłek od wojsk Hitlera i uciekają gdzie pieprz rośnie. Albo dokładniej – chcą przeprawić się do Anglii, ostatniego w Europie bastionu wolności. Na plaży w Dunkierce w północnej Francji znajduje się czterysta tysięcy żołnierzy, którzy czekają na cud. Otoczeni z każdej strony przez nazistowskie siły zbrojne, modlą się o wybawienie.

Zdarzenia, które zainspirowały Dunkierkę, nie należą może do najchlubniejszych epizodów II wojny światowej. Pokonane wojska aliantów uciekały z podkulonym ogonem przez Niemcami. Choć koniec końców było to zwycięstwo, bo ocaleni żołnierze mogli kilka lat później wrócić na kontynent i rozprawić się z wojskami Hitlera. Sukcesem było na pewno to, że dzięki mobilizacji cywilów udało się ocalić trzy czwarte żołnierzy, którzy utknęli w Dunkierce. O całej operacji opowiada właśnie film Nolana.

screen-shot-2016-08-04-at-3-04-52-pm

Do twórcy Mrocznego rycerza można mieć wiele pretensji: że bywa nieznośnie patetyczny, poważny, nie potrafi pisać dobrych dialogów, a kobiece postacie są w jego obrazach najzwyczajniej słabe. Nie można odmówić mu jednak czegoś, co wielu wielkich i doświadczonych reżyserów utraciło (jak choćby Ridley Scott czy Luc Besson): wizjonerstwa. Nolan jest mistrzem swojego fachu, doskonale wie, że kino to nie tylko gwiazdy i efekty specjalne. Każdy jego film jest celebracją X Muzy, na którą pracują wszyscy – od aktorów, przez montażystę, operatora i dźwiękowca, po osobę szyjącą kostiumy. Finalny produkt jest czymś wyjątkowym, niezapomnianym, wydarzeniem samym w sobie. I dlatego Dunkierka nie musi trwać trzech godzin, żebyśmy mogli odczuć, że właśnie obejrzeliśmy kawał wyśmienitego kina. Nie musi mieć chwytliwej piosenki, gwiazdy na plakacie, żeby zwabić widzów. Wielu z nich pójdzie do kina, bo wie, że Nolanowi można zaufać. I w tym wypadku wcale się nie pomylicie.

Od czasu ostatniego Mad Maxa nie było filmu, który tak wciskałby w fotel i sprawił, że czas mija w tempie błyskawicznym. Czas jest tutaj kluczem do całego obrazu (małe odwołanie do Incepcji i Interstellar): przez cały film słyszymy nieustające tykanie, raz głośniej, raz ciszej, czasem szybciej, czasem wolniej. Nie tylko nadaje ono rytmu oglądanej akcji, ale też podkreśla niepokój i zbliżającą się śmierć. Młodzi chłopcy w mundurach na plaży w Dunkierce czekają tydzień na dotarcie do domu, za rogiem czai się wróg. Łódź wypływająca z portu w Anglii ma dzień na dopłynięcie do brzegów Francji. Osłaniający marynarzy z powietrza lotnik RAF-u ma godzinę, zanim zabraknie mu paliwa. Te trzy linie czasowe to również trzy linie fabularne, które przeplatają się w dość niebanalny sposób. Choć wątki prowadzone są równolegle, gdzie w połowie filmu zdajemy sobie sprawę, że odbywają się one w różnych momentach w czasie całej operacji. Nolan złożył to w jedną całość wprost mistrzowsko. Ale, jak wspomniałem wcześniej, zabawy z czasem nie są dla niego nowością.

dunkrk

Dunkierka nie ma jednego bohatera, co pewnie byłoby posunięciem karkołomnym. Zamiast tego twórca wykreował wiele postaci, które są naszymi oczami w każdej z sekwencji filmu. Na plaży we Francji śledzimy Tommy’ego (Fionn Whitehead), który najpierw szuka jedzenia w opuszczonym mieście, by chwile później ledwo ujść z życiem i starać się za wszelką cenę dostać na odpływający okręt. Przetrwanie to jego instynkt. Na łódce płynącej na ratunek dowodzi pan Dawson (Mark Rylance), weteran I wojny światowej, który z synem i jego przyjacielem ze spokojnego życia ruszają stronę oka wojennego cyklonu. I w końcu Farrier (Tom Hardy, znowu w masce) – lotnik w zwrotnym samolocie spitfire, walczący z Niemcami w powietrzu. Wszystkie te postacie są na tyle wyraźnie i mocno zarysowane, żeby się nimi przejąć. Oni podejmują decyzje, motywowane strachem, chęcią przetrwania, potrzebą niesienia pomocy – przez co stają się czymś więcej niż tylko papierowymi bohaterami. Nawet drugoplanowe postacie wnoszą mnóstwo emocjonalnej siły do historii, nawet gdy grane są przez takie gwiazdy jak Kenneth Branagh, Cillian Murphy czy Harry Styles (znany jako członek boys-bandu OneDirection). Żaden z nich na szczęście nie przyćmiewa pozostałych aktorów. Anonimowi są za to przeciwnicy – ani razu nie widzimy niemieckich żołnierzy, nie mamy ich perspektywy, nie wiemy nawet, gdzie dokładnie oni się znajdują. W tym Nolan jest konsekwentny – to historia brytyjskich żołnierzy, to ich punkt widzenia. I tego się mocno trzyma.

Strona wizualna i dźwiękowa filmu są na najwyższym poziomie. Nie jest przesadą, że najlepiej oglądać Dunkierkę na ekranie w IMAXie, albo co najmniej wersję na taśmie 70mm. Ujęcia, kolorystyka, niebanalne kąty widzenia kamery – połączone ze sobą perfekcyjnym montażem (Nolan wie, kiedy ciąć scenę, a kiedy dać nam popatrzeć odrobinę za długo) tworzą wizualną ucztę. Ponieważ postacie nie mówią zbyt wiele, jest dużo miejsca na ciszę. A ta, oprócz wspomnianego tykania zegara, wypełniona jest albo fenomenalną muzyką Hansa Zimmera, albo rykiem silników samolotowych, wybuchami lub krzykami. Kiedy nadchodzi prawdziwa cisza wiemy, że zaraz na ekranie wydarzy się coś złego. Nie miałem ani przez chwilę poczucia, że oglądam jakąś wymyśloną wizję wojny – dla wielu pewnie surowość przedstawionego świata i dbałość o szczegóły postawią ten film na piedestale.

20170722_bkp524

Kiedy już wydawało mi się, że trafiłem na skończone arcydzieło, bańka prysła gdzieś pięć minut przed końcem seansu. Zrobiło się niepotrzebnie patriotycznie i przaśnie. Wielu widzów nie zwróci pewnie na to uwagi, albo może nawet im to nie przeszkodzi. Więcej niedopowiedzeń i niedokończone zdanie robi większy efekt niż wyraźne domknięcie.

Christopher nie raz przyznawał, że jego mistrzem jest Stanley Kubrick. Podobnie jak twórca Lśnienia, Nolan chce udowodnić, że potrafi strwożyć film w każdym gatunku, pracować w Hollywood nie tracąc swojego autorskiego piętna. Po realizacji projektu sci-fi przyszła pora na kino wojenne. Kubrik miał Full Metal Jacket, Steven Spielberg – Szeregowca Ryana, Olivier Stone – Pluton, Francis Ford Coppola – Czas Apokalipsy. Dunkierkę można wymieniać jednym tchem obok tych arcydzieł, bo jest to jedna z tych produkcji, która przejdzie do kanonu kina wojennego. Nolan udowodnił kolejny raz, że jest wyjątkowym, utalentowanym i niebanalnym reżyserem, który podtrzymuje moją wiarę w kino i pokazuje, że nie musi być ono bezduszną, zarabiającą miliony na bezmózgich zjadaczach popcornu machiną, połykającą swój własny ogon. Film to celebracja każdej sekundy obrazu i dźwięku, a na sali projekcyjnej reżyser toczy nieustanny bój o uwagę widza. I dla mnie, Nolan jest bezkonkurencyjnym zwycięzcą.

Ocena: 10/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s